magazyn lewicy katolickiej

Bolesna prawda zakonów żeńskich

– Gdybym została, najprawdopodobniej popełniłabym samobójstwo – mówi. To właśnie wtedy, gdy planowała targnięcie się na swoje życie, podjęła decyzję o odejściu. Być może to ją uratowało.
Bolesna prawda zakonów żeńskich
ilustr.: Aleksandra Sadownik

Co jakiś czas w przestrzeni publicznej powraca dyskusja na temat odchodzenia księży z kapłaństwa. Wypowiadają się księża aktualni i byli, osoby zaangażowane w działania parafii, niezwiązane z Kościołem. Dużo rzadziej – choć nie w ogóle – pojawia się temat podobny, a jednak inny: „Dlaczego odchodzą siostry zakonne?”. Komentatorom i komentatorkom życia kościelnego i społecznego trudniej wypowiadać się na ten temat. Większość z nas ma mniejsze doświadczenie w spotkaniach z zakonnicami niż z kapłanami.

Coraz częściej w mediach pojawiają się jednak informacje o różnej – często niełatwej – sytuacji kobiet w zgromadzeniach zakonnych. I nawet jeśli artykuły, które na ten temat możemy przeczytać, nierzadko stanowią przedruki z włoskich gazet, warto zadawać to pytanie, które niejako samoistnie pojawia się w głowie: „A jak jest w Polsce?”.

By przybliżyć się do odpowiedzi, niekiedy wystarczy opowiedzieć historie osób, które z zakonów wystąpiły. Bez interpretacji wydarzeń, bez oceniania osób czy sytuacji. Oto kilka takich historii – historii kobiet w różnym wieku, z różnych stron Polski, z różnych zgromadzeń zakonnych.

Ewelina, dla której nie było leków

Wstąpiła do zgromadzenia tuż po maturze, w latach 80. Była młoda, pełna ideałów, szczęśliwa i wdzięczna Bogu za dar powołania. Formacja, aż do ślubów wieczystych, była dla niej ważnym i wyjątkowym czasem.

Wiele lat pracowała jako zakrystianka i katechetka. – Zawsze wierzyłam, wiedziałam nawet, że zakon to moje miejsce – wspomina. Wiara ta trwała również wtedy, gdy pojawiły się pierwsze problemy ze zdrowiem. Przyznanie się do choroby i poszukiwanie pomocy było dla Eweliny trudnym przeżyciem. Zdiagnozowano u niej depresję.

Do psychiatry trafiła dzięki rekolekcjom. Prowadzący je ksiądz długo z nią rozmawiał. Znała go już wcześniej. Miała do niego zaufanie i chyba tylko dlatego postanowiła iść do lekarza. Pojawił się jednak problem: jak powiedzieć o tym we wspólnocie? Na każdą wizytę u lekarza potrzebne jest pozwolenie przełożonej. Nie słyszała wcześniej o żadnej zakonnicy leczącej się na depresję. Na szczęście owego księdza znały też inne siostry, wśród których cieszył się autorytetem. Kiedy więc Ewelina powołała się na niego, nie było problemu z umówieniem wizyty u psychiatry. – Chyba obie z moją przełożoną miałyśmy nadzieję, że lekarz powie, że to pomyłka – zamyśla się, wspominając tamte wydarzenia. – Wspólnota, w której wtedy byłam, liczyła pięć sióstr. Żyłyśmy jak w dużej rodzinie. To dało mi komfort, że nie muszę się teraz tłumaczyć, że siostry po prostu są w tym ze mną – dodaje.

Kiedy oswoiła się z tematem i zaczęła brać leki, powróciła nadzieja na powrót do zdrowia i zwykłego trybu życia. Wszystko wydawało się zmierzać w dobrym kierunku. Wtedy przełożeni przenieśli ją do innej placówki. Ewelina nie rozumiała tej decyzji i trudna jej było ją zaakceptować. W domu, w którym dotąd mieszkała, siostry znały ją i jej sytuację. Czuła od nich wsparcie.

Przeprowadzka spowodowała nasilenie objawów choroby. – Posłuszeństwo zobowiązuje – mówi była zakonnica. W nowym domu zakonnym pojawił się problem z dostępem do leków. Na początku słyszała komentarze: „Jak siostra będzie się więcej modlić, to depresja przejdzie” czy „Zamiast brać leki trzeba iść do Jezusa, On siostrę uzdrowi”. Po kilku miesiącach usłyszała, że więcej leków nie dostanie w ogóle. Prosiła, tłumaczyła, zwróciła się do wyższej przełożonej. Nic nie było w stanie zmienić decyzji. Kilka razy o pieniądze na leki poprosiła rodzinę.

Sytuacja coraz wyraźniej ją przerastała. Postanowiła odejść. – Trafiłam na dobrego kapłana, który wspierał mnie w klasztorze, a później pomógł mi w pierwszych miesiącach poza murami – wspomina. – Nie wiedziałam nawet, jak zrobić podstawowe zakupy w sklepie – dodaje.

W klasztorze żyła przez dwadzieścia osiem lat, od jej odejścia minęło sześć. Wciąż wierzy, że konsekracja to jej droga. Żyje zgodnie ze złożonymi ślubami, choć nie nosi już habitu. Bardzo żałuje odejścia, choć jednocześnie wie, że było to jedyne możliwe wyjście. – Gdybym została, najprawdopodobniej popełniłabym samobójstwo – mówi, a w jej głosie wyczuwam pewien wstyd i zażenowanie. To właśnie wtedy, gdy planowała targnięcie się na swoje życie, podjęła decyzję o odejściu.

Być może to ją uratowało.

Wioletta, której tajemnice wyszły na jaw

Była młodą studentką prawa, kiedy zapragnęła zostawić wszystko i pójść za Jezusem. Tak też zrobiła. Przerwała studia po drugim roku i wstąpiła do zgromadzenia, o którym myślała od kilku lat. Z entuzjazmem „dała się ponieść” formacji, zrywając kontakty z przyjaciółmi ze studiów. Dlaczego to zrobiła? Gdy była w postulacie, podczas odwiedzin, powiedzieli jej, że się zmieniła, że zachowuje się infantylnie, że jej nie poznają. – Myślałam, że chcą mnie wyciągnąć z klasztoru. Dziś żałuję, że ich nie posłuchałam – mówi. Czasami zadaje sobie pytanie, czy wszystko mogło potoczyć się inaczej.

Od jej odejścia minęło trzynaście lat, w klasztorze spędziła ich osiem. Odeszła przed ślubami wieczystymi. – Trudno mi podać jeden powód odejścia. Ale jeden na pewno przeważył szalę.

Jako młoda siostra Wioletta trafiła do placówki, w której mieścił się dom rekolekcyjny. Jej zgromadzenie współpracowało z księżmi z pobliskiej parafii. Kiedy czuła, że pojawiają się u niej wątpliwości dotyczące życia zakonnego i że potrzebuje o tym porozmawiać, przełożone poleciły jej jednego z owych kapłanów jako kierownika duchowego.

Młoda siostra z wielką ufnością zwierzyła mu się ze swoich przeżyć. Ksiądz spotykał się z nią kilkukrotnie. Na początku wszystko było w porządku. Podczas jednej z rozmów usiadł jednak bardzo blisko. – Nawet się nie zorientowałam, kiedy jego ręka znalazła się pod moim habitem – opowiada. – Zamarłam, nie wiedziałam, co robić.

Starczyło jej siły, żeby zakończyć rozmowę i wyjść. Nie chciała kontynuować tych rozmów, jednak ów ksiądz na różne sposoby znajdował momenty, kiedy mógł być z nią sam na sam. Zostawał dłużej po Mszy, kiedy przypadał jej dyżur w zakrystii. Przychodził do kuchni sióstr, kiedy była w niej sama, choć z założenia księża tam nie wchodzili. Potrafił czekać na korytarzu, aż wyjdzie z toalety, kiedy z innymi księżmi przychodzili w odwiedziny do domu zakonnic. Gdy opowiedziała o tym przełożonej, doszło do spotkania, na którym obecny był przełożony tego księdza, Wioletta i jej przełożona. – To było trudne wydarzenie. Zostałam oskarżona o kłamstwo i usłyszałam wiele obelg pod moim adresem – wspomina. – Czułam się tak zmiażdżona, że wzięłam winę na siebie.

Kilka dni później dowiedziała się, że jej oprawca opowiada siostrom i księżom sekrety z ich rozmów. Rozmów, które, co warto podkreślić, prowadził z nią jako kierownik duchowy. – Poprosiłam go, żeby przestał to robić. Usłyszałam, że to nie była spowiedź, więc nie obowiązuje go tajemnica i że może dzięki temu zapamiętam sobie, że z takimi jak on się nie zadziera – mówi.

Poprosiła o zmianę placówki. Pół roku później odeszła.

Po kilku latach dowiedziała się, że ten sam ksiądz prowadził rekolekcje dla młodych sióstr z tego zgromadzenia. Mimo że przełożone wiedziały przecież, jakiego nadużycia dopuścił się wobec niej.

Iwona, która nie chciała kłamać

Iwona to dziś trzydziestoletnia kobieta. Kiedy się spotkałyśmy, byłam zaskoczona. Sama z siebie nie pomyślałabym, że była w klasztorze, i to przez dziesięć lat. To myślenie stereotypowe, ale trampki, podarte dżinsy i irokez odbiegają od standardowych wizji związanych z żeńskimi zakonami.

Odeszła z klasztoru dwa lata temu. Wszystko jest w niej bardzo świeże. Podobnie jak Wioletcie, trudno jej wskazać jedno, konkretne wydarzenie, które było powodem odejścia, ale jedna sprawa przerosła ją zdecydowanie.

Wstąpiła do klasztoru zaraz po maturze. Wiele osób namawiało ją, żeby poszła najpierw na studia. Była najlepszą uczennicą w szkole. – Ale nie chciałam czekać. Powołanie było dla mnie jak prezent, nie chciałam dłużej czekać z jego rozpakowaniem – mówi.

Po pierwszych ślubach trafiła do pracy w przedszkolu. Uwielbiała dzieciaki, mimo to z nimi nie pracowała. Nie miała odpowiedniego wykształcenia. Przygotowywała posiłki, sprzątała, pomagała organizować przedszkolne wydarzenia. Była „siostrą od wszystkiego”.

Po kilku latach w przedszkolu brakowało jednak pomocy nauczyciela. Wtedy ten obowiązek przypadł Iwonie. – Chociaż była to dla mnie dodatkowa praca i często brakowało mi sił, bardzo nie chciałam z tego zrezygnować – wspomina. – Miałam nadzieję, że ktoś zobaczy, jaki mam kontakt z dziećmi, dzięki czemu rozpocznę studia pedagogiczne.

Rzeczywiście, jej talent do pracy w przedszkolu został zauważony. Kiedy zachorowała jedna z sióstr, Iwona zastąpiła ją w pracy z grupą dziecięcą. Wydawało się, że to spełnienie jej marzeń. Jednak w dalszym ciągu nie było mowy o studiach. – Za każdym razem, kiedy próbowałam podjąć ten temat z przełożonymi, słyszałam, że jestem zbyt pyszna, skoro mam odwagę prosić o takie rzeczy – opowiada. Posłusznie wykonywała swoje obowiązki, mimo że sumienie nie dawało jej spokoju. Nie mogła sobie poradzić z tym, że wszystkie papiery, jakie wypełniała, nie były podpisywane jej nazwiskiem, ale nazwiskiem siostry, którą zastępowała.

Wyrzuty sumienia udawało jej się zagłuszyć do dnia wizytacji z kuratorium. Kiedy wizytatorka miała przyjść na zajęcia do jej grupy, Iwona zapytała dyrektorkę, jakim imieniem ma się posługiwać: swoim czy tym, którym podpisane były dokumenty. W odpowiedzi usłyszała, że jeśli będą używać imion zakonnych, to wizytatorka się nie zorientuje, że coś jest nie tak.

– Wtedy coś we mnie pękło – mówi. Nie miała odwagi wyjawić kłamstw w czasie wizytacji, ale po niej poszła do przełożonych, by wyjaśniły jej, jakim prawem siostry robią takie rzeczy. – To był pierwszy moment, kiedy pojawiła się we mnie myśl, że nie dam rady tak dłużej żyć – opowiada. Próbowała jeszcze przez kilka lat, ale niespójność, którą czuła, stale się pogłębiała.

Wraz ze spowiednikiem rozeznała, że dobra dla niej będzie eksklaustracja, czyli okres pobytu poza zgromadzeniem. Z założenia jest to czas, kiedy siostra pozostaje członkinią zgromadzenia, jednak sama musi zatroszczyć się o swoje codzienne potrzeby: ubranie, mieszkanie, jedzenie. – Doświadczyłam wtedy opuszczenia ze strony sióstr. Nie miałam zupełnie nic: żadnych ubrań innych niż habit, sprzętu gospodarstwa domowego, nie wspominając o mieszkaniu, a zostałam zupełnie sama – opisuje. Od przełożonych „na start” otrzymała dwa tysiące złotych. Przez rok pracowała, sprzątając biura. Wolny czas wykorzystywała na zdobywanie wiedzy z zakresu programowania. Kiedy po roku udało jej się zaaplikować na dobrze płatne stanowisko, jej przełożona powiedziała, że się nie zgadza. Wtedy Iwona odeszła definitywnie.

***

To tylko trzy historie. Jest ich znacznie więcej.

Każda z byłych zakonnic, z którymi się spotkałam, opowiadała mi o wydarzeniach z zakonnego życia przez kilka godzin. Za każdym razem pojawiała się we mnie myśl: „Trzeba zacząć mówić o tym głośno”. Może wtedy problem zacznie być zauważany w polskim Kościele.

Ktoś powie, że znam te historie tylko od sióstr, więc przedstawiam jednostronne spojrzenie. To jednak nie są interpretacje. To są fakty. Brak leków, nadużycia seksualne, fałszowanie dokumentów.

Czas opowiadać o życiu zakonnym w całości. Przynosi ono wiele dobra. Cenię wiele sióstr za ich pracę w tak wielu przestrzeniach Kościoła. Widzę, jak ważne jest to, o czym w „Vita consecrata” pisał Jan Paweł II: „Kobiety konsekrowane są w bardzo szczególny sposób powołane, aby przez swoje poświęcenie, przeżywane w pełni i z radością, być znakiem czułej dobroci Boga dla ludzkości oraz szczególnym świadectwem tajemnicy Kościoła, który jest dziewicą, oblubienicą i matką”.

Nie zawsze jednak konsekracja może być przez siostry przeżywana w pełni i z radością. Struktury, w których żyją, często są zbyt skostniałe. Strach przed zmianami, które mogłyby naruszyć system funkcjonujący od setek lat, prowadzi często do patologicznych zachowań przełożonych.

Znam wiele osób konsekrowanych z różnych zakonów. Widzę, że są szczęśliwe i spełnione w życiu, jakie wybrały – życiu, którego nie należy gloryfikować, które jest jedną z dróg w Kościele, ale bez którego we wspólnocie Kościoła czegoś by brakowało.

Właśnie dlatego zależy mi, by mówić o bolesnej prawdzie o tym, co dzieje się w zakonach żeńskich. Mam nadzieję, że zauważenie i nazywanie problemów jest pierwszym krokiem w stronę potrzebnych zmian.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×