Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Cywiński, Kosowicz, Porowska. Nadzieja pośród ciemności

Osoba po osobie to rozpacz po rozpaczy. Gdy więc pytasz o nadzieję – daj spokój. Nadzieja jest o dawaniu, nie o braniu. Tak, tak, wiem, że człowiek nie może dać, czego sam nie ma. Ale wiem też, że człowiek sam nie wie, co ma.
Cywiński, Kosowicz, Porowska. Nadzieja pośród ciemności
ilustr.: Adrianna Iwanejko

Piotr Cywiński

Cichutko o kształtowaniu nadziei. Nadzieja w obozach Zagłady

Mam problem z nadzieją. Zdałem sobie sprawę z tego, jak głęboki, właśnie podczas pisania tego tekstu. Może powinienem wręcz odmówić Ignacemu Dudkiewiczowi, gdy poprosił mnie o podzielenie się moimi przemyśleniami… Ale czy warto pisać tylko na te tematy, które nie stanowią problemu?

W obozach Zagłady – że zacznę po swojemu – wybuchły trzy powstania. W obozach koncentracyjnych nic tego typu, na poważną skalę, się nie wydarzało. Zarówno w Sobiborze, w Treblince, jak i wśród więźniów Sonderkommando w Birkenau, doszło do walki zbrojnej więźniów z esesmanami. Ale doszło do niej dopiero w chwili, gdy liczba transportów drastycznie malała, gdy stało się jasne, że nadchodzi dzień, w którym owe obozy przestaną istnieć, a ich więźniowie, jako świadkowie najgorszego, zostaną wymordowani do ostatniego. Wówczas dopiero, pozbawieni nadziei na doczekanie wyzwolenia, chwycili za broń, by przynajmniej zginąć z własnej woli, a nie z decyzji Himmlera. Nie na darmo pisała Halina Birenbaum, że nadzieja umiera ostatnia. A być może jest tak, że dopiero człowiek wyzwolony z marzeń, pragnień czy nadziei jest zdolny do poświęcenia wszystkiego, zupełnie wszystkiego.

Jeśli traktować nadzieję jako ufność, że coś pożądanego się urzeczywistni, to najpierw trzeba sobie zadać pytanie o przedmiot tego oczekiwania. Jest kwestią chyba jednoznaczną, że owo oczekiwanie, bliskie marzeniu, musi być projekcją mojego własnego umysłu. W najprostszym przykładzie, jeśli żywię nadzieję na wygraną na loterii, to dzieje się tak dlatego, że właśnie takiej wygranej pragnę, pożądam, że jest ona treścią moich marzeń. Trudno o bardziej wysublimowany subiektywizm, do tego realizujący się w silnych emocjach. W końcu nikt raczej nie pokłada nadziei w rzeczach przyziemnych, lichych, łatwo osiągalnych lub jednoznacznie przewidywalnych.

Czy takie źródło pragnień – powiedzmy sobie szczerze: egocentryczne – jest jakkolwiek cnotliwe? W końcu w każdym systemie rozwoju duchowego istnieją szczytowe formy doskonałości, które odrzucają każdą pożądliwość. Formy eremickie występują w większości społeczności religijnych i uchodzą na ogół za wyższą jakość życia, właśnie ze względu na odrzucenie owego egocentrycznego spojrzenia na najróżniejsze przypadłości ludzkie. Można więc zadać sobie niepokojące pytanie: kim jestem, by definiować cele mojej nadziei? Czy ja powinienem być merytorycznym decydentem w kwestii nadziei? Czy moja wyobraźnia powinna być źródłem nadziei?

Chrześcijańska Modlitwa Pańska zawiera wezwanie „bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi”, co nie przeszkadza – to też prawda – owej modlitwie formułować całego szeregu innych próśb bardziej przyziemnych, dla człowieka ważnych. To napięcie pomiędzy moją chęcią, marzeniem, pragnieniem, pożądaniem, a więc związaną z nimi wszystkimi nadzieją, a przeznaczeniem i zamierzeniem Bożym jest odczuwalne w bardzo wielu płaszczyznach przeżycia duchowego. A jednak to właśnie nadzieja, wespół z wiarą i miłością – także czynnikami mającymi swoje źródło w moim sercu i umyśle – jest umieszczona, za listem świętego Pawła do Koryntian, w tercecie cnót teologalnych. Dalsze cztery cnoty: roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie i męstwo, dorzucone do trzech pierwszych mniej więcej w XII wieku, wyglądają w tym świetle jak strażnicy mający za zadanie okiełznanie tamtych Pawłowych. Jest w tym jakieś napięcie, jakby na to nie patrzeć.

Sam wyjątkowo mało zastanawiałem się nad własną nadzieją. Zwłaszcza w porównaniu do wiary i do miłości. To pewnie błąd. Nawet nad tą „lichą, marną”, którą tak zdecydowanie deprecjonuje Adam Asnyk, a za nim także Jacek Wójcicki z Piwnicy pod Baranami. I nadal nie wiem, czy przeciwieństwem nadziei jest apatia, szaleństwo czy chaos. Ale trudno nie zauważyć, że przy wszystkich spisanych tomach, podręcznikach, homiliach, wykładach o tym, jak kształtować miłość czy wiarę, jakoś cichutko jest o ewentualnym kształtowaniu nadziei. A przecież każdy z nas kładzie w coś nadzieję i to owo coś jest także każdego marzeniem, pragnieniem, pożądaniem. Chyba dobrze, że tak się dzieje, może dzięki temu możemy pozostać marzycielami. I nadal żyć odrobiną szczęśliwego egocentryzmu w tym właśnie niezaspokojonym zakresie.

Adriana Porowska

Zapasowe źródła. Nadzieja w schronisku dla osób w kryzysie bezdomności

Przez lata wspierania osób doświadczających bezdomności nabrałam przekonania, że dawanie nadziei to moja główna misja. Kiedy zapyta się ludzi, których spotykam – śpiących na ławce w parku, pod schodami na klatce schodowej, siedzących na dworcach – czemu nie korzystają z pomocy, odpowiadają, że nie wierzą, że ich sytuacja może się zmienić. Nie mają już nadziei. Skupiają się na przetrwaniu i zaspokojeniu podstawowych potrzeb. Myślą o tym, co tu i teraz, gdzie zjeść, wykąpać się, gdzie położą głowę, aby odpocząć. Nie mają większych marzeń niż suche buty i ciepła kurtka. Po wielu latach tułaczki, spania byle gdzie i ogromnej samotności psychika broni się przed nawiązywaniem relacji z innymi ludźmi. Dlatego roztaczanie wizji lepszej przyszłości i dawanie nadziei musi zacząć się od zdobycia zaufania.

Spotykam człowieka na dworcu, podchodzę i pytam: „Czy potrzebuje pan pomocy?”. Podnosi głowę, patrzy i szybko rzuca: „Nie, nie może mi pani pomóc, nikt nie może mi pomóc”. Siadam obok i pytam: „A może chciałby pan zjeść kanapkę, napić się ciepłej herbaty?”. Rozmowa toczy się dalej: „Czy wie pan, gdzie można iść się wykąpać? Zostawię panu informację o placówkach. Przyjdę jutro”. Bywa, że to zdobycie zaufania trwa tygodniami, miesiącami, latami.

Pan Rysiek. Wydaje mi się, że znam go od zawsze, sprawdziłam w bazie schroniska – pierwsze informacje są z 2010 roku. Wychowywała go samodzielnie mama, tata zmarł miesiąc przed jego urodzeniem. Siostra zmarła, gdy miała siedemnaście lat, a brat alkoholik wyrzucił go z mieszkania po rodzicach. Przyszedł do nas po próbie samobójczej. Nie potrafił powiedzieć, czemu chciał odebrać sobie życie. Zawsze zwraca się do mnie, mówiąc „kierowniczko”, deklaruje, że jestem dla niego ważna, bo nie ma nikogo innego. To duże zobowiązanie i odpowiedzialność.

Nie potrafi jednak mieszkać w pokoju, w którym jest kilka osób. Ma swój świat, nie ufa ludziom i nie lubi z nimi rozmawiać. Denerwuje go mnóstwo drobiazgów, mówi sam do siebie, nie wzbudza sympatii, więc inni mieszkańcy odsuwają się od niego. To pracowita osoba, każdą godzinę zapełnia jakimiś czynnościami: jeśli nie jest w pracy, to sprząta lub trenuje do maratonów. Każdy, kto nie może znaleźć pracy, to dla niego leń, chętnie wytyka innym błędy, więc konflikty narastają. Odchodzi z placówki, bo nie może znieść ciężkiej atmosfery. Jeżdżę do niego na pustostan i próbuję namówić go do powrotu. Odmawia. Przychodzi czasem po paczkę żywnościową lub wykąpać się. Ma dobre relacje z innymi organizacjami i parafiami, tam też korzysta z pomocy, jednak nie chce mieszkać z osobami bezdomnymi. Z pomocy naszego schroniska korzystał kilka razy, po kilka miesięcy.

Za oknem śnieg, wieje wiatr, a Pan Rysiu stoi pod oknem mojego biura. Pracownicy wołają mnie: „Ada, pan Ryszard do ciebie”. Proszę, aby wszedł ogrzać się, ale on nie chce, przyszedł sprawdzić, czy u mnie wszystko dobrze. Powtarza się to wielokrotnie. Do dziś mam zaciśnięte gardło, kiedy to wspominam. To on uczy mnie, że potrzebna jest inna pomoc, że jeśli chcę mu pomóc, musi otrzymać mieszkanie ze wsparciem. Walczę o to latami, opowiadając, gdzie się da, że jest grupa ludzi, którzy muszą otrzymać najpierw mieszkanie, jeśli mamy nie godzić się na ich śmierć.

Ta historia ma swój szczęśliwy finał, organizacja Najpierw Mieszkanie Polska zakwalifikowała go do programu. Nasze losy będą już zawsze ze sobą związane. Na swój bardzo specyficzny sposób Pan Ryszard pokazuje mi, że dałam mu nadzieję i trzymałam go w przekonaniu, że jest ktoś, kto o nim myśli.

Dawanie nadziei to podstawowa sprawa i najtrudniejsza, najodpowiedzialniejsza. Jeśli w kimś po wielu latach roznieciliśmy nadzieję, to nie możemy go zawieść, bo może to był ten ostatni raz, kiedy zaufał.

A skąd ja czerpię nadzieję? Z tego samego źródła: z zaufania. Miałam ogromne szczęście w życiu, że otaczali mnie ludzi, którzy dali mi poczucie bezpieczeństwa, oparcie, które spowodowało, że wierzę w siebie. Mam wewnętrzny magazyn nadziei. To moja własna wiara, że dam radę. Nie zawsze ta wiara jest na tym samym poziomie, bywa niestabilna, dlatego mam zapasowe źródło nadziei ludzi, którzy mnie otaczają. Moja babcia nauczyła mnie zaufania Bogu. Tata i mama zawsze powtarzali, że dam radę i nie mogę się poddawać. Rodzeństwo jest przekonane o moich mega mocach, nie zostawiają za dużego pola manewru. Mój mąż wie, że płacę wysoką cenę za uparte niepoddawanie się. Wysoki poziom stresu, nieprzespane noce, śniadania jedzone wieczorem, brak czasu na zadbanie o zdrowie, stałe odbieranie telefonu i odpisywanie na wiadomości bez przerwy, bo przecież ratuję świat. Zawsze jest to pilne i zawsze ważne, bo ratuję ludzi. To on potrafi pomóc mi zatrzymać się. Bywa, że próbuje mnie wypytać „A po co to robisz?”. Słuchając o tym, że denerwuję się przed kolejnym ważnym wystąpieniem, mówi: „Jesteś przygotowana, bądź sobą, nie hejtuj, mów spokojnie, a z resztą sobie poradzisz”. Wiem, że w to wierzy, a ja mam nadzieję, że się nie myli.

Moi przyjaciele nie powstrzymują mnie, trwają przy mnie i trzymają mocno kciuki. Wiem, że odbiorą telefon i wysłuchają mojego kolejnego narzekania, że mam dość, że nie mam siły, że wszystko o kant stołu rozbić. A na koniec rozmowy słyszą ode mnie, że nie mam czasu się spotkać, bo mam dużo do zrobienia. Wiem, że są ze mną, że złapią mnie, jeśli upadnę, że mnie wysłuchają. Ludzie, z którymi pracuję, to nie są moi współpracownicy – to przyjaciele. To szalenie praktyczne otaczać się codziennie ludźmi, którzy dają nadzieję, że wspólnie przetrwamy każdy najtrudniejszy kryzys. Każda z osób, która jest mi bliska, ma mega moce, wystarczy, że spojrzą na mnie i wiem, czy to pochwała, czy wręcz nagana. Zawsze to nadzieja, że jest ktoś, kto pomoże znaleźć wyjście z trudnej sytuacji.

Skąd więc czerpać nadzieję? Z zaufania sobie, ludziom, którzy nas otaczają, z relacji z innymi, którzy jak my życzymy innym dobrze. Nikt nie jest sam, obok są ludzie, którzy czerpią siłę z dawania nam nadziei. Pozwólmy im złapać się za rękę, dajmy im miejsce na działanie. Weźcie oddech, będzie dobrze, razem przetrwamy. Może nie będzie tak, jak sobie wymyśliliście, będzie trochę inaczej, jednak najważniejsze, że pokonamy trudności. Na mojej drodze było wiele gór, których nie zdobyłam, musiałam je obejść, znaleźć inne wyjście, z kilku spadłam i potłukłam się. Te trudne momenty ukształtowały mnie i dziś czuję się jeszcze silniejsza, bo skoro przetrwałam tak ciężkie momenty, to co może mnie złamać? Nadzieja jest w nas, nadzieja nas otacza. Zawsze ma twarz i wyciągnięte ręce.

Agnieszka Kosowicz

Pielęgnowanie kiełków. Nadzieja w czasie wojny i kryzysu

Poszukaj nadziei w sobie. Jeśli nie znajdujesz, poczekaj. Nadal nie ma? Po prostu zrób dla kogoś coś dobrego.

Odczep się od tych, których podziwiasz. Odwieś się od tych, którzy robią coś ważnego. Nie obciążaj podziwem, który jest trudny do udźwignięcia, bo wciska w trudne role i każe znosić więcej, niż człowiek jest zdolny unieść.

Myślałam, że to trudne tylko dla mnie, nie mam wprawy, jestem heroską na małą skalę i początkującą, ale nie – Hanna Machińska, ciągle jeszcze Wicerzeczniczka Praw Obywatelskich nagrodzona kilka dni temu Nagrodą Obywatelską im. Henryka Wujca, tak właśnie zareagowała w pierwszych słowach. To zbyt wielki ciężar dla jednej osoby – powiedziała. Być odpowiedzialną za przestrzeganie praw człowieka. To musi być i jest zadanie dla wielu.

Chcesz nadziei? Dawaj ją innym.

Robię teraz bardzo dużo. Pracuję za dużo, ogarniam za dużo, za dużo pracy powierzam pracownikom, za dużo i za szybko. Dla sporej grupy ludzi jestem państwem i to bez żadnej przesady: zapewniam mieszkanie, wikt, opierunek, szukam pracy i umieszczam dzieci w szkołach. Oczywiście, nie sama, jest nas w Polskim Forum Migracyjnym ponad 90 osób.

Mamy za dużo spraw i za dużo wyzwań.

Za dużo ludzi do nas przychodzi, za dużo ludzkich dramatów, zbyt często tylko płakać się chce. Zbyt często musimy wybierać, czy pomagamy komuś, kto traci dach nad głową, matce z chorym dzieckiem czy osobie chorej na raka.

Osoba po osobie to rozpacz po rozpaczy. Nie starcza rąk. Czasem.

A potem, gdzieś w świecie, spotyka nas światło. Ostatnio opowiadała mi o tym Lesia. Poszła do lekarza dopasować dla starszej pani z Ukrainy aparat słuchowy. Była świadkiem tego, jak kobieta zaczęła słyszeć, pierwszy raz w życiu. Płakała pani, jej córka, lekarka i Lesia.

Gdy więc pytasz o nadzieję – daj spokój. Nadzieja jest o dawaniu, nie o braniu.

Tak, tak, oczywiście, wiem, że człowiek nie może dać, czego sam nie ma.

Ale wiem też, że człowiek sam nie wie, co ma.

Coś ci opowiem. Pod pustynią, w Nigrze, Mali, Kenii, w różnych miejscach, żyją systemy korzeniowe. Od czasu do czasu wypuszczają kiełki. Od czasu do czasu te kiełki wyrastają w krzewy. Wystarczy o nie zadbać, by zmieniły się w drzewa. Dbanie o te kiełki to najlepsze, co można zrobić w sprawie zapobiegania pustynnieniu. Lepsze niż sadzenie drzew.

Ta metoda zalesiania poprzez wzmacnianie i pielęgnowanie wartościowych kiełków, odrostów, siewek – od ponad dwudziestu lat jest promowana przez australijską organizację World Vision. Nosi nazwę Farmer Managed Natural Regeneration – Regeneracja Natury przez Rolników. Ludzie w Sahelu wyhodowali w ten sposób setki hektarów lasu. Niczego do tego nie potrzeba, niczego, oprócz tego, co już jest.

Pomysłodawca FMNR Tony Rinaudo mówi, że o sukcesie metody decyduje wyłącznie praca z nastawieniem ludzi, nie z naturą. Systemy korzeniowe są żywe, kiełki kiełkują, cokolwiek ludzie o tym myślą – nic tam nie ma do poprawy. Życie w roślinach się dzieje, drzewa urosną, gdy tylko ludzie na to pozwolą. Trudność polega na przekonaniu rolników Sahelu, żeby nie wypalali pól, pielęgnowali dzikie siewki i pozwolili im urosnąć.

Nawet gdy wokół pustka, korzenie i kiełki i tak są pod stopami. Mikre krzaczki są zapowiedzią wielkich drzew. Mają potencjał, by się nimi stać.

Może z twoją nadzieją tak właśnie jest? Myślisz, że pustynia, a wokół pełno małych krzaczków?

Może ją mamy w żyłach, czy chcemy, czy nie, i bez względu na to, co nam się wydaje?

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×