Z Mirą Awad rozmawia Aleksander Kamkow.
Większość życia spędziła pani w swoim ukochanym Tel-Awiwie. Jednak w 2022 roku zdecydowała się pani przenieść do Londynu. Dlaczego?
W pierwszej kolejności chcę odnieść się do obecnych wydarzeń. Kiedy rozmawiamy, w regionie ma miejsce niebezpieczna eskalacja. Jestem głęboko zaniepokojona losem całego regionu i niewinnych cywili, którzy, jak zwykle, cierpią najbardziej – zarówno Izraelczyków, Palestyńczyków, jak i Irańczyków. Mam nadzieję, że wojna jak najszybciej dobiegnie końca – przy jak najniższej liczbie ofiar.
Odpowiadając na pana pytanie: urodziłam się i wychowałam w Izraelu, a przeprowadzka do Londynu w 2022 roku była pragmatyczną decyzją podyktowaną karierą mojego męża. To nie był łatwy wybór; czułam, że miejscem mojego akywizmu i życia zawodowego są Izrael i Palestyna. Porzucenie pracy oraz moich starszych rodziców było niezwykle trudną decyzją. Jednak po latach, w których to mój mąż szedł na kompromisy ze względu na moją karierę, uznaliśmy wspólnie, że nadszedł czas, by wesprzeć jego zawodowy rozwój.
Życie w Londynie to surrealistyczne doświadczenie. Jestem wdzięczna za normalną codzienność, a jednocześnie mam bolesną świadomość, że życie moich przyjaciół i rodziny znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie – czy to za sprawą Hamasu, czy polityki izraelskiego rządu. Moja przeprowadzka nigdy nie była ucieczką ani odrzuceniem własnej tożsamości. Pozostaję głęboko zaangażowana w pracę na rzecz pokoju, zasiadając w zarządach kilku organizacji współpracy izraelsko-palestyńskiej, takich jak The Jerusalem Youth Chorus, The Abraham Initiatives czy New Israel Fund.
W fizycznym dystansie od kraju urodzenia kryje się ogromny przywilej. Daje mi wolność ekspresji, na którą mieszkający w Izraelu Arabowie nie mogą liczyć. Atmosfera w kraju staje się coraz bardziej opresyjna, pojedynczy post w mediach społecznościowych może prowadzić do aresztowania. Wolność słowa jest bezpośrednio zagrożona.
Mówiła pani o rosnącej wrogości względem arabskich obywateli Izraela. Czy może pani opowiedzieć o ich tożsamości i aktualnej sytuacji?
Warto wziąć pod uwagę, że istnieje różnica pomiędzy Arabami żyjącymi w Izraelu a zamieszkującymi terytoria okupowane. Wiele osób w Europie i na świecie nie zdaje sobie sprawy, że około jedna piąta populacji Izraela to Palestyńczycy.
Tożsamość izraelskich Arabów to złożony temat. Przez lata polityka Izraela dążyła do wymazania palestyńskiej tożsamości. Osoby, które identyfikowały się z palestyńskością, narażone były na ogromną presję polityczną i społeczną. W wyniku tych procesów wiele osób przyjęło etykietę „Arabów-Izraelczyków”.
Jesteśmy rdzenną ludnością tej ziemi, której korzenie sięgają czasów przed 1948 rokiem i powstaniem współczesnego państwa Izrael.
Obecna wrogość nie jest skierowana wyłącznie przeciwko Arabom. Dotyczy każdego, kto kwestionuje politykę skrajnie prawicowego rządu. Możesz być Żydem o umiarkowanych, centrowych poglądach – niekoniecznie lewicowym – a społeczeństwo i tak może uznać cię za wroga. Język debaty publicznej stał się w Izraelu niezwykle agresywny wobec każdego, kto wyraża opinię odbiegającą od narracji, którą próbuje narzucić rząd.
Na domiar złego, „wróg” jest utożsamiany z Palestyńczykami. W rezultacie wszystko, co kojarzy się z palestyńskością, podlega natychmiastowej demonizacji. Uderza to w arabskich i palestyńskich obywateli Izraela.
W jaki sposób atak z 7 października wpłynął na postrzeganie arabskich Izraelczyków?
Solidarność społeczności arabskiej z żydowskimi sąsiadami była bezprecedensowa. Arabscy obywatele Izraela po 7 października zmobilizowali się, by pomóc przesiedlonym rodzinom i ocalałym – niosąc pomoc medyczną, dostarczając żywność, zapewniając schronienie, poświęcając swój czas i zasoby.
Mimo to kampania oszczerstw pod ich adresem trwa w najlepsze. W tym kontekście warto wspomnieć o Lucy Aharish, dziennikarce pochodzenia arabskiego, występującej w mediach głównego nurtu. Jest muzułmanką, Arabką, ale też wierną obywatelką Izraela, co podkreślała wielokrotnie. Także ona spotyka się z groźbami. Skrajnie prawicowi aktywiści nachodzą ją w domu. Jej mąż jest Żydem – to także nie uchroniło ich rodziny przed nękaniem.
Każdy, kto sprzeciwia się dziś w Izraelu skrajnej prawicy, jest w niebezpieczeństwie. Kneset proceduje antydemokratyczne ustawy, dążąc do zniesienia ostatnich mechanizmów demokracji. Netanjahu wymyśla nowych wrogów i sprzymierza się z różnymi grupami interesów, byle tylko utrzymać się przy władzy. Mamy do czynienia z przywódcą, który powinien siedzieć w więzieniu – czy to za swoje zaniedbania z 7 października, czy zarzuty karne dotyczące oszustw i nadużyć finansowych.
Widzi pani nadzieję na poprawę trudnej sytuacji arabskich i palestyńskich obywateli Izraela?
Dobra wiadomość jest taka, że w Izraelu nadal są osoby, które nie boją się mówić prawdy o naszej historii. Dzisiaj przeczytałam ciekawy i poparty głęboką analizą artykuł o wydarzeniach 1948 roku. Opisuje przeżycia arabskich obywateli Izraela, którzy doświadczyli masakr, wysiedleń, konfiskaty ziemi, a po wojnie – brutalnych rządów wojskowych. Przez dziesięciolecia w Izraelu powszechnie zaprzeczano tym wydarzeniom. Ludzi, którzy starali się je upamiętnić, oskarżano o kłamstwo.
Światło dzienne ujrzały dokumenty: rozkazy zabijania Arabów podpisane przez izraelskich dowódców, a także nakazy wysiedleń i wywłaszczeń – przeprowadzanych w sposób, który przywodzi na myśl obecne działania w Gazie. Choć skala przemocy jest dziś większa, sam mechanizm wydaje się niezmienny. Wciąż dominuje przekaz: „Chcemy tej ziemi – wolnej od Arabów – i użyjemy wszelkich środków, by ich wypędzić”.
W obliczu trwającej wojny z Iranem sytuacja staje się jeszcze bardziej złożona. Potrzebni są nam odpowiedzialni przywódcy, gotowi sprzeciwić się złu i rozliczyć tych, którzy łamią podstawowe normy. Najwyższa pora, by elity polityczne wzięły odpowiedzialność za obecną sytuację.
Mówiła pani o sytuacji palestyńskich Arabów – obywateli Izraela – i o tym, jak obecne napięcia wynikają z długotrwałej dyskryminacji i wrogości. Jest pani blisko związana z izraelskim społeczeństwem żydowskim. Jak wpłynął na nie 7 października?
Nie ulega wątpliwości, że było to dla Izraelczyków wydarzenie traumatyczne. Rozbudziło w nich ich najgłębiej zakorzenione lęki.
Przez dziesięciolecia pielęgnowano w izraelskim społeczeństwie strach. Kolejne rządy powtarzały tę samą mantrę: „istnieje wróg, który na nas czyha”. Zgodnie z logiką tej narracji, wielu Izraelczyków postrzega działania na terytoriach palestyńskich jako działania obronne – głównie dlatego, że tym mianem powszechnie się je nazywa.
To, co Izrael nazywa „obroną”, oznacza dla Palestyńczyków codzienną przemoc, niszczenie ich mienia i życie w warunkach brutalnej okupacji. Wśród Palestyńczyków wywołuje gniew i głębokie rozgoryczenie. 7 października mieliśmy okazję zobaczyć na własne oczy, jak ten gniew znajduje ujście w potwornych atakach w południowym Izraelu.
Dla wielu Izraelczyków 7 października był jak spełnienie mrocznej przepowiedni. Rząd oczywiście wykorzystał atak do uwiarygodnienia własnej narracji. Wyciągnięto wniosek, że Izrael musi być teraz jeszcze silniejszy, że musi całkowicie wyeliminować zagrożenie zewnętrzne. Cykl przemocy trwa.
Co z Izraelczykami, którzy nie podzielają tej interpretacji?
Izraelscy pacyfiści regularnie demonstrują; w każdy weekend odbywają się wielkie protesty. Nie wiem, skąd biorą na to siłę, ale pozostają niezwykle konsekwentni. Opór przeciwko wojnie i okupacji jest w Izraelu niezwykłym zjawiskiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że demonstrujący spotykają się z nękaniem i aresztowaniami. Są bici, opluwani, atakowani gazem pieprzowym: i przez policję, i przez prawicowych radykałów.
Niełatwo być Izraelczykiem sprzeciwiającym się polityce rządu. Jeśli ktoś kwestionuje oficjalną wersję wydarzeń, prowokuje oskarżenia o zdradę, zarówno w sieci, jak i w świecie realnym. W rezultacie niewiele osób ma odwagę głośno wyrażać swoje przekonania.
Dzieje się tak, ponieważ obecny rząd zajęty jest retraumatyzowaniem społeczeństwa, miast zaoferować mu szansę na przepracowanie traumy. Mam tu na myśli ciągłe wyświetlanie nagrań z ataku w mediach, jastrzębią retorykę przywódców i ogrom propagandy w mediach społecznościowych.
Zdaję sobie sprawę, że rozmowa o „izraelskiej traumie” może wydawać się nieodpowiednia w momencie, gdy trauma palestyńska jest tak przerażająco namacalna. Ludzie są siłą wyrzucani z domów, atakowani we własnych mieszkaniach lub brani na cel przez osadników w drodze do szkoły na Zachodnim Brzegu.
Osadnicy działają bezkarnie, pod ochroną izraelskiej armii. Z dumą nagrywają, jak zajmują ziemię, przejmują dobytek i niszczą gaje oliwne – źródło utrzymania lokalnej ludności. Nie mają wstydu, są coraz bardziej rozochoceni. To, co kiedyś uchodziło za „incydenty” i wybryki społecznego marginesu, stawiane jest dziś na piedestale – także w mediach i platformach społecznościowych, gdzie działania osadników przedstawiane są jako wzór do naśladowania.
Zajmuje pani jednoznacznie propalestyńskie stanowisko. Dlaczego to jednak ważne, byśmy nie poddawali się pokusie dehumanizowania naszych przeciwników – nawet, gdy dopuszczają się oburzających czynów?
Niebezpieczeństwo dehumanizacji polega na tym, że dehumanizując, stawiamy innych poza zasięgiem naszego wpływu. Nigdy nie nazwałabym Netanjahu diabłem. Jest odpowiedzialny za ludobójstwo w Gazie i przemoc na terytoriach okupowanych. Mimo to, nadal chcę widzieć w nim człowieka. Chcę wierzyć, że odpowiednią argumentacją i presją polityczną jesteśmy w stanie wpłynąć także na jego decyzje.
Warto pamiętać, że to samo przywiązanie do domu i rodziny, które motywuje Palestyńczyków do walki o swoje prawa, stanowi dla wielu Izraelczyków powód do wspierania obecnej polityki rządu.
Być może droga do pokoju prowadzi przez zmierzenie się z lękiem przed innością i znalezienie wspólnoty w miłości do tej samej ziemi. Oba narody ją kochają – spróbujmy wspólnie uczynić ją lepszym miejscem.
W Izraelu ostatnio odbywały się demonstracje zorganizowane pod auspicjami Standing Together. Uczestniczyli w nich Arabowie i Żydzi. Protesty miały na celu zwrócenie uwagi na problem przemocy w społecznościach arabskich w Izraelu. Czy uważa pani te demonstracje za prawdziwą szansę na przeciwstawienie się nurtom nacjonalistycznym i skrajnie prawicowym czy raczej za kolejną próbę podtrzymania demokratycznego wizerunku Izraela?
Wierzę, że prawdziwa zmiana jest możliwa tylko wtedy, gdy działamy razem. Rozumiem krytykę tych demonstracji, ja także podchodziłam do nich sceptycznie. Nie zawsze to demonstranci kształtują narrację na temat antyrządowych protestów. Prawica wykorzystuje sam fakt protestu, by podważyć głosy krytyczne względem demokratycznego wizerunku Izraela.
Bez względu na ich recepcję w mediach, demonstracje mają ogromne znaczenie. Ruchy takie jak Standing Together są szczególnie istotne, ponieważ łączą społeczność żydowską i arabską. Ich celem jest budowanie mostów i zademonstrowanie, że realna zmiana wymaga solidarności – nie możemy pozostać rozbici na dwa wrogie obozy.
Nie raz moje wyrwane z kontekstu wypowiedzi były wykorzystywane przez moich przeciwników. Ja jednak nie zamierzam się wycofać. Muszę ważyć słowa, wiedząc, że każde zdanie może zostać użyte przeciwko nam. Świat nie jest czarno-biały; to skala szarości, w której musimy decydować, na jakie kompromisy jesteśmy gotowi.
Jedni działają w ramach systemu, inni go bojkotują. Ja wybieram pracę w jego obrębie, bo w ten sposób mogę zdziałać więcej. Szanuję jednak tych, którzy wybierają inaczej i życzę im powodzenia. Tego samego szacunku oczekuję wobec mojego wyboru – tylko tyle i aż tyle.
Wierzę w dialog izraelsko-palestyński i współpracę Arabów i Żydów jako drogę do lepszej przyszłości. Historia pokazuje, że pojednanie jest możliwe – jak w relacjach Niemców i Żydów po Holokauście. Nie widzę powodu, dla którego z porozumieniem między izraelskimi Żydami a Palestyńczykami miałoby być inaczej.
Wielu ludzi w USA i w Europie Zachodniej argumentuje, że ruch palestyński jest ruchem opartym na nienawiści. Czy jest w tym ziarno prawdy? Czy w obrębie ruchu na rzecz Palestyny faktycznie mamy problem z nienawiścią?
Widzę w tym raczej element szerszego mechanizmu demonizacji. Dziś każda próba obrony Palestyńczyków wywołuje słowną agresję. Czy naprawdę oczekujemy od ludzi, że będą milczeć w obliczu przemocy w Gazie i na Zachodnim Brzegu? To oczywiste, że będą stawiać opór. Kiedy świat przymyka oko na ludobójstwo i czystki etniczne, czy pozostaje cokolwiek innego niż krzyk rozpaczy?
Czy uważam te pełne gniewu demonstracje za idealne rozwiązanie? Nie jestem pewna, być może istnieje lepsza alternatywa. Nie wolno jednak demonizować samego gniewu – nie można potępiać ludzi za oburzenie wobec czynów, które są obiektywnie oburzające. Demonizowanie społecznego gniewu to powielanie narracji, która demonizuje wszystko, co jest związane z palestyńskością.
To narracja stworzona przez Izrael, wspierana przez jego sojuszników – w tym Stany Zjednoczone – i przechwytywana przez skrajną prawicę. Niestety, trafia na podatny grunt, a to obraca się przeciwko Palestyńczykom.
W Polsce nie brakuje osób, które w obliczu wojny w Gazie jednoznacznie opowiedziały się po stronie Izraela. Ich narracja skupia się dziś przede wszystkim na zjawisku narastającego antysemityzmu oraz na kontrowersjach wokół nazywania działań izraelskiej armii ludobójstwem. Co chciałaby pani powiedzieć osobom, których jedyną reakcją na wojnę w Gazie jest oburzenie względem tych, którzy nazywają działania Izraela ludobójstwem?
Zamiast mierzyć się z faktami, wielu ludzi skupia się na walce z terminologią. Uważam to za absurd – jeśli komuś nie podobaja się oskarżenia o ludobójstwo, powinien popierać powstrzymanie przemocy. Zresztą samo nazewnictwo ma dla mnie drugorzędne znaczenie: jeśli nie „ludobójstwo”, to co – czystki etniczne, masakry, masowe zabójstwa? Zmiana nazwy nie zmienia przecież rzeczywistości.
Dlaczego więc język przysłania niektórym fakty? Czy łagodniejsze określenia zmniejszają skalę tragedii? Jeśli ktoś nie chce, by syjonizm kojarzono ze zbrodniami, powinien raczej sprzeciwić się izraelskiej przemocy niż toczyć spór o definicje.
Co możemy zrobić, żeby jak najwięcej osób to zrozumiało?
Jestem przede wszystkim artystką i traktuję sztukę jako moją formę oporu. Poprzez muzykę, seriale czy projekty graficzne pokazuję, że więcej nas łączy, niż dzieli. Staram się otwierać ludzi na różne perspektywy. Różnice poglądów same w sobie nie zabijają – zabija przemoc. Jeśli osoby o różnych przekonaniach usiądą przy jednym stole i wymienią się poglądami w duchu wzajemnego szacunku, nikt na tym nie ucierpi.
Nie jestem polityczką, tylko artystką, która chce mówić o sprawach istotnych dla świata. Zwracam uwagę na sprawy, od których zbyt łatwo odwracamy wzrok. Jedną z takich kwestii jest kryzys klimatyczny. Jeśli nie nauczymy się współpracować, planeta przetrwa, ale my nie.
Najbardziej niepokoi mnie, że ludzkość nadal nie zrozumiała, jak pilnie potrzebujemy współdziałania, by sprostać nadchodzącym wyzwaniom.
Mira Awad
Aleksander Kamkow

