W ostatnim sezonie kultowego Jak poznałem waszą matkę? widzowie wreszcie zapoznają się z tytułową postacią, Tracy McConnell. Oglądając serial po raz pierwszy, na tym etapie dawno już nie wierzyłem, że będzie ona w stanie sprostać nabudowanym przez lata oczekiwaniom – musiałaby przecież przebijać każdą z poprzednich partnerek Teda, nawet buntowniczą Zoey. To, nawiasem mówiąc, wydawało mi się wtedy niemożliwe, co tylko dowodzi, jak niemądrzy bywają nastolatkowie. A jednak Tracy podołała. W trudnym dla niej momencie zostaje zapytana, co chce zrobić ze swoim życiem – i nie namyślając się długo, odpowiada: „I want to end poverty”. Od tej pory wszystko, co robi, ma być podporządkowane temu celowi. Za chwilę widzimy ją więc, jak dążąc do niego, rozpoczyna studia ekonomiczne.
Imponujące? Być może. Jednak z jakiegoś powodu takie postępowanie wprawia nas w pewien dyskomfort. Czy jeśli zamierza walczyć z ubóstwem, to nie wystarczy już miejsca na spełnienie w innych dziedzinach? I czy jeśli Tracy nie osiągnie swojego celu, wszystko będzie na nic? Serial w ciągu kilku odcinków odpowiada na oba pytania, nie to jednak wydaje mi się najistotniejsze. Widzę tu jeszcze jedną kwestię do namysłu: co sprawia, że człowiek stawia sobie takie zadanie i jest gotowy poświęcić wiele, żeby je wypełnić?
Krótko mówiąc, stajemy przed pytaniem o osobiste motywacje, ale także cechy charakteru, zewnętrzne uwarunkowania i, w nieco już dalszej perspektywie, umiejętności. Wszystkie one mają swoje źródła – i co do nich nie byliśmy w redakcji zgodni. Rozważając ten temat, jedni skupiali się na statusie społecznym i klasowym, inni na środowisku, w którym funkcjonujemy, jedni na wychowaniu, inni na wartościach. Postanowiliśmy więc wraz z Marianną Komornicką choć na małą skalę sprawdzić, co sprawia, że ludzie angażują się w działania na rzecz różnie rozumianego dobra wspólnego. Interesował nas przede wszystkim określony i dosyć wąski wycinek grupy działaczy: osoby koordynujące działania oraz takie, które gotowe są do czegoś, co roboczo określiliśmy „aktywizmem nonkonformistycznym”. Kto organizował punkty recepcyjne na dworcach w lutym i marcu 2022 roku? Kto jest gotowy pojechać na Podlasie, żeby udzielać pomocy osobom w drodze? Okazuje się, że nie jest to bardzo dobrze przebadana grupa.
Antysystemowi państwowcy
Kim są ci ludzie? Udzielona podczas kolegium odpowiedź, że absolwentami społecznych liceów z czasów, kiedy wciąż jeszcze miały misję, albo wychowankami grup kikowskich, nie wydawała nam się wystarczająca. Jako osobom pracującym na co dzień z dziećmi i młodzieżą naturalnym było dla nas pytanie być może jeszcze ważniejsze: czy istnieją w ich wychowaniu wzorce, które moglibyśmy replikować? Na boku zostawiam na razie kwestię, czy planowa nauka kontestacji zastanego porządku jest w ogóle możliwa – albo pożądana.
W odpowiedzi na te dylematy, we współpracy z Zuzanną Rokitą i Hanną Frejlak, opracowaliśmy scenariusz pogłębionego wywiadu biograficznego i na jego podstawie przeprowadziliśmy rozmowy z ośmiorgiem działaczy. Mogą one w przyszłości posłużyć jako wstęp do szerszego badania. Rozmówców dobraliśmy pod kątem podejmowanych aktywności – staraliśmy się o różnorodność poruszanych tematów bez względu na to, z jakimi poglądami politycznymi się kojarzą. Wśród wywiadowanych znaleźli się więc zarówno aktywiści walczący w obronie puszczy oraz przeprowadzający blokady w imię klimatu, niosący pomoc humanitarną na granicy białoruskiej, jak i osoby związane z ruchem pro-life czy przeciwdziałające rzekomej ukrainizacji Polski.
Poza samym zaangażowaniem społecznym wszystkich ich łączy wspomniany nonkonformizm czy też antysystemowość podejmowanych działań: gotowość do łamania prawa czy nawet ryzykowania zdrowiem i represjami w imię tego, co uważają za słuszne. Chodzi więc i o obywatelskie nieposłuszeństwo Ostatniego Pokolenia, kryminalizowane działania pomocowe na Podlasiu, i o prezentowanie w przestrzeni publicznej drastycznych zdjęć z procedur medycznych. Nie udało nam się zachować równych proporcji pomiędzy aktywistami z umownej „lewej” i umownej „prawej” strony. Ci drudzy częściej nie odpisywali na nasze zapytania, odmawiali lub „po sprawdzeniu możliwości udziału” mieli „wrócić z odpowiedzią” – a przynajmniej taką informację przekazał nam w imieniu Ruchu Obrony Granic Robert Bąkiewicz. Najwyraźniej sprawdzanie wciąż trwa.
Kategoria antysystemowości nie jest jednak w tym wypadku idealna. Jeden z naszych rozmówców, dwudziestokilkulatek mówiący o sobie jako o państwowcu, tak opisuje sytuację na granicy polsko-białoruskiej:
– Państwo po prostu się myli, dopuszcza się rzeczy złych. Czułem, że obowiązkiem obywatelskim jest interweniowanie. Większość nie jest nieomylna i w tym wypadku ewidentnie się myliła. Nie miałem żadnych wątpliwości.
Właściwsze byłoby może myślenie o alternatywnych systemach. Prawo państwowe jest ważne, ale jeszcze ważniejsze jest prawo moralne, wydaje się mówić badany. Opinia, że przy podejmowaniu określonych działań liczy się właściwie tylko to drugie, powtarza się wielokrotnie. Inny z wywiadowanych w analogicznym kontekście przywołał prawo boskie, jeszcze inny – stan wyższej konieczności związanej z katastrofą klimatyczną.
Aktywistyczna kontrkultura
Zamiast postawionego we wstępie pytania mógłbym użyć cytatu z innego tekstu kultury i problem byłby tak samo prawdziwy. Niestety, raczej nie wypada nam napisać: „Wystarczy, że odpowiesz sobie na jedno zajebiście ważne pytanie: co lubię w życiu robić? A potem zacznij to robić”. Motywacja stojąca za odpowiedzią byłaby już zupełnie inna. Pytanie, z którym musi zmierzyć się Tracy, wiąże się raczej z wartościami i potrzebą sensu niż z upodobaniami. Te jednak także muszą z czegoś wynikać.
Z pomocą przychodzi nam w tej sprawie raport z badania przeprowadzonego przez zespół socjologów dla Collegium Civitas, opublikowany w 2023 jako Społeczeństwo łatwopalne, a dotyczący pomocy udzielonej przez polskie społeczeństwo po rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Zawiera bardzo użyteczną typologię decyzji o pomaganiu, rozpisanych według motywacji. Badacze jako ich źródła wskazują pobudki: etyczne, społeczne, patriotyczne, emocjonalne, terapeutyczne, tożsamościowe i materialne. Oczywiście różne kategorie mogą się wzajemnie przenikać i uzupełniać. Ta tożsamościowa, którą autorzy raportu podsumowują hasłem „pomagam, bo: umiem, mogę, lubię”, naturalnie wiąże się z potrzebami psychologicznymi, czyli poczuciem sensu czy dopływem hormonów szczęścia – bo to właśnie dzięki temu lubimy działać społecznie.
I rzeczywiście, nasi rozmówcy również czerpią lub czerpali motywację prawie ze wszystkich wymienionych źródeł, może z wyjątkiem korzyści materialnych. Podstawowym punktem odniesienia były dla wszystkich wartości i głębokie przekonania etyczne. Dla jednych wiązały się bardziej z humanitaryzmem, dla innych z humanizmem czy moralnością chrześcijańską (lub postchrześcijańską), dla jeszcze innych – z poczuciem niesprawiedliwości. To ostatnie wydaje się szczególnie istotne w kontekście młodych, którzy angażowali się w działalność na rzecz klimatu, chociaż ich motywację można też uznać za czysto intelektualną: nie powinno być tak, że nasza planeta stanie się niemożliwa do zamieszkania przez chciwość kilku miliarderów, trzeba więc działać. Zapytany o wyznawane wartości dwudziestokilkulatek zaangażowany na granicy polsko-białoruskiej powiedział:
– To jest taka uważność na słabszych i wyczulenie na niesprawiedliwość społeczną czy konieczność pomocy innym. Poza tym ważna jest obywatelska postawa, która nie zawsze jest wygodna czy od razu zrozumiała, oraz troska o dobro wspólne w mniejszej i większej wspólnocie.
Istotnym motywatorem jest tu też aspekt emocjonalny – złość na status quo i troska o innych, bardziej dotkniętych zmianami klimatu czy, w zupełnie już innej grupie, empatia względem bezsilnych nienarodzonych. Jedna z naszych rozmówczyń, próbując określić, co łączy osoby zaangażowane w działalność społeczną, ujęła to w ten sposób:
– Poczucie sprawiedliwości i przekonanie, że twoje wartości są ważniejsze niż twoja wygoda. Myślę, że to coś wspólnego i dla środowiska prawicowego, i lewicowego. Może to zabrzmi pejoratywnie, ale że jest coś ważniejszego niż ty sam.
Taki dobór słów wyraźnie sugeruje, że ich autorka zauważa, jak bardzo na przekór dominującej kulturze indywidualizmu idzie zaangażowanie społeczne. To właśnie ta negatywna konotacja związana ze stawianiem jakiejś wartości ponad siebie czy dyskomfort, o którym pisałem wcześniej. Skoro ludzie robią takie rzeczy, to dlaczego ja nie? W tym sensie aktywizm staje się działaniem jak najbardziej antysystemowym, a przynajmniej kontrkulturowym. To też wymiar, który uważam za wyjątkowo cenny, mający potencjał łączenia ponad podziałami i budowania wspólnot. Powinniśmy podejmować wszelkie działania, żeby przywrócić go w zatomizowanym społeczeństwie.
Ktoś musi
– Wierzę, że motywacja do działania to nie powinno być coś krótkotrwałego. Powinno się oddać sprawie na całe swoje życie, na dekady. Najlepsze słowo, jakie znalazłam na opisanie tej gotowości do poświęcenia dla rzeczy wyższych, to transcendencja.
Pogląd o „czymś ważniejszym” czy „czymś większym” stoi zresztą wprost za pytaniem „co chcesz zrobić ze swoim życiem?”, od którego zacząłem ten tekst. Wiele osób mówiło o motywacji wynikającej z przekonania, że nie żyjemy wyłącznie dla siebie. Czasem chodziło o dowolną ze wspólnot, do których należymy, czasem o dobro ogółu, czasem o stawanie w zgodzie ze swoimi wartościami, nawet w wymiarze metafizycznym. Wiąże się to zresztą wyraźnie z potrzebą transcendencji, choć wcale niekoniecznie rozumianej religijnie, o której zresztą jedna z rozmówczyń mówiła jak najbardziej wprost. Samo poczucie sensu, które daje pomaganie lub działanie w słusznym celu, było dla większości bardzo ważne – choć, jak wiemy z innych źródeł, czasem poczucie wewnętrznej spójności wcale nie jest radosne czy podniosłe. Bywa wręcz gorzkie.
– Możemy być z siebie dumni, że nie zachowaliśmy się jak ostatnie chuje, ale wychodzimy z tego z bardzo ciężkim bagażem – mówi jedna z bohaterek książki Mikołaja Grynberga Jezus umarł w Polsce.
Powstaje poczucie obowiązku, który nie wynika wyłącznie z tego, co zdecydowaliśmy się robić lub co rozumowo uważamy za właściwe. Wkracza ono w wymiar moralny, z którym bardzo trudno dyskutować. Działacz organizacji zwalczającej aborcję przytoczył taką historię:
– Kiedy zaczęliśmy pokazywać te straszne zdjęcia, córka zapytała: „chciałbyś, żeby taki plakat wisiał przed naszą bramą?”. Mówię, że nie. Ale gdyby takie zdjęcie mogło ocalić jednego człowieka, to już bym chciał.
Jeszcze jednym wątkiem ściśle związanym z moralnością jest ten dotyczący wzajemnych zobowiązań między jednostką a wspólnotą, w której ta jednostka żyje, oraz między jednostką a nie zawsze sprecyzowaną siłą wyższą. Nasi rozmówcy mówili w tym kontekście zarówno o umiejętnościach i kontaktach, które sami pozyskali, jak i kapitale społecznym czy ekonomicznym, który nie był od nich zależny:
– Mam poczucie, że mam bardzo dużo narzędzi. Im więcej działasz, tym więcej możesz robić, ludzie cię zapraszają, jest jakiś rodzaj połączeń, więc trzeba to wykorzystywać.
– Źle się czuję, nie robiąc zupełnie nic dla innych. Sporo zostało mi dane i czuję się w obowiązku nie pracować tylko na siebie, ale też na rzecz innych.
Jak jednak pisałem na początku, konsekwencja w łączeniu przekonań i praktyki życia bywa dla nas wręcz niepokojąca. Podobnie czują się bliscy zaangażowanych, którzy nierzadko pytają: „dlaczego to robisz?”. Odpowiedzią jest zwykle: „bo ktoś musi”. „Czy nie może w takim razie ktoś inny?”, zdarza się ciąg dalszy. Pewnie może, ale z różnych powodów zaangażowani działacze to mniejszość społeczeństwa. Częściowo oczywiście ze względu na uwarunkowania ekonomiczne, częściowo jednak – przez kształtowane na różnych etapach życia przekonania.
Kuroń, Gandhi i punkowe ziny
Uporządkujmy wątek motywacji i ich źródeł. Skąd bierzemy ideały i wartości, które ustawiają nam życie w taki, a nie inny sposób? Muszę tu niestety odpowiedzieć tak, jak najbardziej lubią analitycy: to zależy. Odpowiedzi, których udzielali rozmówcy, bardzo się od siebie różniły. Punktem wspólnym dla wszystkich było tylko to, że z jednej strony mieli w domach rodzinnych – lub już w dorosłym życiu – wolność poszukiwań, a z drugiej stosunkowo stabilną sytuację finansową, pozwalającą nie martwić się na co dzień najbardziej podstawowymi sprawami bytowymi.
Domy, z których pochodzili, były jednak zróżnicowane – od rodzin z klasy średniej, których dorośli członkowie ewentualnie zaczynali w ograniczonym stopniu angażować się pod wpływem dzieci, przez artystów działających na rzecz „obrony demokracji” i dyplomatów z rodzinnymi tradycjami w AK i KOR, aż po lokalnych aktywistów z Białowieży. Dla części naszych rozmówców rodzinne tradycje stanowiły ważny punkt odniesienia, a niektórzy dystansowali się od, nieraz wręcz zniechęcających do działania, rodziców. Niektórzy rozmawiali w domach o społeczeństwie, polityce i zaangażowaniu społecznym, inni nie. Na pewno dom rodzinny bywa dla działaczy jednym ze źródeł wartości. Istotne bywa też szersze tło społeczne – dwie osoby zwróciły uwagę, że fakt ich przynależności do mniejszości, w tym wypadku prawosławnej lub LGBT+, wpłynął na ich większą wrażliwość w kwestiach dobra wspólnego.
Kilka osób wymieniło ważne dla nich lektury – od polskich romantyków i poetów pokolenia Kolumbów, przez Zygmunta Baumana, Hannah Arendt, G.K. Chestertona i C.S. Lewisa, po nieco egzotyczne, wydawałoby się, połączenie socjalistów utopijnych, klasyków anarchizmu i przywódców totalitarnych z punkowymi zinami. Część mówiła o autorytetach i wzorach, czasem rodzinnych, czasem z bliskiego otoczenia, ale często też niespotkanych osobiście. Młodzi aktywiści wymieniali opozycjonistów z PRL, żyjących i zmarłych, współczesnych działaczy ruchów o podobnym profilu. Padły nazwiska Jacka Kuronia, Martina Luthera Kinga, Mahatmy Gandhiego i Rogera Hallama. Część książek i autorytetów nasi rozmówcy znajdowali sami, na część natrafili za pośrednictwem rodziny lub znajomych. Inne osoby, które przynajmniej w pewnych aspektach można było stawiać za wzór, pojawiały się na ich drodze przypadkiem:
– Bardzo inspirujący był dla mnie pierwszy kontakt ze społecznością rówieśniczą w Puławach, ze squattingiem. Że w ogóle coś takiego funkcjonuje, że młodzież w Polsce, w zachodniej Europie buduje swoje miejsca, gdzie mogą bez kontroli naprawdę tworzyć swój świat i swoją kulturę.
– Moja polonistka i wychowawczyni była zakonnicą. Później zapraszała nas do swojego domu, poznawała z innymi siostrami, opowiadała o ślubach ubóstwa. Doświadczenie jedzenia z nią posiłków i czytania wierszy było dla mnie obrazem, jak ludzie na bardzo podstawowym poziomie ucieleśniają to, w co wierzą. Wybór tego, że ktoś chodzi codziennie tak samo ubrany, ma w domu głównie książki i je ziemniaki z burakami, jest też bardzo blisko tego, co teraz moglibyśmy nazwać ekowioską, ekologią, minimalizmem i tak dalej.
A skąd wiemy, że to, w co wierzymy, możemy wcielać w życie? Odpowiedź na to pytanie jest znacznie prostsza niż na poprzednie. Każdy z naszych rozmówców opowiadał o doświadczeniu osobistej sprawczości, które pociągnęło za sobą kolejne. Jeden z mężczyzn na przełomie lat 90. i 2000. organizował punkowe koncerty, a niemal równolegle, w zgodzie ze swoimi anarchistycznymi ideałami, zaangażował się w działalność na rzecz praw człowieka. Inny zobaczył, że jego aktywność w szkolnej radzie rodziców ma wpływ na otoczenie – zaczął więc szerzej działać na rzecz wyznawanych wartości. Dwudziestokilkulatka pochodząca z Krakowa wspomina, że w wieku 15 lat wraz z rodzicami chodziła na protesty w obronie sądów i Czarne Strajki, a w podobnym czasie pomogła koleżance molestowanej przez innego ucznia. Kolejna swoją aktywistyczną przygodę zaczęła od Młodzieżowego Strajku Klimatycznego.
Ile osób, tyle pierwszych razów. Łączy je jednak zobaczenie własnego wpływu, zrozumienie, że mogę i umiem coś zrobić. „W świecie, który ci się nie podoba, na chwilę robisz świat, w którym chcesz żyć”, wspomina niebinarny dwudziestolatek. Po tym pierwszym doświadczeniu przychodzą zwykle kolejne, które przynoszą już często inne wrażenia. Szczególnie w przypadku pomocy humanitarnej pojawia się czasem poczucie wszechmocy, emocjonalny haj, od którego można się uzależnić – albo spalić. Przynajmniej przez jakiś czas działa jednak bardzo motywująco.
Wiele rodzajów aktywności daje możliwość poznania i współpracy z ludźmi, których uważamy za interesujących albo myślących podobnie do nas. Pomaganie daje nam poczucie sensu, często na bardzo podstawowym poziomie: komuś było zimno, a dzięki nam już nie jest, ktoś był głodny, a już nie jest. Z dobrze wypełnionego obowiązku, niezależnie już czy pojmowanego etycznie czy intelektualnie, można czerpać satysfakcję, a z samego działania – o ile to działanie, które lubimy – przyjemność. Najłatwiej się angażować, kiedy różne nasze motywacje łączą się w określonym działaniu:
– Działam w GOPR-ze, bo mi się to podoba, a jednocześnie jest to bardzo fajna opcja szkoleniowa i rozwojowa. Wiem też, że osób, które chcą to robić i mają do tego predyspozycje, nie jest jakoś superdużo.
Słomiany zapał?
Przykład wsparcia dla Ukrainy w 2022 roku potwierdza, że nawet bardzo intensywne zaangażowanie, jeśli jest krótkotrwałe, jest znacznie łatwiejsze niż planowe działania długoterminowe. Metafora łatwopalności, którą stosują autorzy wspomnianego raportu, przystaje także do sytuacji wielu aktywistów, których spotkaliśmy w ramach przeprowadzonych wywiadów i prywatnie. Z pięciu osób do 25. roku życia, z którymi rozmawialiśmy, wszystkie po etapie intensywnego działania znacząco obniżyły stopień swojego zaangażowania w bardziej ryzykowne aktywności. W większości przypadków wiązało się to z poczuciem zmęczenia i wypalenia czy problemami ze zdrowiem fizycznym i psychicznym, wynikającymi z podejmowanego zaangażowania. Trzy pozostałe, w przedziale wiekowym 45-70, wciąż działają aktywnie, choć z ich słów wynika, że zdecydowanie w sposób zaplanowany. Pochodzący z Podlasia młody mężczyzna tak opisywał swoje doświadczenia:
– Czułem po sobie, że w momencie, kiedy sfokusowałem się tylko na tym, bez żadnych oddechów, to z jednej strony spłaszczałem się jako osoba, a z drugiej strasznie szybko się wypaliłem. Poza tym miałem poczucie, że jestem niezastąpiony. Że jakby mnie nie było, to wszystko by padło.
Usłyszałem kiedyś stwierdzenie, że w Polsce solidarność jest przede wszystkim emocją, a nie postawą czy wartością – i stąd wynika wiele naszych społecznych problemów. W 2022 roku zapaliliśmy się do pomocy Ukraińcom, ale potem skończyły się emocje, a przyszło zmęczenie. Wygląda na to, że podobnie jest w przypadku przynajmniej części najbardziej zaangażowanych działaczy. Może więc poza zastanowieniem nad wspólnymi wzorcami okresu dojrzewania powinniśmy też pomyśleć nad tym, jak aktywność obywatelską utrzymać na stabilnym poziomie. Niektórzy z naszych rozmówców znaleźli dla siebie mniej eksploatujące lub mniej ryzykowne pola zaangażowania, inni o swojej przyszłości mówili, że muszą przemyśleć, w jaki sposób będą działać. Wątpliwości, że działać dla wspólnego dobra nie przestaną, raczej nie mieli – choć niektórzy rozważali zmianę pola na przykład na badawcze.
Obserwacja ruchów społecznych o dłuższej tradycji, wypowiedzi starszych z naszych rozmówców oraz badania Jamesa Downtona i Paula Wehra wskazują, że długoterminowe zaangażowanie można utrzymać przede wszystkim dzięki racjonalnym wyborom – z jednej strony dotyczącym przemyślenia osobistej hierarchii wartości, z drugiej praktycznego funkcjonowania działalności obywatelskiej w relacji do codziennego życia.
– Teraz podejmuję się tylko takich działań, które najpierw przekminię i utwierdzę się, że stoi za nimi jakaś idea. Szukam w tym głębszego sensu i dalekosiężnego celu. Czemu ma służyć zaangażowanie, skoro poświęcam na nie czas?
Pomaga w tym na pewno wspierające otoczenie oraz społeczność innych osób działających w tym samym obszarze. Wiele osób właśnie przez więzi towarzyskie w ogóle zaczyna angażować się społecznie – albo stanowi to przynajmniej część składową decyzji o włączeniu się. Osoby, z którymi lubimy spędzać czas albo które nam imponują, skłaniają nas, żebyśmy się do nich upodobnili. Działania, o których piszę, są być może nonkonformistyczne w skali społeczeństwa, często jednak wiążą się z konformizmem w obrębie danej grupy. „Wszystkie fajne dzieciaki chodziły na MSK”, mówi jedna z rozmówczyń, działająca później także w Ostatnim Pokoleniu.
Relacje i wzajemne wsparcie pomagają utrzymać zaangażowanie, a w niektórych przypadkach także równowagę psychiczną. Jeden z aktywistów z granicy białoruskiej otwarcie przyznał, że bez otaczających go kolegów i koleżanek „nie dałby rady”. Ważna jest też wspierająca – a przynajmniej wyrażająca zrozumienie – rodzina i osoby partnerskie. Te ostatnie zresztą same często angażują się społecznie.
– Moja partnerka to ma ze mną ciężko, jak na wojnie. W związku z tym bardzo doceniam takie wzmacnianie. Nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego sami, więc działamy wspólnie, w społecznościach, w grupach. Ważne jest też niesienie wiedzy, umiejętności i doświadczeń innym ludziom, którzy chcą działać, inspirowanie ich.
Tak opisuje część roli działacza czterdziestokilkulatek, związany w młodości ze sceną punkową. I myślę, że takiej właśnie wspólnotowej kontrkultury dziś potrzebujemy.
Projektanci doświadczeń
Jeśli nawet istnieje powód, dla którego to właśnie wychowankowie KIK-u i absolwenci społecznych liceów organizowali punkty recepcyjne na dworcach czy bazy pomocy humanitarnej na białoruskiej granicy, to nie jest nim wcale wyjątkowa formacja, przez którą przeszli. Choć wychowanie w KIK-u czy w niepublicznej szkole sprzed kilkunastu lat wiąże się z przekazaniem określonego zestawu wartości i umiejętności, nie on jest jednak w tej sprawie decydujący. W Grupie Zasoby na warszawskim Dworcu Zachodnim nie brakowało na przykład absolwentów organizacji produkcji filmowej, którzy swoje umiejętności czerpali raczej z doświadczeń zawodowych niż z jakiejś specyficznej formacji, którą przeszli.
Kluczowe okazują się, jak zresztą bardzo często, uwarunkowania klasowe – zarówno aktualne, jak i te z okresu młodości. To oczywiste, że człowiek żyjący z dnia na dzień, nieposiadający poduszki finansowej, kilka razy się zastanowi, zanim rzuci się w wir działań pomocowych, na przykład wyjeżdżając na tydzień do lasu. Jeśli w dodatku wykonuje pracę opiekuńczą, tym trudniej będzie mu podjąć taką decyzję.
Podobny efekt daje stabilność, której doświadczamy w młodości. Daje nam większą wolność poszukiwań i przestrzeń na działanie, dzięki któremu możemy zdobyć doświadczenie osobistej sprawczości. A to właśnie ono jest kluczem do późniejszego zaangażowania, jak wynika właściwie ze wszystkich przeprowadzonych przez nas rozmów. Takie doświadczenie rzadko zapewnia szkoła, bo bardzo trudno systemowo zaprojektować je na dużą skalę.
Pewnie dlatego też nowa podstawa programowa unika definiowania słowa „sprawczość”, o czym opowiadają w wywiadzie dla „Kontaktu” Magdalena i Aleksander Pawliccy. Wydaje się również, że zgadzają się z opiniami Jędrzeja Witkowskiego (także w tym numerze) oraz Miszy Tomaszewskiego (Patyki i kamienie, K58) dotyczącymi roli pojedynczego nauczyciela, często wychowawcy, w budowaniu tej sprawczości na wiele wcale nie spektakularnych sposobów. Często wiążą się one z wyzwaniami – od działań na rzecz wspólnoty klasowej i prób wzajemnego zrozumienia po wycieczki w naturę i rzemiosło.
Tego ostatecznie doświadczają na spotkaniach i obozach grupy dzieci wychowywanych metodą harcerską: budują zespół, stają przed wyzwaniami, a przezwyciężając je, wzmacniają swoje poczucie sprawczości, zdobywają nowe umiejętności i zacieśniają relacje. To wszystko przeżycia, które jako dorośli odpowiedzialni za wychowanie dzieci i młodzieży możemy w różnych przestrzeniach projektować: w domu, w szkole, w drużynie harcerskiej i sportowej. Musimy tylko pamiętać o dwóch rzeczach: po pierwsze, żeby zadbać o nasze kompetencje w tym zakresie, i po drugie, żeby nasza wizja tego, kim mają stać się nasi wychowankowie, nie przesłoniła nam tego, kim są. Wybór życiowej ścieżki jest ich własną decyzją – nie znaczy to jednak, że nie możemy postawić na niej kilku drogowskazów.
Współpraca: Marianna Komornicka
