– Mam już dosyć tej demokracji.
Pytam, o co chodzi. Z Lukasem Olarte, młodym argentyńskim poetą i aktywistą gejowskim z Buenos Aires, rozmawiamy przez wideopołączenie, jeszcze wtedy, gdy w Polsce trwa zima.
– Mam ją w dupie, tę demokrację, bo zobacz, jak to u nas działa. To już nie jest żadna „zewnętrzna manipulacja”, Kris. To organiczny proces, który trawi całe nasze społeczeństwo! Większość popiera cięcia, demontaż państwa i retorykę nienawiści. I tu pojawia się fundamentalny problem demokracji: fetyszyzacja woli większości, którą łatwo zmanipulować za pomocą mediów. Demokracja w obecnym kształcie wydaje się skompromitowana – zarówno w USA, jak i w krajach rzekomo lewicowych, takich jak Chiny czy Wenezuela. Władza dąży do pełnej kontroli, a jej krytyka jest jawnie delegalizowana.
Kiedy rozmawialiśmy jakiś czas temu, uważałem to za przesadę. Później pojawiły się obrazy takie, jak ten z końca marca 2025.
Boskie Buenos
Wtedy to w Buenos Aires podczas demonstracji w obronie praw emerytów doszło do zamieszek. Rezultatem były zniszczenia mienia, liczni ranni i 124 zatrzymania. Protest rozpoczął się przed Kongresem i szybko przerodził się w konfrontację z policją. Do demonstrantów dołączyli kibole, którzy obrzucali funkcjonariuszy kamieniami; odpowiedzią były gumowe kule, gaz łzawiący i armatki wodne.
Rannych zostało co najmniej 46 osób, w tym 26 policjantów. Najciężej poszkodowanym był fotoreporter Pablo Grillo, trafiony w głowę kapsułą gazu. Demonstranci podpalali radiowozy i kontenery, a walki przeniosły się do centrum miasta. Rząd oskarżył opozycję o próbę destabilizacji, a minister bezpieczeństwa zapowiedziała surowe kary na mocy nowej ustawy antymafijnej. Opozycja z kolei potępiła brutalność służb. Wieczorem znów wyszli na ulice protestujący. Axel Kicillof, gubernator prowincji Buenos Aires, mówił wprost o autorytarnych metodach rządu.
To zresztą niejedyny wymiar sporu. Niewiele wcześniej, bo 26 maja, odbyły się lokalne wybory parlamentarne w Buenos Aires. Choć nie zmieniają one układu sił w całym kraju, stanowią ważny test polityczny przed wyborami ogólnokrajowymi, zaplanowanymi na październik. Mieszkańcy miasta wybierali połowę z 60 deputowanych do jednoizbowej legislatury stolicy. Najzacieklejsza rywalizacja toczyła się między partią prezydenta Javiera Mileiego (La Libertad Avanza) a ugrupowaniem byłego prezydenta Mauricia Macriego (Propuesta Republicana / Primero Buenos Aires). Wybory miały pokazać, która z prawicowych sił dominuje dziś w stolicy. Kampania była zacięta, a sam prezydent aktywnie wspierał swojego kandydata, Manuela Adornego. Po drugiej stronie Macri popierał Silvię Lospennato. Głosowanie odbyło się elektronicznie, mimo wcześniejszych problemów technicznych.
Ostatecznie wygrał kandydat La Libertad Avanza – Manuel Adorni, rzecznik prasowy Mileiego. Uzyskał 30 procent głosów, pokonując głównego rywala – byłego prezydenta kraju, konserwatystę z obozu kirchnerystów, Mauricia Macriego.
– Wynik tych wyborów pokazuje, że społeczeństwo rozumie, że to my jesteśmy najlepszą drogą do definitywnego zakończenia epoki kirchneryzmu, który nie był niczym innym jak tragedią dla Argentyny – mówił Adorni w swoim przemówieniu.
Milei obiecał zmiany – i rzeczywiście, Argentyna się zmienia.
Wojny kulturowe dla najmłodszych
– Obecnie represje mają przede wszystkim charakter ekonomiczny, ale rząd celowo testuje granice – także poprzez sondaże, które w ogóle dopuszczają autorytaryzm jako rzekome rozwiązanie problemów naszego kraju – dodaje znajoma Lukasa. Poznałem ją przez wspólną przyjaciółkę – katalońsko-chilijską pisarkę, której eseje tłumaczyłem kiedyś na polski. Nazywa się Federica Baeza – jest byłą dyrektorką centrum sztuki Palais de Glace, działającego w ramach Palacio Nacional de las Artes. Obecnie pracuje jako wykładowczyni i krytyczka sztuki.
– Obecna sytuacja polityczna w Argentynie pod rządami Mileiego prowadzi do głębokiego kryzysu w obszarze edukacji, kultury i badań naukowych – dodaje Baeza. – Widzimy brutalne cięcia finansowe, dewaluację roli nauczyciela-badacza oraz polityczny atak na sztukę, naukę i różnorodność. Szczególnie niepokojące są praktyki cenzury i publicznego piętnowania naukowców – jak w przypadku badacza analizującego Batmana, który został wyśmiany przez skrajną prawicę. Państwo wspiera tego rodzaju działania, nadając im rangę „wojny kulturowej”, wzorowanej na globalnych strategiach alt-rightu.
Przykłady tych mechanizmów widoczne były również podczas wyborów lokalnych w Buenos Aires. Głosowanie zostało zakłócone przez fałszywe nagranie wideo krążące na platformie X. Film przedstawiał Macriego ogłaszającego, że jego ugrupowanie wycofuje Silvię Lospennato jako kandydatkę. W rzeczywistości partia nigdy nie podjęła takiej decyzji. Lospennato ostatecznie zdobyła 15,9 proc. głosów i zajęła trzecie miejsce.
Nagranie stworzone przy użyciu sztucznej inteligencji przedstawiało spreparowany wizerunek Macriego, który miał wzywać do poparcia Adorni – kandydatki partii LLA. Partia PRO złożyła skargę do Trybunału Wyborczego w Buenos Aires w związku z deepfake’iem, którego pochodzenie pozostaje niejasne. Trybunał nakazał platformie usunięcie zmanipulowanego materiału.
Jest też drugi absurd – jeszcze bliższy totalitarnym zapędom, przed którymi rzekomo przestrzega sam Milei. Na publicznym kanale dziecięcym Paka Paka ma pojawić się kreskówka „Tuttle Twins”. Program ten, wspierany przez skrajnie prawicowego prezydenta, wpisuje się w jego szerzej zakrojoną „wojnę kulturową” wymierzoną w wartości progresywne, czyli – jak mówi się w argentyńskim slangu – zurdo – nawet w przestrzeni dziecięcej. Kreskówka pochodzi z USA, została zdubbingowana na hiszpański. Stanowi przykład tego, jak obecna władza coraz chętniej współpracuje z międzynarodowymi środowiskami konserwatywnymi i libertariańskimi.
Głównymi bohaterami są bliźniaki Emily i Ethan, które podróżują w czasie ze swoją babcią. W trakcie przygód spotykają klasycznych myślicieli liberalnych – takich jak Locke, von Mises czy Friedman. W każdym odcinku uczą się, że pomoc społeczna to zło, a drukowanie pieniędzy prowadzi nieuchronnie do inflacji.
Absurdów w tym serialu jest więcej. Na przykład wprost piętnowane są samotne rodziny – sugeruje się, że dzieci wychowywane bez ojców częściej schodzą na drogę przestępstwa.
Judeochrześcijański kapitalizm
Sebastián Lacunza – reporter, felietonista i były redaktor naczelny „Buenos Aires Herald” – komentuje także sytuację mediów.
W rozmowie podkreśla, że choć w Argentynie panuje formalnie szeroka wolność prasy, rząd Javiera Mileiego stosuje autorytarną retorykę i systematycznie osłabia instytucje publiczne – zwłaszcza poprzez brutalne cięcia socjalne oraz likwidację polityk progresywnych. Zwraca również uwagę na niepokojącą koncentrację mediów sprzyjających władzy oraz zagrożenie nowym zadłużeniem kraju – na wzór poprzednich rządów liberalnych, które historycznie prowadziły do poważnych kryzysów.
– Nie istnieje coś takiego jak „cud Mileiego” – mówi Lacunza. – Używanie tego określenia świadczy raczej o braku zrozumienia lokalnych uwarunkowań społecznych.
O „cudzie Mileiego” piszą jednak zagraniczne media – na przykład amerykański „Newsweek”. Jak podaje, od momentu objęcia urzędu w grudniu 2023 roku Javier Milei wdrożył radykalny program liberalnych reform, które istotnie ożywiły gospodarkę. W drugim kwartale 2025 roku PKB wzrósł o 7,6% rok do roku – to najlepszy wynik od niemal dwóch dekad. Kluczowe działania objęły drastyczne cięcia wydatków publicznych, deregulację rynku i zniesienie kontroli walutowej. Po likwidacji tak zwanego el cepo umożliwiono swobodniejszy obrót dolarem, a rezerwy walutowe odbudowano dzięki wsparciu Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Chin. Zniesiono również ustawę o kontroli czynszów, co doprowadziło do 195-procentowego wzrostu podaży mieszkań na wynajem i spadku cen. Inflacja, która w grudniu 2024 roku sięgała 25,5 proc., w maju 2025 wyniosła już tylko 1,5% w ujęciu miesięcznym.
Choć reformy przyniosły efekty makroekonomiczne, ich koszt społeczny pozostaje bardzo wysoki – około 38 procent społeczeństwa żyje w ubóstwie, a kraj regularnie paraliżują masowe protesty. Powszechnym widokiem stają się dzieci uczęszczające do niedofinansowanych szkół, emeryci bez dostępu do leków oraz kobiety uciekające przed przemocą, które – po zamknięciu państwowych schronisk – nie mają gdzie się podziać.
Zwolniono dziesiątki tysięcy pracowników sektora publicznego, ograniczono pomoc żywnościową, zlikwidowano Ministerstwo Kobiet, a budżet na edukację zredukowano realnie o 70 procent.
Jednocześnie Milei i jego ministrowie (których w ramach walki z „biurokracją” rzeczywiście jest dziś mniej) podnieśli sobie pensje o około 48 procent.
Rządy sprawowane są głównie za pomocą dekretów, z pominięciem parlamentu, a protesty są brutalnie tłumione. Pod hasłem „wolności” budowany jest grunt pod silne instytucje o charakterze autorytarnym. Absurdalnym przykładem może być jedno z wystąpień Mileiego z początku lipca. Prezydent poleciał wówczas do Chaco, by wziąć udział w otwarciu protestanckiego Iglesia Portal del Cielo („Kościół – Drzwi do Niebios”). Ten monumentalny obiekt, mieszczący aż 15 000 osób, powstał w zaledwie kilka dni i jest jednym z największych przedsięwzięć ewangelikalnych w regionie. Gospodarzem wydarzenia był pastor Jorge Ledesma – charyzmatyczny lider religijny, który wraz z żoną Alicią prowadzi wspólnotę założoną w 1994 roku. Organizując masowe wydarzenia, podczas których podkreśla się „cuda”, uzdrowienia i inne „znaki”, ich kościół rozrósł się do rozmiarów ponad 5 tys. placówek w 57 krajach.
– Kultura pracy, oszczędzania, prawdy i prawa została porzucona. Zastąpiły ją chimery: rozrywka, niekontrolowane wydatki, zadłużenie i kłamstwa. Tymczasem to kapitalizm, oparty na wartościach judeochrześcijańskich, był największym motorem dobrobytu w historii ludzkości – mówił tam Milei, tworząc religijną podbudowę dla swoich poglądów ekonomicznych.
Komu przeszkadzają instytucje?
W tym sensie nie tylko Lacunza mówi o ograniczaniu demokracji w Argentynie. Jak podkreśla w rozmowie z „Kontaktem” Martín Kohan, autor wydanej niedawno po polsku powieści „Dwa razy czerwiec”, rząd Mileiego to jego zdaniem „przejaw funkcjonowania zdegradowanych, osłabionych lub wewnętrznie sprzecznych i nietolerancyjnych demokracji, jakie dziś pojawiają się w różnych częściach świata – choćby obecnie w Stanach Zjednoczonych Donalda Trumpa”.
– Z jednej strony przejawia się to w realnym wyjaławianiu instytucji – poprzez ich zamykanie, zwolnienia czy odebranie finansowania – które służyły ustalaniu prawdy. Przykładem mogą być poszukiwania dzieci uprowadzonych w czasie dyktatury, dziś już dorosłych, którym wciąż odmawia się możliwości poznania swojej prawdziwej tożsamości i historii – mówi Kohan.
– Z drugiej strony, jeśli chodzi o debaty ideologiczne, promuje się całkowicie fałszywe tezy – na przykład tę, że istnieje tylko jedna wersja wydarzeń z przeszłości, którą należy teraz „uzupełnić”, podczas gdy w rzeczywistości narracji było wiele, a społeczny proces interpretowania historii z definicji nigdy się nie kończy.
W podobnym duchu wypowiada się także inna ważna argentyńska pisarka, Mariana Enríquez.
– Jedną z najskuteczniejszych taktyk Mileiego jest dyskredytowanie wszelkiej krytyki za pomocą kłamstw i manipulacji – mówiła mi niedawno w wywiadzie dla jednego z polskich pism literackich. – Gdy ktoś zwraca uwagę na problem, na przykład zamknięcie szpitala publicznego, jego medialna machina natychmiast oskarża tę osobę o ukryte interesy albo korupcję. W ten sposób utrwala się przekonanie, że instytucje publiczne są nieskuteczne, co toruje drogę do ich demontażu bez większego sprzeciwu.
Wszystko to prowadzi do poszukiwania alternatyw. Dowodem może być zwycięstwo Juana Monteverde w wyborach miejskich w Rosario – najbardziej zaludnionym mieście prowincji Santa Fe.
Upadek kirchneryzmu
Nie można jednak popadać w zbyt daleko idące uproszczenia. Część europejskiego komentariatu, zwłaszcza związanego z lewicą, ma tendencję do idealizowania opozycji, utożsamianej dziś z nurtem kirchneryzmu. W swojej obecnej formie wywodzi się on od Cristiny Fernández de Kirchner, byłej prezydentki Argentyny. Sama ideologia przedstawiana jest jako lewicowa korekta wcześniejszego, bardziej znanego peronizmu.
Sprawa jest jednak bardziej złożona. Peronizm przypomina w tym względzie meksykańską Partię Rewolucyjno-Instytucjonalną – ugrupowanie, które choć powstało w lewicowym kontekście i często odwołuje się do tej symboliki, w praktyce przechodziło przez fazy faszystowskie, konserwatywne i demoliberalne. Sami peroniści odpowiadali między innymi za przerzucanie nazistowskich dygnitarzy do Argentyny. Nawet legendarna Evita Perón – której postać spopularyzował musical na Broadwayu – była zwolenniczką ustroju korporacyjnego, bliższego raczej włoskiemu modelowi faszyzmu niż demokratycznemu socjalizmowi.
To, co początkowo mogło wydawać się próbą ideologicznej odnowy peronizmu, dziś przez wielu Argentyńczyków, a szczególnie młodsze pokolenia, postrzegane jest raczej jako synonim wypalenia, oportunizmu i klientelizmu. Ruch, który niegdyś pretendował do ludowości i reformatorstwa, zatracił swoją tożsamość ideologiczną. W praktyce coraz częściej kojarzony jest nie tyle z lewicowością, co z korupcją, nieprzejrzystym sprawowaniem władzy, podporządkowaniem instytucji państwowych interesom partyjnym oraz chroniczną nieskutecznością.
Argentyńska socjolożka Maristella Svampa zwracała uwagę na ten proces już wcześniej, w kontekście prezydentury Cristiny Fernández de Kirchner. Jak pisała w swoich ostatnich pracach, jej mandat – mimo iż miał być kontynuacją rządów męża – od początku nacechowany był kryzysem legitymacji, konfliktem z sektorem rolnym i gwałtownym spadkiem poparcia. Już w 2008 roku protesty społeczne, tak zwane cacerolazos, przywoływały echo zapaści z lat 2001–2002, zaś peronizm zaczął jawić się jako siła bardziej reakcyjna niż odnowicielska. Próby rekonfiguracji systemu poprzez „nową politykę” szybko zderzyły się z niechęcią klasy średniej i z utrwalonym przekonaniem, że peronizm oznacza raczej autorytaryzm, zawłaszczanie państwa i doraźne alianse z rozmaitymi grupami wpływu.
Choć rządy Kirchnera miały sukcesy – między innymi spłatę długu wobec MFW, wzrost PKB i ograniczenie bezrobocia – to, jak podkreśla Svampa, nie przełożyły się one na głębokie reformy strukturalne. Programy redystrybucyjne pozostały fragmentaryczne, a nierówności społeczne – pomimo poprawy – utrwaliły się na poziomie wyższym niż w latach dziewięćdziesiątych. Peronizm – zamiast ewoluować ku nowoczesnej lewicy – osunął się w pułapkę uzależniania poparcia politycznego od transferów socjalnych, czyli nowej formy klientelizmu.
W tym sensie obecny kryzys legitymacji peronizmu nie jest zaskoczeniem. To formacja, która przestała być ideologicznym ruchem społecznym, a stała się mechanizmem utrzymywania przy władzy – elastycznym, bezideowym, i coraz częściej niezdolnym do realnego zarządzania państwem. Jej przyszłość – jak sugeruje Svampa – zależy nie tylko od wewnętrznej przebudowy, ale i od tego, czy społeczeństwo argentyńskie zechce jeszcze kiedykolwiek zaufać polityce opartej na symbolice lat 40., 70. czy nawet dwutysięcznych. Dziś peronizm nie inspiruje – przypomina raczej skostniały automat, który nie potrafi odpowiedzieć na nowe wyzwania epoki kryzysu klimatycznego, transformacji energetycznej, cyfrowej nierówności czy kryzysu tożsamości społecznej.
Z drugiej więc strony, paradoks Mileiego polega na tym, że choć przedstawia się jako libertarianin i bojownik o „wolność jednostki”, coraz wyraźniej dryfuje w stronę porządków autorytarnych. Wolność, którą głosi, dotyczy przede wszystkim rynku – nie ludzi. Tam, gdzie pojawia się realny opór społeczny, wolność przestaje być wartością. Rządzący marginalizują parlament, zarządzają państwem przez dekrety, używają przemocy wobec protestujących, promują cenzurę, a jednocześnie budują kult jednostki oparty na quasi-religijnych fundamentach. W tym sensie Milei nie jest żadnym radykalnym liberałem, lecz coraz bardziej klasycznym przedstawicielem autorytarnego populizmu XXI wieku.

