fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Czy Flotylla Sumud była sukcesem?

Ponad dwa miesiące po zatrzymaniu flotylli Sumud pojawiają się głosy analizujące znaczenie akcji – od takich, które zupełnie je umniejszają, po takie, które przypisują jej kluczowe znaczenie w przyciągnięciu globalnej uwagi i wytworzeniu presji na Izrael.
Czy Flotylla Sumud była sukcesem?
ilustr.: Ula Mierzwa

Gaza Freedom Flotilla (Flotylla Wolności dla Gazy) to mająca prawie dwadzieścia lat międzynarodowa inicjatywa humanitarna i polityczna, której celem jest przełamanie izraelskiej blokady morskiej Strefy Gazy oraz zwrócenie uwagi opinii publicznej na sytuację Palestyńczyków. Jej korzenie sięgają ruchu Free Gaza Movement, powstałego w 2006 roku. Po wprowadzeniu przez Izrael blokady Gazy w 2007 roku w odpowiedzi na wygrane przez Hamas wybory, warunki życia ludności cywilnej w Gazie gwałtownie się pogorszyły. Wprowadzono restrykcyjne wymogi dotyczące wpuszczanych do enklawy towarów – zakazano wwożenia materiałów budowlanych, nawozów czy środków ochrony roślin, szeregu podstawowych produktów żywnościowych (między innymi makaronu) czy niektórych leków, a ogólny wolumen wpuszczanej pomocy został zmniejszony (zależnie od okresu: w latach 2007-2010 było to od 60 do ledwie kilkunastu procent liczby wcześniej wpuszczanych ciężarówek). Jako że w odciętej eksklawie było to jedyne źródło towarów – poza ograniczaną przez blokadę lokalną produkcją żywności – doprowadziło to do kryzysu humanitarnego.

Stał się on impulsem do organizowania międzynarodowych rejsów solidarnościowych, które miały przewozić towary spożywcze i materiały budowlane. W latach 2006-2010 podejmowano na małą skale próby przemytu do Gazy żywności i zasobów drogą morską przy użyciu prywatnych statków.

Pierwsza i najgłośniejsza Flotylla Wolności wyruszyła w 2010 roku. Osiem jednostek transportujących pomoc humanitarną, w tym turecki „Mavi Marmara”, wyruszyło z portów w Turcji i na Cyprze w kierunku Strefy Gazy. Dla uczestników rejsu kluczowe znaczenie miało symboliczne zakwestionowanie izraelskiej blokady morskiej oraz dostarczenie żywności i towarów objętych zakazami na izolowane już od czterech lat terytorium. Licząca wówczas około półtora miliona osób populacja Gazy doświadczała systematycznego pogorszenia warunków życia. Dane ONZ wskazywały, że ponad połowa mieszkańców zmagała się z brakiem bezpieczeństwa żywnościowego, ponad 10 procent dzieci nie osiągało prawidłowych wskaźników rozwoju z powodu niedożywienia, a skala anemii i niedoborów żywieniowych stale rosła. Osoby chore z powodu braku odpowiedniej żywności i leków wracały do zdrowia dłużej lub umierały z powodu chorób, które w państwach sąsiednich były łatwo leczone.

Władze izraelskie ostrzegały uczestników Flotylli przed naruszeniem blokady morskiej, domagając się skierowania statków do portu w Aszkelonie i zapowiadając użycie siły w przypadku niepodporządkowania się tym żądaniom. Pomimo tych gróźb konwój kontynuował rejs w stronę Gazy.

31 maja 2010 roku flotyllę przechwyciły izraelskie oddziały specjalne. W trakcie operacji zginęło dziewięciu aktywistów. Izraelskie wojsko tłumaczyło swoje działania koniecznością samoobrony, twierdząc, że część uczestników atakowała żołnierzy przy użyciu noży i pałek oraz rozbroiła kilku komandosów. Zabicie zagranicznych obywateli uczestniczących w misji humanitarnej na wodach międzynarodowych wywołało jednak falę ostrej krytyki ze strony społeczności międzynarodowej oraz wywołało groźby nałożenia sankcji na Izrael.

W następstwie tych wydarzeń Izrael zdecydował się na częściowe złagodzenie blokady, dopuszczając do Strefy Gazy większe ilości towarów, w tym również tych wcześniej zakazanych. Zgodnie z raportem OCHA „Easing the Blockade: Assessing the Humanitarian Impact on the Population of the Gaza Strip” z 2011 roku, skala dostarczanej pomocy wzrosła o 66 procent, osiągając poziom około czterech tysięcy ciężarówek miesięcznie. Nadal stanowiło to jedynie nieco ponad 35 proc. wolumenu sprzed wprowadzenia blokady, jednak dla mieszkańców Gazy oznaczało zauważalną poprawę sytuacji.

W kolejnych latach podejmowano następne próby dotarcia do Gazy: w 2011, 2015, 2016 i 2018 roku. Wszystkie one kończyły się zatrzymaniem statków, ich uszkodzeniem, zawróceniem lub aresztowaniem załóg. Częścią inicjatywy były także symboliczne rejsy, jak Women’s Boat to Gaza, podkreślające rolę kobiet w oporze wobec blokady. W ostatnich latach Flotylla Wolności funkcjonuje również jako kampania edukacyjna i polityczna, organizując rejsy solidarnościowe oraz nagłaśniając problem Gazy na arenie międzynarodowej.

Po 7 października 2023 roku, wraz z wybuchem wojny w Strefie Gazy, Freedom Flotilla Coalition ponownie zintensyfikowała swoje działania – w odpowiedzi na pogłębiający się kryzys humanitarny i niemal całkowitą blokadę dostępu do pomocy. W latach 2024-2025 organizowano kolejne misje morskie, których celem było symboliczne przełamanie blokady oraz nagłośnienie sytuacji ludności cywilnej Gazy, nawet jeśli realne dostarczenie pomocy było mało prawdopodobne.

W 2024 roku przygotowano kilka rejsów solidarnościowych, między innymi pod hasłami „Break the Siege” (ang. przerwać oblężenie) oraz „Handala – For the Children of Gaza”. Część jednostek nie wypłynęła z powodu nacisków politycznych, inne zostały zatrzymane jeszcze przed dotarciem w rejon Gazy. Działania te miały przede wszystkim charakter politycznego protestu i kampanii informacyjnej.

Ostatnie misje

W 2025 roku doszło do najbardziej dramatycznych wydarzeń. W maju statek „Conscience” (ang. sumienie) płynący z pomocą humanitarną został uszkodzony w wyniku ataku dronów na wodach międzynarodowych u wybrzeży Malty. Organizatorzy oskarżyli Izrael o przeprowadzenie ataku, wskazując, że uniemożliwił on dalszy rejs jednostki. W czerwcu tego samego roku wypłynął statek „Madleen”, na którego pokładzie znajdowali się międzynarodowi aktywiści i osoby publiczne. Jednostka została przejęta przez izraelską marynarkę jeszcze na wodach międzynarodowych, a uczestnicy rejsu zostali zatrzymani i następnie deportowani. Kilka tygodni później podobny los spotkał statek „Handala”, który również został zatrzymany przed dotarciem do Gazy, a załoga pozbawiona łączności i przewieziona do izraelskiego portu.

Latem 2025 ogłoszono największa jak dotąd międzynarodową inicjatywą pod nazwą Global Sumud Flotilla (GSF) – „sumud” to w języku arabskim wytrwałość i opór. Flotylla Sumud została zorganizowana latem 2025 przez Freedom Flotilla Coalition oraz partnerów z ponad 40 krajów. Wyprawa o pokojowym charakterze miała symbolicznie dostarczyć pomoc humanitarną oraz wezwać świat do zakończenia oblężenia i kryzysu humanitarnego w Gazie.

Rejs rozpoczął się od kilku etapów wyjścia w morze: część jednostek wypłynęła z Barcelony pod koniec sierpnia, następnie kolejne z Włoch, Tunezji i Grecji w pierwszych tygodniach września. W sumie na blisko 50 łodziach zebrało się prawie 500 uczestników – aktywistów, działaczy humanitarnych, lekarzy, artystów, obrońców praw człowieka, parlamentarzystów i innych osób z wielu krajów świata.

Podczas rejsu flotyllę dotknęły problemy i zakłócenia: już w drugiej połowie września uczestnicy zgłaszali obecność dronów, eksplozje w pobliżu łodzi oraz zakłócanie komunikacji, liczne awarie. Część jednostek nie nadawała się do tak długiej trasy, a ich załogom brakowało przygotowania. Część okrętów została zmuszona do zrezygnowania z udziału w akcji i odłączenia się: w Tunisie, Grecji czy okolicach Cypru. Mimo tych trudności reszta dalej próbowała dotrzeć do Strefy Gazy.

W nocy z 1 na 2 października izraelska marynarka wojenna przejęła i zatrzymała flotyllę na wodach międzynarodowych, około 120 mil morskich od wybrzeża Gazy. Izraelskie okręty otoczyły łodzie Sumud, zakłócono łączność, użyto armatek wodnych i siłą przejęto większość jednostek. Uczestników – w sumie 443 osoby z około 47 krajów świata – zatrzymano i przewieziono do portu w Aszdodzie w Izraelu. Następnie mieli oni zostać deportowani lub przewiezieni do krajów pochodzenia. Aktywiści narzekali na przemoc psychiczną, nękanie i upokorzenia ze strony izraelskich służb.

Przechwycenie wywołało międzynarodową reakcję: protesty solidarnościowe w wielu krajach, w tym w Polsce oraz potępienia ze strony organizacji praw człowieka, które uznały działania Izraela za naruszenie prawa międzynarodowego – flotyllę zatrzymano na wodach międzynarodowych.

Jeśli za cel stawiała sobie przede wszystkim poruszenie serc i sumień ludzi na całym świecie oraz wymuszenie na rządach działania, wydaje się, że go osiągnęła. Setki tysięcy ludzi wyszły na ulice i place w Europie, obu Amerykach czy Azji. W trakcie rejsu oraz protestów po aresztowaniu jego uczestników niektóre państwa, takie jak na przykład Kolumbia, zerwały lub ograniczyły z Izraelem relacje handlowe i dyplomatyczne lub – jak Hiszpania – wprowadziło embargo na handel bronią.

Mimo że żadnej z flotylli nie udało się trwale przełamać blokady morskiej, inicjatywa stała się ważnym symbolem międzynarodowego sprzeciwu wobec izolacji Strefy Gazy i jednym z najbardziej rozpoznawalnych przykładów międzynarodowego obywatelskiego aktywizmu, który przynajmniej kilkukrotnie osiągnął swoje cele – łączącego się z faktycznym ryzykiem po stronie aktywistów. Flotylle przynajmniej kilkukrotnie wywołały międzynarodowe reakcje i w efekcie zmiany w polityce samego Izraela.

Psychologizacja problemu to droga donikąd

Zarówno w trakcie wyprawy Flotylli Sumud, jak i już po jej zakończeniu byliśmy świadkami różnych prób umniejszania i wyśmiewania jej uczestników. Byli oni nazywani selfie-aktywistami, osobami szukającymi atencji czy narcyzami. To ostatnie zjawisko, czyli pewna forma pop-psychologicznej krytyki aktywizmu, jest szczególnie ciekawe. Wpisuje się w szerszy trend, w ramach którego często poważane media uznają za celowe rozważanie, czy aby osoby nieodpłatnie działające na rzecz tej czy innej sprawy społecznej nie są przypadkiem narcyzami. I to wszystko w sytuacji, w której Zachód ulega oligarchizacji, Rosja trzeci rok morduje cywilów w Ukrainie, Izrael w Gazie, a Biały Dom pod przywództwem Donalda Trumpa rzuca groźbami w kierunku kolejnych krajów.

Ciekawym przejawem tego trendu jest kilka tekstów, które ukazały się w „Gazecie Wyborczej” pod koniec 2025. Rzućmy okiem chociażby na artykuł „Aktywizm ekologiczny może nasilać narcyzm i psychopatię” z 4 grudnia napisany przez Kaspra Kalinowskiego. Chociaż medium publikujące go uruchomiło ostatnio kampanię „10 sekund – mniej szumu, więcej faktów”, sprzeciwiającą się clickbaitom i niskim standardom w dziennikarstwie, trudno nie odnieść wrażenia, że omawiany tekst staje w sprzeczności z tak postawioną misją.

Dzieje się to pod pozorem omówienia – nieszczególnie zresztą przełomowego – badania wskazującego, że u części aktywistów ekologicznych (tak jak w reszcie populacji) mogą występować cechy z tak zwanej ciemnej triady osobowości (narcyzm, psychopatia, makiawelizm). Cytowane wyniki sugerują, że choć skłonności manipulacyjne i agresywne mogą sugerować w przyszłości zaangażowanie w działania ekologiczne, a uczestnictwo w aktywizmie może z czasem wzmacniać cechy narcystyczne i psychopatyczne. Artykuł Kalinowskiego nie poinformuje nas, że  narcyzm, psychopatia i makiawielizm to pewne spektrum, na którym znajduje się każdy z nas, a narcystyczne czy psychopatyczne zaburzenia osobowości są ich skrajnym i negatywnym wychyleniem. Tekst jednocześnie – z racji skrótowej formy – odwołuje się do niskich instynktów odbiorców, wywołując w komentarzach i repostach lawinę uproszczeń i pomyłek zestawiających cechy osobowości z jej zaburzeniami. W przestrzeni komentarzy internetowych artykuł bywa wykorzystywany do przypisywania aktywistom negatywnych cech lub motywów, co nie wynika bezpośrednio z analiz przytoczonych przez redakcję. Tego typu popularnonaukowe uproszczenia mogą prowadzić do nadmiernej generalizacji i błędnego odczytania badań jako oceny wszystkich aktywistów. W efekcie, choć tekst porusza w pewnym stopniu ważny temat motywacji w aktywizmie, jego odbiór przechyla się w stronę nadmiernej krytyki i uproszczeń w ocenie motywacji i charakterów aktywistów.

To kolejny tekst tego samego autora po wcześniejszym „Część lewicowych aktywistów nie dąży do sprawiedliwości społecznej. Dba o własne ego – twierdzą psychologowie”, uderzającym w podobne tony. I o ile same badania motywacji są istotne, o tyle popularnonaukowe skróty na kilka tysięcy znaków z clickbaitowymi tytułami służą wyłącznie nakręcaniu klików bazujących na niechęci konserwatywnego polskiego społeczeństwa do aktywistów.

To część szerszego problemu, jakim jest nadużywanie zwulgaryzowanych i uproszczonych terminów psychologicznych w celu wyjaśnienia złożonych problemów społecznych. Psychologizacja aktywizmu w debacie publicznej, polegająca na przypisywaniu całym grupom aktywistów cech takich jak narcyzm czy moralne wywyższanie, jest problematyczna z kilku powodów. Przede wszystkim takie diagnozy są metodologicznie nieprecyzyjne – brakuje rzetelnych kryteriów pozwalających stwierdzić, kto faktycznie przejawia dane cechy, a kto nie. Zamiast analizować rzeczywiste struktury społeczne, ekonomiczne i władzy, dyskusja skupia się na zachowaniach jednostek czy małych prób badanych, co prowadzi do odwracania uwagi od realnych czynników kształtujących debatę publiczną. W kontekście aktywizmu klimatycznego czy uczestników Flotylli problem nie leży w pojedynczych uczestnikach tych ruchów, lecz w wielkich korporacjach, ludobójczych rządach, miliarderach kontrolujących media i algorytmy, oraz w rosnących nierównościach społecznych. Te wszystkie elementy rzeczywiście mają udokumentowany wpływ na zaufanie do instytucji i podatność na manipulacje. Psychologiczne etykietki często funkcjonują jako subtelna forma moralizowania i stygmatyzacji, nie wnosząc istotnej treści analitycznej i zastępując socjologiczną czy ekonomiczną analizę. Skupienie się na cechach jednostek upraszcza rzeczywistość, marginalizuje wpływ struktur władzy i prowadzi do iluzji zrozumienia zjawisk społecznych, które w istocie wynikają z nierówności i koncentracji kapitału. Kolejny tekst o „narcyzach”, „psychopatach” i „autystach”, którzy płyną do Gazy, przyklejają się do jezdni czy organizują protest to tani chwyt ze strony mediów, liczących na kapitalizację w postaci uwagi ze środowisk konfederackich czy kanapowych moralizatorów.

Niestety, ta metoda jest coraz częściej stosowana w debacie na temat rożnych form aktywizmu, również całego ruchu flotylli do Gazy, niezależnie od jego faktycznych osiągnięć.

Wojna poważnych mediów z aktywizmem jest śmieszniejsza niż myślicie

Przykładem tego, jak krytyczny wobec aktywistów – w tym osób z Flotylli – jest polski mainstream, jest tekst Dominiki Tworek „Przewaga uczuć nad faktami. W tym, co zrobiła Greta Thunberg, możemy dostrzec symptomy szerszego problemu”, który reklamowany jest leadem „Sami Palestyńczycy nazwali Franka Sterczewskiego i Gretę Thunberg selfie-aktywistami”. W tekście pojawiają się rozważania o narcyzmie czy egocentryzmie uczestników Flotylli, tropienie niespójności działań czy krytyka pustych gestów.

Tekst z „Wyborczej” jest o tyle ciekawy, że, intencjonalnie lub nie, autorka wydaje się zupełnie ślepa na afiliację swoich palestyńskich rozmówców. Na przykład krytykujący Flotyllę Ahmed Alkhatib, opisany jako „palestyńsko-amerykański działacz” to szef projektu Realign for Palestine, inicjatywy organizowanej przez Atlantic Council – think-tank założony przez byłych pracowników Departamentu Stanu, którego głównym źródłem finansowania jest amerykański rząd. Nie jest jakąś tajemnicą, że Atlantic Council – będąc jednocześnie miejscem pracy wielu profesjonalistów – jest po prostu jednym z narzędzi soft power USA, przykładem „rządowej organizacji pozarządowej” w najczystszej formie. Jeśli czyimś zawodowym zajęciem jest rzekome reprezentowanie palestyńskiego głosu przy organizacji, której głównym celem jest forsowanie agendy USA, należy się spodziewać, że taka osoba będzie także powtarzać amerykańską narrację – krytyczną wobec Flotylli. Ahmed Alkhatib wyjechał z Gazy do USA jako nastolatek ponad 20 lat temu. Mimo że według własnych deklaracji tekstów miał w Gazie rodzinę, która zginęła w wyniku izraelskich ataków, jest w pierwszej kolejności przedstawicielem atlantyckiego establishmentu. Cytowanie głosu Alkhatiba jako głosu „Palestyńczyków krytycznych wobec Flotylli” bez podkreślenia jego zaplecza wydaje się w takiej sytuacji albo daleko posuniętą ignorancją albo celową manipulacją.

Podobne zarzuty można wysunąć wobec innych rozmówców wybranych do tekstu – jak chociażby Johna Aziza, będącego tym specyficznym rodzajem proizraelskiego Palestyńczyka, który publikowany jest (pisząc z wygodnego Londynu, a nie Zachoniego Brzegu albo Gazy) w izraelskiej prasie i zapraszany na wydarzenia organizowane przez izraelskie NGO.

Miejscami może się wydawać, że tekst nie zabiera jednoznacznego stanowiska wobec aktywizmu. Daje też głos Ninie Ptak z Flotylli i krytykuje mit nieznośnych aktywistów. Faktycznie chowa się jednak za wypowiedziami rozmówców i pozornie neutralnymi pytaniami retorycznymi w stylu „Ale czy moralny komunikat wystarczy, by zmienić świat na lepsze?” albo „Zastanawiające jest również, dlaczego zaangażowanie aktywistów nie obejmuje innych tragedii regionu?”, czy wreszcie: „Czy zaangażowani w krytykę rządu akademicy powinni być traktowani hurtem i ponosić zbiorową odpowiedzialność w ramach postulowanego bojkotu? Zostawiam to pytanie otwarte”. Szczególnie w przypadku ostatniego autorka pozoruje swoją neutralność. Rzekomo pozostawia czytelnikowi miejsce na własne zdanie – wypada to jednak blado przy karkołomnych porównaniach stosunku do syjonizmu w kontekście trwającego ludobójstwa do sytuacji, w której „polskość definiujemy przez pryzmat braunizmu i w ten sposób interpretujemy Mickiewicza” albo kategorycznym: „Co pokazuje, że aktywizm, z pozoru pokojowy i symboliczny, może utrudniać uprawianie nauki”.

W rezultacie tekst Dominiki Tworek jest symptomatyczny dla całości dyskusji, która toczy się dookoła Flotylli i aktywizmu propalestyńskiego w głównonurtowych mediach. W dużej mierze wpisuje się on w widoczną od miesięcy linię krytyki przez polskich polityków czy media: odwołania do antysemityzmu, lęk przed radykalizmem aktywistów, sugerowanie im zaburzeń psychicznych, które miałyby unieważniać ich czyny, piętnowanie działań jako nieskutecznych.

Czy można krytykować flotyllę?

Nie chciałbym wywołać wrażenia, że kolejne flotylle do Gazy czy sama Flotylla Sumud nie powinny być krytykowane. Sposób organizacji tej ostatniej był – łagodnie mówiąc – „pozostawiający wiele do życzenia”, choć może należałoby raczej powiedzieć: „skrajnie niekompetentny”. Z pierwotnie deklarowanych siedemdziesięciu kilku jednostek zaledwie 42 zbliżyły się do palestyńskiego brzegu. Miałem okazję rozmawiać z niektórymi uczestnikami rejsu oraz otrzymać od organizatorów dokumentację zdjęciową przewożonej pomocy – i chociaż izraelskie twierdzenia o braku ładunku z pomocą były nieprawdziwe, to faktycznie z racji na słabą organizację w rejs zabrano jedynie ułamek zgromadzonych materiałów. Część moich rozmówców miała problem z estymacją, ilu osobom może pomóc przewożony przez niż ładunek, często zawyżając tę liczbę o rząd wielkości, zdarzały się wpadki czy kontrowersyjne decyzje komunikacyjne. To wszystko jednak blednie wobec faktu, że Flotylla, jakkolwiek niezorganizowana – co można tłumaczyć chociażby pośpiechem i rozmiarem misji – oraz jej zatrzymanie wywołały silniejszą reakcję mieszkańców i rządów wielu państw niż kolejny zbombardowany palestyński szpital.

Jeśli zaś media chcą sięgnąć po głosy osób pochodzenia arabskiego czy żydowskiego mogą bez problemu znaleźć krytyków Flotylli, których wypowiedzi są znacznie bardziej zniuansowane i, co ważniejsze – którzy nie są afiliowani przy instytucjach powiązanych z Izraelem. Do takich należy chociażby Kamel Daoud.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×