Zamykanie ludzi w klatkach o powierzchni 2×1,40×0,9m nie powinno mieć miejsca.
To zdanie nie wzbudza wielkich kontrowersji. To przecież sprawa godności, która dotyczy każdego człowieka. Jako społeczeństwo brzydzimy się torturami, więźniowie mają prawo do odpowiedniego metrażu celi więziennej, oburzenie (słuszne!) wywołuje również nadużywanie środków przymusu bezpośredniego w szpitalach psychiatrycznych. Jest jednak grupa społeczna, do której praw człowieka gotowi jesteśmy dopisać gwiazdkę. Godność* – nie dotyczy osób z niepełnosprawnościami.
Łóżka-klatki, bo to o nich mowa w pierwszym zdaniu artykułu, są stosowane w domach pomocy społecznej (DPS). Wizytujący tego typu ośrodki Krajowy Mechanizm Prewencji Tortur (KMPT) zwrócił uwagę, że korzystanie z takich narzędzi powinno być zabronione. Temat podjął kończący kadencję Rzecznik Praw Obywatelskich Marcin Wiącek – i skierował wystąpienie do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Przekaz tego pisma jest prosty: „funkcjonowanie takich łóżek w placówkach opiekuńczych stwarza wysokie ryzyko naruszenia zakazu tortur i innego okrutnego, nieludzkiego i poniżającego traktowania albo karania” i w związku z tym RPO zwraca się „o działania zmierzające do eliminacji stosowania takich łóżek”.
Osobie, która śledzi funkcjonowanie domów pomocy społecznej, nietrudno wyobrazić sobie możliwe nadużycia związane ze stosowaniem takich łóżek. Nieustannie mówi się przecież o niedostatecznej liczbie personelu w tego typu placówkach – posiadanie klatki to ryzyko umieszczania w niej osób z zachowaniami trudnymi na długi czas albo traktowania jej jako środka represji („jeśli nie będziesz posłuszny, to…”). Nie musi to oznaczać, że osoby pracujące w tych instytucjach mają skłonności do znęcania się nad mieszkańcami. Sama logika takiej placówki jak DPS polega nie na zapewnieniu domu osobie, która tam mieszka, lecz na zapewnieniu obsługi problemu, jakim staje się w oczach systemu osoba z niepełnosprawnością. Jeśli problemmoże więc nie spaść z łóżka przez dłuższy czas – to będzie w takim łóżku tak leżał. Jeśli problem ma zachowania agresywne – to będzie w ten sposób odizolowany i będzie sprawiał mniej kolejnych problemów do obsłużenia.
Nie trzeba jednak nawet wyobraźni – wystarczy sięgnąć do raportów Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur. Oto jeden z przykładów: „Mebel miał długość 170 cm i szerokość ramy leża 67 cm. Dorosła mieszkanka z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu znacznym spędzała w nim noce w pozycji półsiedzącej, siedzącej z podkurczonymi nogami lub embrionalnej. […] Podkreślić należy, że zarówno szczyty łóżeczka, jak boczne barierki wykonane są z metalowych szczebli, a całość po zamknięciu przypomina klatkę. […] Nie przedstawiono wizytującym żadnych zaleceń lekarskich dotyczących konieczności nabycia takiego właśnie łóżka. […] Wnioskować można, że łóżko to niestandardowa forma zabezpieczenia mieszkanki przed samowolnym oddalaniem się czy zakłócaniem innym spoczynku, a dopiero w dalszej kolejności może chronić ją przed upadkiem”.
Ogólnonarodową dyskusję na ten temat mają za sobą Czechy, które zakazały stosowania takich łóżek w 2022 roku. Na ryzyka nadużyć związanych z tego typu sprzętem zwracają również uwagę Komitet Praw Człowieka ONZ czy Europejski Komitet do Spraw Zapobiegania Torturom oraz Nieludzkiemu lub Poniżającemu Traktowaniu albo Karaniu.
Poddawanie refleksji zdania autorytetów z zagranicy i rozwiązań stosowanych w innych krajach jest jednak nam, Polakom, obce kulturowo. W dyskusji o wystąpieniu Rzecznika Praw Obywatelskich, która odbywa się na jego profilu na Facebooku, oraz pod udostępnieniami w innych miejscach w sieci, zawsze pada jedno słowo, które w przekonaniu osób w niej uczestniczących zamyka rozmowę i pozwala na stosowanie wyjątków od wszelkich powszechnie obowiązujących norm. Jeśli w dyskusji o osobach z niepełnosprawnościami (bo przecież rzadko są to rozmowy z tymi osobami) ktoś rzuci hasłem „bezpieczeństwo”, nagle ton się zmienia, a myślenie o prawach zastępuje dbałość o zabezpieczenie potrzeb. Dbałość, o którą nikt nie prosił.
Zbaw ich ode Złego
Wspomniana wyżej ukryta w DPS logika nie wzięła się znikąd – jest ścieżką myślenia, którą kieruje się całe społeczeństwo. Osoby z niepełnosprawnościami niezmiernie rzadko traktowane są jako podmioty praw człowieka – a więc osoby mające własną wolę, prawa i marzenia. Prowadzenie przez osoby z niepełnosprawnościami względnie normalnego życia traktowane jest jako „inspiracja” albo „szczególne osiągnięcie”, a niepełnosprawność sama w sobie – jako coś Bardzo Złego. A jeśli kogoś dotknie coś Bardzo Złego, wtedy chcemy przede wszystkim oszczędzić mu więcej bólu. Skoro i tak w naszej optyce taka osoba nie ma szansy na normalne życie (albo ma je bardzo małe, dostępne wyłącznie przy szczególnych cechach charakteru), to w takim razie ograniczenie Bardzo Złych doświadczeń może stać się głównym celem opieki.
Nie zgadzam się z traktowaniem niepełnosprawności jako czegoś Bardzo Złego. Uzasadnienie takiego stanowiska wymagałoby oczywiście osobnego, długiego artykułu, rozróżniającego bardzo uważnie chorobę czy schorzenie od niepełnosprawności. Jednak nawet jeśli przyjmiemy taki sposób myślenia, to wciąż warto pamiętać: doświadczenie czegoś Bardzo Złego nie pozbawia nas prawa do ludzkiego traktowania. Wręcz przeciwnie, domaga się nie tyle ograniczenia cierpienia, co jak najwięcej możliwego ludzkiego doświadczenia. Przecież każdą osobę traktujemy jako podmiot praw człowieka albo – w katolickiej optyce, w katolickim kraju! – za jedno z dzieci bożych.
Prościej jest wykazać, że zapewniło się bezpieczeństwo osobom z niepełnosprawnościami, niż wesprzeć je w realizacji ich praw. Łatwiej jest sprawić, by osoba z niepełnosprawnością miała zapewnione podstawowe potrzeby, niż żeby mogła uczestniczyć w edukacji dostosowanej do jej potrzeb. Nietrudno jest uznać, że skoro nie komunikuje się dobrze w języku polskim, to zdecydujemy za nią według tego, co my uważamy za jej najlepszy interes. Tymczasem skomplikowana komunikacja to nie powód do decydowania za kogoś, co jest dla niego najlepsze. To przyczynek do zbudowania takiego systemu komunikacji, w którym dana osoba będzie mogła wyrazić swoją wolę – tego wymagają od nas prawa człowieka.
Analogicznie jest w przypadkach, do których stosuje się łóżka-klatki: mimowolne przemieszczanie się po łóżku powinno prowadzić nas w kierunku zabezpieczenia osoby dodatkowym materacem podłożonym przed łóżkiem, obniżenia łóżka, zabezpieczenia niższą blokadą, a nie obudowania klatką, mogącą przykładowo wzmacniać poczucie izolacji lub utrudniać komunikację danej osoby z otoczeniem w momencie zagrożenia. Kłopoty z zachowaniami agresywnymi powinny nas prowadzić do prób zrozumienia, skąd te zachowania się biorą, nie zaś do ograniczania wolności. Abstrahuję tu już od tego, że samo bezpieczeństwo w takiej klatce również jest zagrożone. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by zrozumieć, że jeśli ruchy są mimowolne, a zachowania agresywne trudne do opanowania, to ryzyko zrobienia sobie krzywdy za pomocą obudowy tej klatki jest ogromne.
Brak kontroli i rejestru
Być może od zakazu stosowania łóżek-klatek mogą funkcjonować absolutne wyjątki. Ale – tak jak w przypadku innych środków przymusu bezpośredniego (jak kajdanki czy wiązanie) – użycie ich musi być rejestrowane i pod ścisłą kontrolą. Tymczasem dziś nie traktujemy tego typu rozwiązań jako ostatecznych. Chcąc ochronić osoby z niepełnosprawnościami przed niebezpieczeństwem, wzmacniamy poczucie fizycznej izolacji.
Skontrolowane przez Krajowy Mechanizm Prewencji Tortur DPS-y w Rudzie Pilczyńskiej, Miłowicach, Nowym Czarnowie czy słynnym z okrutnego traktowania mieszkańców Jordanowie nie prowadziły przecież rejestru wykorzystania łóżek-klatek – nie wiemy więc, kto, jak długo i dlaczego w takich łóżkach był trzymany. Nie wiemy, jakie zachowania (albo zagrożenia) prowadziły do zamknięcia lub położenia podopiecznego w takiej klatce, nie wiemy, czy ktoś przypadkiem w takiej klatce nie przebywał tygodniami. Nie zaufalibyśmy w ten sposób policji z kajdankami czy sanitariuszom i lekarzom w karetce stosującej kaftan bezpieczeństwa – mamy procedury, określające kto, jak i dlaczego może z tych środków przymusu bezpośredniego korzystać. Jeszcze nikt nie powiedział, dlaczego łóżka-klatki traktujemy inaczej, choć efekt i cel jest taki sam – izolacja w celu zapewnienia bezpieczeństwa.
Może jednak skontrolowane przez KMPT ośrodki to czarne punkty na mapie? Może jest to rzadkie narzędzie, stosowane jedynie w tych miejscach, które ciężko uznać za wzorcowe? W mediach funkcjonuje przecież przykład DPS-u wypełnionego matczyną miłością sióstr dominikanek. Dom Chłopaków w Broniszewicach.
Porzućmy i tę nadzieję. Na stronie Domu Chłopaków w aktualnościach znajdziemy zdjęcie podobnego łóżka-klatki. „Z całego serca dziękujemy za zakup specjalistycznych łóżek rehabilitacyjnych dla Dzieci z wadami genetycznym oraz niepełnosprawnością. To dla nas niezwykły dar i jesteśmy bardzo wdzięczni!”. Ten „niezwykły dar” sfinansowała Broniszewicom Fundacja ORLEN. Koszt – bagatela – 45 tysięcy złotych.

Wzorcowy czy normalizujący?
Kontrast między wizerunkiem medialnym Domu Chłopaków a zdjęciem dwóch łóżek-klatek jest zresztą znaczący. To właśnie DPS w Broniszewicach prezentuje się dziś jako instytucja z ludzką twarzą, pełną miłości i oddania, mimo instytucjonalnego charakteru opieki swobodnie żonglującą słowami „dom” i „rodzinka”. Czy w takim miejscu możemy wyobrazić sobie użycie środków przymusu bezpośredniego?
Gdy w Polsce toczy się dyskusja o reformie pomocy społecznej, zakazującej kierowania dzieci do DPS-ów, przeciwnicy reformy żonglują dwoma, pozornie sprzecznymi argumentami: „instytucje mogą być domem” oraz „są takie osoby, których żadna rodzina nie przyjmie, i koniecznie trzeba je otoczyć przede wszystkim opieką specjalistów”.
Te dwa argumenty przekładają się na dwa sposoby, w jakie Broniszewice prezentują się w mediach. Pierwszy z nich, często prezentowany przy okazji kampanii charytatywnych, to ciepły dom dla kilku często pokazywanych w social mediach „chłopaków” – komunikatywnych, z wyrazistymi charakterami. Gdy jednak walczy się o to, by powstrzymać nurt deinstytucjonalizacji, który chciałby wygaszać DPS-y, konieczne jest pokazanie osób, które „nie rokują” do tego, by móc funkcjonować w rodzinnej pieczy zastępczej. Obrazek więc nagle się zmienia: widzimy w nim leżące osoby, które nie komunikują się werbalnie, słyszymy tkliwą muzykę.
Ten dwoisty wizerunek normalizuje coś, co w świetle Konwencji o prawach osób niepełnosprawnych i Konwencji o prawach dziecka powinno być bezprawne – izolację ze społeczności lokalnej dzieci z niepełnosprawnościami. Gdy trzeba się oszukiwać, że to konieczne, mówimy, że to dla ich bezpieczeństwa, że potrzebują bardziej specjalistów niż godności i miłości. Gdy z kolei chcemy się oszukać, że to godne, przypominamy sobie o istnieniu tych chłopców, którzy są w stanie w social mediach występować w kolejnych skeczach z „pingwinami” z Broniszewic. Obydwa te obrazki są jednak wypełnione miłością, nie zaś obecnością środków przymusu bezpośredniego. Nie chcemy myśleć, że kogokolwiek z mieszkańców spotyka tam więzienie bez wyroku, choćby dla ich bezpieczeństwa.
Przemoc musi być wypchnięta z takiego wizerunku, bo inaczej trzeba przyznać, że z konstrukcją instytucji coś jest nie tak. Jeśli chcemy zachować wartość godności i prawdziwego bezpieczeństwa mieszkańców, to po wiadomości o stosowaniu przemocy wpisanym w logikę instytucji tak naprawdę powinniśmy nasz sposób wsparcia osób z niepełnosprawnościami wymyślić na nowo, nie popełniając już błędu, jakim jest budowa DPS-ów.
Kościół jako instytucja buduje dziś DPS-y, w których stosuje się środki przymusu bezpośredniego. Jednocześnie jest wspólnotą, która w każdy Wielki Piątek w modlitwie powszechnej podczas Liturgii Męki Pańskiej wznosi do Boga błaganie, by ten „otworzył więzienia, rozerwał kajdany”. Na początek wystarczyłoby jednak, by sam Kościół nie tworzył klatek, zamykanych bez żadnego wyroku.
