Co wojna między Izraelem a Iranem oznacza dla Palestyńczyków? [Korespondencja z Jerozolimy]
Izraelsko-amerykański atak na Islamską Republikę Iranu w ostatni dzień lutego pogrążył cały region w chaosie. Irańczycy nie pozostali dłużni: ich odwet, który oprócz Izraela i amerykańskich baz, wymierzony był w kilkanaście innych państw Bliskiego Wschodu, sprawił, że nadzieja na szybkie zakończenie konfliktu szybko znikła. Ta wojna zbiera wśród cywili nieproporcjonalnie wysokie żniwo. Wiemy o ofiarach śmiertelnych w Iranie, w Izraelu i w państwach arabskich, ale medialnie i politycznie pominiętą grupą pozostają Palestyńczycy; zarówno ci w Gazie, na Zachodnim Brzegu, jak i w samym Izraelu.
Gaza, która przez ostatnie dwa lata doświadczyła niewyobrażalnego zniszczenia zarówno infrastruktury, jak i tkanki społecznej, zmaga się ze wzmożoną przemocą ze strony Izraelczyków. W niedzielę 8 marca kontrolowane przez Hamas Ministerstwo Zdrowia Gazy poinformowało o śmierci siedmiu osób podczas bombardowań, kolejne siedemnaście zostało rannych. Izraelskie wojsko określiło dwoje z zabitych osób jako członków Hamasu, lecz nie skomentowało doniesień o śmierci pozostałej piątki (w tym dwójki dzieci i jednego dziennikarza). Średnio dwa razy w tygodniu rząd Gazy informuje o ofiarach izraelskich ataków. Izraelczycy tłumaczą swoje poczynania potrzebą likwidacji Hamasu.
Ataki w Gazie nie są ograniczone do jednego obszaru: ofiary marcowych bombardowań pochodziły między innymi z miasta Gaza, Beit Lahii czy Khan Junis. Działania izraelskiej armii prowadzone są oczywiście poza zainteresowaniem mediów tak izraelskich, jak i międzynarodowych, a także przy braku sprzeciwu ze strony społeczności międzynarodowej. Wojna w Iranie przesunęła los Gazańczyków na drugi plan, choć wielu marzyło, że zawieszenie broni przyniesie długo oczekiwane zwiększenie pomocy humanitarnej i rozpoczęcie odbudowy. Izraelskie kanały informacyjne zajęte są jednak fantazjowaniem na temat przyszłości regionu bez Chameneiego – o Gazańczykach nie zająknął się ani jeden prezenter telewizyjny czy gospodarz programu informacyjnego.
Niestety także na płaszczyźnie logistycznej wojna izraelsko-amerykańsko-irańska utrudnia wiele spraw. Po ataku na Teheran Izrael ponownie zamknął wszystkie przejścia między Izraelem a Gazą, w tym niezwykle ważne Kerem Szalom, przez które przechodzi duża część żywności i leków; usprawiedliwieniem miały być bliżej nieokreślone ,,potrzeby bezpieczeństwa”. Na granicy z Jordanią zamknięto natomiast przejście Allenby, przez które przechodzi część pomocy humanitarnej kierowanej do Gazy. Kerem Szalom otwarto dopiero po trzech dniach i tylko częściowo. Jednak nawet te 72 godziny wystarczyły, żeby przypomnieć Palestyńczykom strach, który czuli, gdy Izrael odciął Gazę od żywności, wody, leków i energii. Wiadomo, że ceny produktów spożywczych w Gazie drastycznie wzrosły, co pogorszyło i tak już trudną sytuację społeczeństwa, do niedawna zmagającego się z klęską głodu. Sytuacja od czasu zawieszenia broni między Hamasem a Izraelem nadal jest ciężka, bo duża część Palestyńczyków nadal zmaga się z niedożywieniem, ale transporty z żywnością regularnie przekraczają izraelsko-gazańską granicę.
Sytuacja jest niewiele lepsza na Zachodnim Brzegu. Choć Izrael jako okupant ma obowiązek zapewnić miejscowej ludności ochronę przed niebezpieczeństwem, to na Zachodnim Brzegu schrony buduje się tylko w żydowskich osiedlach. Podczas zeszłorocznej wojny z Iranem resztki zestrzelonych rakiet spadły na 35 palestyńskich domów. Tym razem dochodzi do kolejnych tragedii. Cztery Palestynki zginęły 18 marca w wyniku irańskiego ataku na Hebron, największe miasto Zachodniego Brzegu; odłamki rakiety spadły na salon kosmetyczny. Jedna z kobiet była w ciąży, inna miała zaledwie siedemnaście lat. Kolejne trzynaście osób zostało rannych. Wcześniej na terytoriach okupowanych dochodziło do zniszczeń mienia ze względu na spadające pociski, ale obyło się bez ofiar śmiertelnych.
Od kilku tygodni jestem w Izraelu i Palestynie, niedawno odwiedziłem też Samarę, małą palestyńską wioskę na północy Zachodniego Brzegu. Wyraźnie słyszeliśmy syrenę z pobliskiego osiedla (choć palestyńskie wioski nie mają własnej infrastruktury ostrzegawczej), ale przed spadającą irańską rakietą moglibyśmy się schronić co najwyżej pod drzewem. Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu podchodzą do alarmów rakietowych z rezygnacją: przed tak poważnym zagrożeniem nie mogą ochronić przecież siebie ani swoich najbliższych bez żadnego wsparcia ze strony państwa. Nawet w strefie A Zachodniego Brzegu, gdzie pełnię władzy sprawuje Autonomia Palestyńska, nie powstają schrony. Także tam Palestyńczycy zmuszeni są radzić sobie sami. Dlatego podczas gdy izraelskie społeczeństwo na dźwięk syreny karnie zmierza do najbliższego schronu, Palestyńczycy nie reagują. Na Zachodnim Brzegu nawet dzieci nie zwracają uwagi na eksplozje w oddali.
Wojny i czas wzmożonego napięcia to też zazwyczaj okres, kiedy najczęściej dochodzi do ataków osadników na palestyńskie wioski. Według danych izraelskiej organizacji prawnej Jesz Din w ciągu pierwszych czterech dni wojny z Iranem doszło do przynajmniej pięćdziesięciu ataków w trzydziestu siedmiu palestyńskich społecznościach. Aktywiści dokumentujący przemoc osadniczą na terytoriach okupowanych mówią o kilku atakach dziennie, ale brak na razie oficjalnych podsumowań, które pozwoliłyby określić pełną skalę zjawiska od czasu wybuchu wojny. Na ogół celem ataków osadników jest uczynienie Zachodniego Brzegu niezdatnym do życia dla Palestyńczyków poprzez bezpośrednią przemoc, groźby i zastraszanie. Nacjonalistyczne wzmożenie oraz niskie zainteresowanie służb sytuacją na Zachodnim Brzegu to dwa główne czynniki, które stanowią o większej częstotliwości ataków w ostatnim czasie. Przynajmniej sześcioro Palestyńczyków zginęło z rąk osadników od czasu ataku na Iran.
Do dwóch zabójstw doszło na przykład w wiosce Khirbet Abu Faleh. Świadkowie opisują, że nawet przy nagraniach z kamer izraelskiego wojska oraz transmisji prowadzonych na żywo przez samych agresorów, grupa uzbrojonych osadników wtargnęła do palestyńskiej wioski. Wszystko po to, aby następnie zniszczyć miejscowy sad i wodociąg oraz pobić mieszkańców, zwierzęta i obecnych na miejscu aktywistów. Następnie osadnicy zastrzelili dwóch Palestyńczyków. Izraelskie władze wyraziły ,,pełny sprzeciw wobec każdego rodzaju przemocy” oraz obiecały przeprowadzić dochodzenie. Nikt na miejscu jednak nie spodziewa się, że sprawiedliwości stanie się zadość.
Do kolejnego ataku doszło w wiosce Karjut niedaleko Nablusu. Muthanna Szanran, świadek ataku, tak opisywał go izraelsko-palestyńskiemu Magazynowi +972: „Czterech osadników niosących kije weszło na prywatną ziemię naszej społeczności, jednocześnie wpuszczając swoje stado krów na nasze pastwisko. Powiedzieliśmy im, że mają odejść, ale oni podeszli do nas bliżej, prowokowali nas i zaczęli niszczyć nasze plony. […] Kiedy spróbowaliśmy odgonić ich krowy zaczęli bić nas kijami i rzucać w nas kamieniami. Następnie jeden z osadników strzelił w powietrze, a potem w mojego kuzyna, Amira i mojego przyjaciela, Khaleda. Obaj zmarli w wyniku obrażeń”. Nie aresztowano jeszcze żadnego z osadników, którzy brali udział w ataku.
Co ważne, Palestyńczycy nie mogą czuć się bezpiecznie nawet wtedy, gdy kooperują z władzami. Jasnym jest, że zgłoszenie ataku policji czy armii zdaje się na niewiele, ale mieszkańcy palestyńskiej wioski Susja na południu Zachodniego Brzegu w zeszłym roku poszli o krok dalej – zgłosili sprawę do izraelskiego Sądu Najwyższego, który nakazał wojsku uniemożliwić osadnikom wejście na ziemię Palestyńczyków. W rzeczywistości decyzja sądu nie przyniosła żadnej zmiany. W zeszłym tygodniu osadnicy po raz kolejny wtargnęli do wioski i w dwanaście minut zdążyli podpalić dwa domy, kilka aut i zagrodę dla zwierząt. Do dziś nikt nie został aresztowany w związku z atakiem i nie wyjaśniono, dlaczego wojsko nie stosuje się do wyroku sądu.
Podobnie jak w Gazie, Izrael także tutaj zamknął na początku wojny wszystkie checkpointy, co uczyniło podróż z jednej części Zachodniego Brzegu do drugiej niemożliwą. Ograniczenia ruchu nie dotyczą oczywiście osadników. Palestyńczycy zgłaszają, że wojsko w ciągu ostatnich dwóch tygodni utworzyło nowe punkty kontrolne. Izrael nie dba także szczególnie o Palestyńczyków z izraelskim paszportem: tylko 37 publicznych schronów (z łącznie 11 766) mieści się w miastach z arabską większością. Podobnie jest ze szkołami – aż 29 procent palestyńskich szkół w Izraelu nie posiada schronów. To po części tłumaczy skalę sprzeciwu Palestyńczyków żyjących w Izraelu wobec wojny z Iranem. Badania Izraelskiego Instytutu Demokracji po pierwszym tygodniu wojny wykazały, że tylko 26% Palestyńczyków-obywateli Izraela popiera decyzję o izraelsko-amerykańskim ataku. Zdecydowana mniejszość, bo zaledwie 15 procent z nich, czuje się chronionymi przez Izrael przed kontrofensywą Irańczyków; ta liczba jest najniższa wśród palestyńskich kobiet – zaledwie 8 procent z nich czuje się bezpiecznie.
Palestyńczycy pesymistycznie oglądają się także na cele polityczne i wojskowe trwającej wojny: tylko lekko ponad jedna czwarta z nich wierzy, że są osiągalne. Interesujące są też różnice w odpowiedziach na pytanie o interesy Amerykanów i Izraelczyków: aż 82 procent Żydów, ale tylko 52 procentPalestyńczyków postrzega je jako tożsame. Palestyńczycy krytycznie oceniają też Benjamina Netanjahu: zaledwie 16 procent z nich ufa izraelskiemu premierowi, że kompetentnie poprowadzi wojnę.
Gdy rozmawiam z Palestyńczykami na temat wojny w Iranie, słyszę różne opinie. Wiele jest głosów przeciwnych i sceptycznych: Palestyńczycy mówią o interesowności Netanjahu, który prędzej rozpęta trzecią wojnę światową niż zmierzy się z problemami polityki wewnętrznej. Niektórzy popierają interwencję w Iranie w jakimś kształcie, ale nie zgadzają się z wojną totalną. Wynika to z faktu, że Islamska Republika Iranu faktycznie sponsoruje terror i chaos w całym regionie. Niektórzy podchodzą jednak do sprawy ambiwalentnie: ciężko jest mieć przecież silną opinię na temat kraju położonego o tysiące kilometrów od własnego domu, w którym się nigdy nie było. Sari Nusseibeh, profesor filozofii i były przedstawiciel Autonomii Palestyńskiej w Jerozolimie, powiedział mi, że chciałby powstrzymać się przed komentowaniem wojny w Iranie. „Wiele osób, które nic nie wiedzą o Palestyńczykach, mówi o tym, czego chcemy. Teraz robią to z Irańczykami” – tłumaczy. – „Nie chcę popełnić tego samego błędu”.
Każda wojna, w tym ta z Iranem, zabija zainteresowanie Izraelczyków tym, co dzieje się na Zachodnim Brzegu. To po części naturalne – Izraelczycy sami spędzają teraz długie godziny w schronach i boją się o bezpieczeństwo swoje i swoich rodzin. Ale stan permanentnej wojny, który trwa tutaj od ataku 7 października, wzmocnił już wcześniej panującą w izraelskim społeczeństwie znieczulicę wobec wydarzeń za Zieloną Linią. Osadnicy czują się i są bezkarni. Ich kluczową wygraną jest sam fakt, że informacje o ich atakach przebijają się do izraelskich mediów tylko, jeśli ktoś w ich wyniku ktoś umrze lub zostanie poważnie ranny.
Ciekawe jest natomiast, że o ile społeczeństwo wydaje się stosunkowo przyzwyczajone do przemocy ze strony osadników na Zachodnim Brzegu, coraz więcej o tym problemie mówią politycy. Niedawno osadniczy terror potępili publicznie: były premier Izraela Naftali Bennett, szefowie armii oraz wywiadu, kilku ważnych dziennikarzy oraz posłowie Knesetu. Brak dużych demonstracji przeciwko sytuacji na Zachodnim Brzegu, ale sam temat żyje wśród Izraelczyków – regularnie dyskutuje się o nim na kolacjach szabatowych czy w relacjach w mediach społecznościowych. Czas pokaże, czy seria publicznych potępień przemocy osadniczej przez polityków przełoży się na zmiany w polityce państwa.

