fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Brzuch pełny, organizm głodny

W XXI wieku w Polsce problem głodu wśród dzieci wciąż istnieje. Chociaż wyobrażamy go sobie pod postacią słabego i wychudzonego dziecka, głód może odczuwać też nadreaktywny uczeń, który skacze po ławkach i biega po korytarzach.
Brzuch pełny, organizm głodny
ilustr.: Jacek Ambrożewski

Z dr Martą Czapnik-Jurak rozmawia Klaudia Sobczyk.

Polska jest dwudziestą pierwszą gospodarką świata, a my wciąż rozmawiamy o problemie głodu. Zaskoczyło mnie to podczas lektury raportu Banków Żywności „Ukryty Głód Dzieci”. W Polsce o tym problemie mówi się niewiele, a głód kojarzy nam się głównie z krajami Globalnego Południa. Ilu dzieci on tak naprawdę dotyka?

Kwestie żywienia i głodu stały się w ostatnich latach bardzo zniuansowane. W krajach zasobniejszych od Polski problemy takie jak głód, ubóstwo czy bezdomność również występują. Często są tam nawet bardziej widoczne z powodu nasilonych nierówności społecznych – kapitał kumuluje się w rękach niewielkiej części społeczeństwa. Dobrym przykładem są Stany Zjednoczone, gdzie obok ogromnego bogactwa widać skrajną biedę.

W opinii publicznej pokutuje przekonanie, że w bogacącym się kraju problem głodu powinien zniknąć. Tymczasem mechanizmy prowadzące do niego po prostu się zmieniają. W Polsce od lat działają programy wyrównujące szanse, w których uczestniczą Banki Żywności, dystrybuujące paczki. Mimo to problem wciąż istnieje, a w raporcie opisujemy trzy główne mechanizmy, które za to odpowiadają.

Jakie to mechanizmy?

Pierwszym jest fakt, że ubóstwo nie zniknęło. Dane z 2024 roku pokazują, że aż 364 tysiące dzieci w Polsce żyje poniżej granicy skrajnego ubóstwa. W tych domach wydatki są poniżej poziomu zapewniającego biologiczne przetrwanie – brakuje na odzież, opał czy podstawowe produkty.

Drugi mechanizm to niewydolność na poziomie rodziny. Chodzi o sytuacje, w których z powodu uzależnień – na przykład od alkoholu czy hazardu – lub kryzysów psychicznych i wypalenia rodzicielskiego kwestie prawidłowego żywienia dzieci schodzą na dalszy plan.

Trzecim poziomem są luki systemowe. Świetnym przykładem jest szkoła. Dziecko może zjeść ciepły obiad w szkole w trakcie roku szkolnego, ale placówki są zamknięte przez niemal pół roku – w wakacje, ferie czy święta. Na wsiach, w przeciwieństwie do dużych miast, rzadziej funkcjonują programy wakacyjne na wzór „Lata w Mieście”. Jeśli w danym regionie brakuje organizacji pomocowych, dziecko w czasie wolnym od nauki zostaje bez wsparcia.

Z jednej strony mamy problem niedożywienia, a z drugiej fakt, że Polska znajduje się w pierwszej dziesiątce krajów Unii Europejskiej z najwyższym odsetkiem otyłości wśród dzieci.

Dyskusja o głodzie musi uwzględniać aspekt niedożywienia, które dzielimy na ilościowe i jakościowe. Niedożywienie ilościowe to bezpośrednia konsekwencja przyjmowania zbyt małej liczby kalorii w długim okresie, co prowadzić może do utraty wagi. Niedożywienie jakościowe polega na czymś zupełnie innym: człowiek może jeść bardzo dużo, ale spożywa produkty o niskiej gęstości odżywczej. Taka żywność daje jedynie chwilowe, złudne poczucie sytości, ale nie karmi organizmu.

Często wyobrażamy sobie głód w postaci dziecka, które jest osowiałe i smutne. Tymczasem osoba, która spożywa wysoko przetworzoną żywność – może być nadreaktywna, biegać po szkole, skakać po ławkach. Nie odczuwa głodu pod postacią deficytu kalorycznego, ale za godzinę będzie głodna.

Z raportu wynika, że dzieci w Polsce są dziś masowo eksponowane na żywność wysoko przetworzoną. W efekcie ich organizmy nie otrzymują białka, błonnika, witamin i mikroelementów. Dzieci mogą mieć nadwagę lub otyłość, a jednocześnie na poziomie parametrów medycznych być skrajnie niedożywione.

Temat głodu dzieci wydaje się łączyć ludzi ponad podziałami politycznymi. Problemy zaczynają się jednak wtedy, gdy pytamy o rozwiązania i odpowiedzialność. Część osób może uważać, że to sprawa oddolna, zależna od rodziców lub lokalnych inicjatyw. Inni mogą twierdzić, że to obowiązek systemu i państwa. Jakie jest pani zdanie?

W ostatnich latach sytuacja dzieci w Polsce uległa wyraźnej poprawie. Transfery socjalne, takie jak program 800 plus oraz inne rozwiązania systemowe, znacząco zmniejszyły skalę problemu. Błędem byłoby twierdzenie, że państwo nic nie robi. Robi bardzo dużo, a Banki Żywności stanowią ważny element tej ogólnokrajowej infrastruktury pomocowej.

Za dobrostan dzieci odpowiadają jednak przede wszystkim ich rodzice. Dopiero tam, gdzie rodzina jest niewydolna, powinno wkroczyć państwo. Dyskusja o pomocy żywnościowej musi też akcentować naszą wspólną odpowiedzialność jako dorosłych. Musimy być wrażliwi na to, co dzieje się wokół nas – reagować, gdy słyszymy od własnych dzieci, że koleżanka czy kolega w klasie bywają głodni.

Kwestia niedożywienia to nie tylko problem wynikający z ubóstwa, ale też złych nawyków żywieniowych. Czy rodzice są dziś zbyt łatwo zwalniani z tego, czym karmią dzieci?

Dziecko nie wykształci odpowiednich wzorców, jeśli będzie obserwować i naśladować zachowania źle odżywiających się rodziców. Dlatego samo uczenie dzieci nie wystarczy. Trzeba również pokazywać opiekunom, na czym polega ich rola i z jakimi wyzwaniami się mierzą.

Z jednej strony mamy życie w pędzie i wybieranie prostych i szybkich rozwiązań, także w zakresie diety. Z drugiej strony istotnym wyzwaniem jest wszechobecna reklama. Reklamy słodyczy, przekąsek i słodzonych napojów docierają do dzieci na każdym kroku. Przeciwstawianie się tym trendom jest w zabieganym świecie bardzo trudne. Rolę do odegrania mają więc nie tylko rodzice, lecz także środowisko szkolne i organizacje pozarządowe. Powinny wskazywać konkretne, proste do wdrożenia rozwiązania i pokazywać, że droga do zdrowszego żywienia wcale nie musi trudna.

Inicjatywy oddolne, takie jak stolik z niezjedzonymi kanapkami budzą we mnie skrajne emocje: z jednej strony zapobiegają marnowaniu jedzenia, z drugiej – mogą stać się miejscem upokorzenia dla dziecka, które codziennie dojada po innych.

W tej sprawie nie chodzi tylko o samo żywienie. Wokół żywności jest bardzo wiele kwestii społecznych, na przykład to, jak dziecko jest odbierane przez rówieśników z tym, co przynosi do zjedzenia w szkole. Niedożywienie może też pchać do antyspołecznych zachowań, na przykład drobnych kradzieży i tak dalej.

Dodatkowo jedzenie rzeczywiście jest walutą w szkole. Nasze badania pokazują, że ponad 70 procent dzieci obserwuje zjawisko dzielenia się jedzeniem na korytarzach. Zazwyczaj to coś naturalnego – częstowanie siebie nawzajem słodyczami czy poratowanie kolegi, który zapomniał drugiego śniadania. To nie budzi kontrowersji.

Inicjatywy, jakie obserwuje się w niektórych szkołach, polegające na stworzeniu miejsca, w którym dzieci mogą zostawić dla innych niezjedzone drugie śniadanie, obrazuje dwie strony działań takich jak te prowadzone przez Banki Żywności. Z jednej strony ratujemy żywność przed zmarnowaniem (odbieramy ze sklepów produkty z krótkim terminem ważności), z drugiej strony przekazujemy ją na cele społeczne, by nakarmić potrzebujących.

W takim razie kiedy pojawia się problem?

Inicjatywy typu foodsharing w szkołach są cenne, ale wymagają ogromnej wrażliwości. Koszt emocjonalny poproszenia o pomoc jest dla dziecka gigantyczny. Często dzieci nie sięgają po darmowe obiady czy pozostawione kanapki z powodu lojalności wobec rodziców. Boją się, że jeśli ujawnią problem w szkole, zainteresują się nimi instytucje, przyjdzie pracownik socjalny, a w domu wybuchnie awantura. Niestety, w trudnych środowiskach bieda współwystępuje czasem z uzależnieniami czy przemocą, a te rodziny dążą do skrajnej hermetyzacji – nie chcą, by cokolwiek wyszło na światło dzienne.

Szkoła powinna komunikować tego typu akcje jako działania ekologiczne. Sięganie po taką kanapkę staje się neutralne, a nie upokarzające. Oczywiście mówimy tu o nienaruszonych produktach. Sytuacje, w których ktoś miałby dojadać nadgryzioną kanapkę, zdecydowanie nie powinny mieć miejsca.

Czy darmowe obiady w szkole powinny być obowiązkowe dla wszystkich dzieci?

Mamy świadomość, że w przestrzeni publicznej pojawia się takie rozwiązanie, które – zdaniem niektórych komentatorów – ma być remedium na problem głodu wśród dzieci. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. Jeśli policzymy weekendy, ferie, święta i wakacje, okaże się, że przez znaczną część roku szkolna stołówka nie działa. Widać więc, że samo wprowadzenie bezpłatnych obiadów nie rozwiąże problemu całkowicie.

Badania prowadzone w Korei Południowej oraz w Anglii wskazują na korzyści związane z wprowadzeniem bezpłatnych posiłków dla dzieci, ale w polskich realiach tego rodzaju pomysł powinien zostać dokładnie przeanalizowany. Wiemy, że część rodzin nie korzysta dziś z istniejących rozwiązań. Trzeba dowiedzieć się, dlaczego tak się dzieje i wdrażać mechanizmy, które będą temu przeciwdziałały.

W raporcie przywołujecie państwo historie dzieci. Moją uwagę zwróciła dziewczynka, która od nauczycielki usłyszała: „Lena, chyba głodna jesteś, bo zjadasz końcówki przy czytaniu”. Czy uważa pani, że powinniśmy kłaść większy nacisk na uwrażliwienie nauczycieli na to, jak mówią o głodzie w szkołach?

Osobiście uważam, że zmiany na poziomie języka nie powinny być celem samym w sobie. Dzisiaj często bywa tak, że bardzo mocno uwrażliwiamy na słowa, ale nie idą za tym konkretne czyny.

Oczywiście komentowanie czyjegoś wyglądu czy stygmatyzowanie ze względu na wagę to sytuacje niedopuszczalne, na które dorośli muszą reagować. Mam jednak obawę, że skupianie się na definicjach odciąga nas od sedna sprawy. W raporcie podkreślamy, że cała pomoc żywnościowa – zarówno paczki, jak i obiady szkolne – powinna mieć charakter antydyskryminacyjny i antystygmatyzujący. Język to tylko jeden z wymiarów tego podejścia.

Nie możemy jednak pozwolić, by debata o słowach zdominowała debatę o działaniu. Zamiast kłócić się o poprawność, musimy odpowiedzieć na pytanie: co my, dorośli, możemy zrobić, żeby zmienić ich dietę i im pomóc?

Jak Polska wypada na tle innych państw Unii Europejskiej jeśli chodzi o problem głodu i niedożywienia dzieci?

W raporcie skupiamy się na analizie sytuacji w Polsce. Rzeczywistość żywieniowa jest dziś bardzo skomplikowana. Trudno postawić znak równości między ubóstwem, brakiem żywności, doświadczaniem głodu i niedożywieniem jakościowym.

W kontekście wskaźników ubóstwa oraz deprywacji widać w Polsce znaczący postęp na przestrzeni ostatnich lat i to nas cieszy. Jeśli chodzi natomiast o kontekst europejski, warto przytoczyć wskaźnik deprywacji materialnej specyficznej dla dzieci. Według danych za 2024 rok w Polsce doświadczało jej 6 procent dzieci poniżej szesnastego roku życia. Średnia dla Unii Europejskiej wynosiła 13,6 procent, a wynik Polski był czwartym najniższym w Unii Europejskiej.

Wskaźnik ten nie odnosi się wyłącznie do żywienia, lecz obejmuje całe spektrum potrzeb dziecka. Dwa jego elementy dotyczą jednak bezpośrednio żywności: możliwości codziennego spożywania świeżych owoców i warzyw oraz co najmniej jednego posiłku dziennie zawierającego mięso, drób, rybę lub odpowiednik wegetariański.

Należy jednak pamiętać, że ani polskie, ani europejskie wskaźniki nie odzwierciedlają indywidualnych doświadczeń dzieci. Ich doświadczenia mogą wymykać się liczbom.

A zatem co z perspektywy praktycznej musi się zmienić w Polsce już teraz, abyśmy za dziesięć lat mogli całkowicie zapomnieć o problemie głodu wśród dzieci?

Musi się wydarzyć kilka rzeczy – i to na różnych poziomach. Po pierwsze, musimy wyjść z naszej wielkomiejskiej bańki i przyjąć do wiadomości, że problem wciąż istnieje. Skoro ponad 360 tysięcy dzieci żyje w skrajnym ubóstwie, ryzyko głodu jest realne.

Po drugie, musimy budować koalicje na rzecz dzieci. Szkoły, lekarze, ośrodki pomocy społecznej i sądy muszą sprawniej współpracować i szybciej wymieniać się informacjami w sytuacjach kryzysowych, oczywiście w granicach prawa.

Po trzecie, kluczowe jest budowanie infrastruktury pomocowej tam, gdzie jej brakuje – zwłaszcza na wsiach. Jako Banki Żywności mamy produkty, które moglibyśmy przekazać, ale w wielu uboższych regionach brakuje lokalnych organizacji partnerskich, które miałyby zaplecze, by tę żywność odebrać i sprawnie rozdać potrzebującym.

Po czwarte, jako rodzic apeluję o edukację. Nie wystarczy edukować samych dzieci w szkołach. Jeśli sześcioletnie dziecko dowie się na lekcji, że zamiast pączka powinno zjeść na śniadanie jajecznicę, to ktoś w domu musi mu ten posiłek przygotować.

To wystarczy?

Ostatnia, najważniejsza rzecz, to taka organizacja systemu pomocy, by całkowicie wyeliminować stygmatyzację. Odpowiedzialnością nas, dorosłych, jest dopilnowanie, by dziecko korzystające z darmowego posiłku nie zaznało wstydu. Nie potrzeba do tego wielkich, skomplikowanych polityk – wystarczy czujność i eliminowanie z przestrzeni szkolnej raniących komentarzy w stronę ucznia w stylu: „Twoja mama znowu nie zapłaciła za obiady”.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×