Z prof. Alison Milbank rozmawia Ernest Małkiewicz.
Wśród tematów, którymi się pani zajmuje, jest ponowne zaczarowanie (re-enchantment). Co to za koncepcja i jak się ją stosuje?
To myśl bardzo popularna wśród ludzi, którzy w XXI wieku chcą przywrócić holistyczną wizję świata. Używam jej w dość precyzyjny sposób, jako stanowiącą w pewnym sensie część apologetyki. Sądzę, że ludzi należy w pierwszej kolejności oderwać od materialistycznego rozumienia rzeczywistości, uczynić je obcym, a następnie przywrócić im je z pewną metafizyczną głębią. To mam na myśli, kiedy mówię o ponownym zaczarowaniu.
Chodzi o zakwestionowanie tego, co Charles Taylor nazywa „zabezpieczonym ja”, życia w swego rodzaju pancerzu. To jak z samochodzikami w wesołym miasteczku. Gumowa osłona chroni cię, kiedy jeździsz dookoła, i nikt nie może zrobić ci krzywdy. W nowoczesnym pojmowaniu tym właśnie jest podmiot. Jesteś bezpieczny w swoim umyśle i pozostajesz ostrożną, zatomizowaną jednostką. Interesuje mnie wyciąganie ludzi z tej bezpiecznej bańki, pokazywanie im, że świat jest bardziej porowaty.
Żeby to zrobić, trzeba im uświadomić, jak obcy i przedziwny jest świat. Dopiero wtedy mogą otrzymać go w darze wraz z całą jego duchową głębią. Pozostaję pod dużym wpływem eseju Tolkiena o baśniach – pisał tam, że baśnie i fantastyka zabierają nas w podróż z dala od rzeczywistości, jednak w celu przywrócenia jej nam. Inspiracją dla niego z kolei był esej G.K. Chestertona „The Ethics of Elfland”, z którego ja także korzystam. Autor argumentuje, że baśnie są logiczniejsze od nowoczesnej nauki, która jest tylko ciągiem dziwnych powtórzeń.
Logiczniejsze, bo łatwiejsze do zrozumienia?
Nie. Chesterton powiedziałby, że w baśni matematyka działa jak należy. Jeśli jest sześć księżniczek, to znaczy, że jest sześć księżniczek. Jeśli na drzewie wisi dwanaście srebrnych jabłek, wszystko działa jak trzeba w obrębie baśni. Ale nauka mówi nam coś innego – coś się wydarzyło, potem wydarzyło się raz jeszcze i jeszcze raz. Ale to nie jest uniwersalna zasada. To tylko dziwne powtórzenia. Kojarzy mi się to Davidem Hume’em.
Ponowne zaczarowanie to przywrócenie duchowej głębi rzeczywistości. Sprawianie, że ludzie zrozumieją – na przykład w kontekście parafii – że już widzą w świecie jego wymiar religijny. Trzeba szukać dróg, żeby wykorzystać liturgię i inne metody, które pozwolą im otrzymać to zrozumienie. Podczas chrztu wystarczy, że spojrzysz dziecku w oczu i już widzisz tam głębię. To dziecko jest czymś więcej niż jego krzyk, skóra i kości. Musimy ujawnić, że ludzie naprawdę mają w sobie tę zaczarowaną perspektywę.
Interesuje mnie też ponowne zaczarowanie jako koncepcja teurgiczna. Idea, że świat zjawisk ma sakramentalną głębię, która możemy niejako uaktywnić. Można to widzieć jako rodzaj magii, ale nie czarnej. Nie magii dominacji i manipulacji, ale magii tolkienowskich elfów, które wkładają wszystko, co kochają i wszystko, co wiedzą, w swoje dzieła. W rezultacie ich wytwory nie są tylko martwymi fenomenami, jak w kantowskim podziale na fenomena i noumena, ale mają w sobie prawdziwą obecność – a nawet sprawczość, jak sznur czy płaszcze otrzymane od Galadrieli. Tolkien rozumiał te metafizyczne implikacje. Nie wkładam nic w jego usta.
W tym, co pani mówi, widać przekonanie o dużej roli, którą mają do odegrania opowieści. Podobnie jak w tytule książki „The Once and Future Parish”.
To z kolei odwołanie do mitu arturiańskiego, Artura jako raz-na-zawsze króla Anglików. Za pomocą tego tytułu krytycznie odnoszę się też do książki „The Once and Future Church”, która argumentuje za odrzuceniem tradycji. Tymczasem w Wielkiej Brytanii, gdzie nowy ateizm Richarda Dawkinsa i jemu podobnych oddziaływał niegdyś bardzo silnie, pojawia się mnóstwo dowodów, że ten trend wymiera. Pokolenie Z wraca do wiary, co szczególnie widać wśród młodych mężczyzn. Szukają transcendencji i tajemnicy, więc często kierują się ku katolicyzmowi, prawosławiu lub bardziej katolickiemu odcinkowi Kościoła anglikańskiego.
Jaka jest rola opowieści w ponownym zaczarowaniu świata i tworzeniu właściwej narracji?
Alasdair MacIntyre, niedawno zmarły filozof, mawiał, że bez opowieści dzieci stają się jąkałami. Nie potrafią nawet mówić. Powiedział też kiedyś, że tak długo, jak człowiek nie wie, jakich opowieści jest częścią, nie może działać etycznie. W pewnym sensie to przez zrozumienie siebie jako bohaterów w danej historii uczymy się działania. To etyka cnoty, arystotelejsko-mistyczne rozumienie etyki. Opowieści są zatem kluczowe, pozwalają nam bowiem zrozumieć samych siebie w ujęciu celowościowym. Dlatego tak bardzo lubię Tolkiena. Jego bohaterowie są samoświadomi, wiedzą, że są częścią jakiejś narracji. Mówią więc na przykład: „Zastanawiam się, jakie wiersze napiszą o nas, kiedy nas już nie będzie”.
Uważam, że dzieci potrzebują opowieści. W Wielkiej Brytanii rodzice czytają maluchom coraz mniej. Zamiast tego dają im smartfon czy tablet. Da się kupić wózek z wbudowanym ekranem do oglądania przez dziecko. To okropna tendencja.
Niedawno odwiedził mnie Jonathan Pageau, przyjaciel Jordana Petersona, który pisze na nowo wiele tradycyjnych baśni. Robi to po to, żeby zarówno rodzice, jak i dzieci, mogli wyciągnąć z nich coś dla siebie. Ale dziś ludzie mówią, że baśnie nie nadają się dla dzieci, że jest w nich zbyt wiele przemocy. Albo że są za mało feministyczne.
Czy myśli pani, że opowieści pomagają także dorosłym w lepszym zrozumieniu świata? Czy używa ich pani w swojej pracy kaznodziejki?
Cały czas! Sądzę, że wszyscy potrzebujmy opowieści, dzięki którym zrozumiemy samych siebie, które pozwolą nam przejrzeć się w czyichś słowach i pomyśleć. W kulturze anglosaskiej bardzo chętnie adaptowane są książki Jane Austen, ale rezultaty nie niosą za sobą wiele więcej niż same wydarzenia z powieści. Dzieje się tak dlatego, że jej dzieła są przede wszystkim o przyglądaniu się i namyśle. O cnocie przyjaźni i o małżeństwie jako praktyce cnoty. W filmowych i teatralnych adaptacjach tego brakuje, mimo że u Austen najważniejsza jest nauka autorefleksji.
Wspomniała pani o Jordanie Petersonie. On także tworzy opowieść, która wydaje mi się dzisiaj wyjątkowo silna. O współczesnym świecie, który stanął na głowie, w którym wszystko jest inaczej, niż być powinno, w którym powinniśmy wrócić do dawnych wartości. Czy nie potrzebujemy kontr-narracji dla jego idei?
Wierzę oczywiście w równość kobiet i mężczyzn. Jestem feministką. Ale jestem też bardzo staromodną feministką, która naprawdę wierzy w kobiecość. Napisałam kiedyś artykuł na temat kobiet jako kapłanek, bo sama jestem jedną z nich. To ważne, że jestem kobietą-księdzem. Każdy może uosabiać Chrystusa ze względu na chrzest. Mężczyźni-księża w szczególny sposób odzwierciedlają jego człowieczeństwo. Kobiety-księża są obrazem Matki-Kościoła. To wszystko jest częścią jakiejś całości.
Cenię kobiecość i w tym zgadzam się z Petersonem. Uważam także, że pomaga młodym mężczyznom. Bardzo trudno jest mieć pozytywny wzorzec męskości, a on właśnie to oferuje – i z tego wynika jego popularność. W wielu kwestiach jest ograniczony, ale w tej sprawie stoję po jego stronie.
Nie powinniśmy zbytnio feminizować chrześcijaństwa i mówię to jako kobieta. Nie ma nic złego w tym, że różnimy się jako kobiety i mężczyźni.
Myślę, że Peterson odpowiada na pewną realną potrzebę młodych mężczyzn, ale nie robi tego w najlepszy możliwy sposób.
Nie sięga wystarczająco głęboko. Nie jest też chrześcijaninem, mimo że tę ścieżkę próbował pokazać mu Jonathan Pageau. Lubi chrześcijańskie opowieści, ale nie można traktować ich wyłącznie jako ornamentyki. Trzeba nimi żyć, a tego Peteron nie robi. To jego ograniczenie – nie funkcjonuje w ramach chrześcijańskiej antropologii, pozostaje na poziomie Josepha Campbella, na studium baśni i opowieści, jej struktury i symboliki.
Ale dziś ludzie mówią, że baśnie nie nadają się dla dzieci, że jest w nich zbyt wiele przemocy. Albo że są za mało feministyczne.
Czy myśli pani, że opowieści pomagają także dorosłym w lepszym zrozumieniu świata? Czy używa ich pani w swojej pracy kaznodziejki?
Cały czas! Sądzę, że wszyscy potrzebujmy opowieści, dzięki którym zrozumiemy samych siebie, które pozwolą nam przejrzeć się w czyichś słowach i pomyśleć. W kulturze anglosaskiej bardzo chętnie adaptowane są książki Jane Austen, ale rezultaty nie niosą za sobą wiele więcej niż same wydarzenia z powieści. Dzieje się tak dlatego, że jej dzieła są przede wszystkim o przyglądaniu się i namyśle. O cnocie przyjaźni i o małżeństwie jako praktyce cnoty. W filmowych i teatralnych adaptacjach tego brakuje, mimo że u Austen najważniejsza jest nauka autorefleksji.
Mówiła pani, że parafie są nie tylko miejscem dla wierzących, ale też dla budowania społeczności. Jak więc postrzega pani ich rolę we współczesnym społeczeństwie?
Każdy może przyjść do parafii, poprosić o chrzest, pogrzeb czy ślub. Duszpasterstwo w jej ramach roztaczane jest nad każdym członkiem. Niezależnie od tego, w co wierzy, może udać się do księdza po radę. To taki duchowy system narodowej ochrony zdrowia. Dzisiaj jest jednak zagrożony i to jeden z powodów, dla których o tym piszę. Ma w sobie dużo odporności na przekleństwa współczesności, ale wyzwania pozostają. Nasza kultura jest zsekularyzowana. Mamy na przykład bardzo wiele szkół kościelnych, które zupełnie nie uczą chrześcijaństwa.
Do kościoła chodzi mniejszość społeczeństwa, więc trudne staje się zadbanie o finanse. Nie otrzymujemy wsparcia ze strony rządu, inaczej niż to działa na przykład we Francji, gdzie katedry utrzymuje państwo, a parafie lokalna wspólnota. W Wielkiej Brytanii ci, którzy chodzą do kościoła, płacą zarówno na swoich księży, jak i na zabytkowe budynki.
Także hierarchia kościelna sama zagraża parafii. Ciekawie słucha się o różnicach w działaniu pomiędzy ludźmi, którzy kierują się swoimi interesami i ludźmi, którzy kierują się wartościami. Kościół anglikański został zdominowany przez amerykańską myśl ewangelikalną. Jej przedstawiciele wierzą w ewangelizację poprzez zasadę homogenizacji (homogenous unit principle). Chcą łączyć ludzi według ich konkretnego wspólnego interesu bądź ich klasy społecznej.
Parafia jest tego zaprzeczeniem. Każdy, kto się w niej znajdzie, może być częścią wspólnoty. Jesteśmy bardzo otwarci i działamy szeroko. Anglikańskie kościoły prowadzą banki żywności, doradztwo w kwestiach zadłużenia, oferują miejsca, gdzie można się ogrzać, dostęp do internetu. Niektóre mają nawet placówki pocztowe.
Parafie próbują otworzyć się na całe społeczeństwo i budować swoją wartość. Jakiś czas temu przeprowadzono badania według kryteriów skarbu państwa, które miały na celu wyliczenie społecznej wartości wytwarzanej przez kościoły w Anglii. Wyznaczono koszt każdej usługi prowadzonej przez parafie, od obiadów dla seniorów po żłobki. Pod uwagę wzięto wszystkie kościoły – zarówno anglikańskie, katolickie, jak i protestanckie i prawosławne. Według badania wartość społeczna działań podejmowanych przez te wspólnoty wynosi 55 miliardów funtów każdego roku. Widać więc, że tego typu działalność jest dla nas bardzo ważna.
Jedną rzeczą są wymierne korzyści, inną – funkcjonowanie wspólnot. Czy przy każdej anglikańskiej parafii można znaleźć żywą wspólnotę?
Bywa różnie. Niektóre są bardzo aktywne, niektóre po prostu małe. We wsi, w której mieszka 350 osób, dziesięcioro aktywnych parafian to nie jest mały procent, ale taka grupa nie będzie w stanie samodzielnie utrzymać kościoła. Jednym z naszych problemów jest to, że bogaty kościół centralny nie przekazuje funduszy na utrzymanie zwyczajnych parafii. Powinien. Takie były pierwotne przeznaczenie tych pieniędzy. Ale dziś wszystko jest polityczne.
Jest pani zaangażowana w ruch Save the Parish, który działa na tym polu.
Owszem. Naszym celem jest przywrócenie równowagi. Chcemy, żeby pieniądze wróciły do parafii. Obecnie diecezje spędzają tygodnie na wypełnianiu formularzy i wniosków grantowych. A kiedy już otrzymają z nich pieniądze, mogą wydawać je wyłącznie na projekty misyjne lub tworzenie nowych wspólnot religijnych. A to nie są główne cele parafii, więc pojawia się problem.
Diecezje także nie lubią tego robić. Jako Save the Parish organizujemy obiady dla biskupów. W zeszłym roku pojawiło się ich wielu i wszyscy się z nami zgodzili. Nie chcieli poświęcać czasu na wypełnianie wniosków. Ale takie było życzenie ostatniego arcybiskupa, a nasz system podejmowania decyzji jest bardzo zcentralizowany. Parafia ma duże pole do działania, ale nie decyduje o pieniądzach. To dzieje się na wyższych szczeblach.
Na co więc pieniądze są przeznaczane?
Ostatnio na przykład 6,5 miliarda funtów przeznaczono na zakup chińskiej restauracji w Rochdale na północy kraju, którą zamieniono na młodzieżowy kościół – kilkadziesiąt metrów od parafialnego. Umieszczono tam sześciu księży, dwóch kleryków, dwóch administratorów, kilku świeckich diakonów, dwóch wychowawców – ogromny personel, podczas gdy parafia zarządza trzema kościołami. Zamysł jest taki, że ten kościół będzie się rozwijał, ponieważ dostał tak wiele zasobów. Rzeczywiście, zwykle udaje im się wypełnić budynek. Ale uczestnicy nabożeństw to zwykle młodzi ludzie o ewangelikalnej duchowości, którzy chodzą od kościoła do kościoła, nie nazwałabym więc tego rozwojem.
W takich miejscach liturgia nie jest anglikańskiej. Rzadko nawet udziela się Eucharystii. Nabożeństwa składają się zwykle z półgodzinnego śpiewu – na zmianę wesoła piosenka i smutna piosenka wykonywane przez zespół popowy. Grają przestarzały soft rock, a uczestnicy oglądają to na ekranie. Potem jest długie kazanie. Może też być krótko modlitwę o przemienienie życia, ale to tyle. Nic w tym anglikańskiego.
Naszym problemem jest to, że parafiom odmawia się zasobów, odmawia się księży. A kościoły takie jak ten, który opisałam, dostają wszystko, co się da. Ale wspaniałe jest to, że mimo wszystko wciąż są niesamowicie wierzący ludzie, przekonani o tym, co robią. Są pewne rzeczy, które księża muszą robić świadomie, takie jak na przykład zorganizowanie raz na jakiś czas procesji z darami, na którą ludzie przyniosą owoce swojej pracy albo pokazanie ekologicznego kontekstu Eucharystii.
Parafia to miejsce kluczowe dla budowania wspólnoty – i dla zachowania chrześcijaństwa jako takiego.
Taki jest jej podstawowy cel. Polska, podobnie jak mój kraj, podzielona jest na 14 000 jednostek zwanych parafiami, do których przynależy każdy mieszkaniec danego obszaru. W języku angielskim słowo „parafialny” (parocchial) bywa używane w negatywnym sensie na określenie czegoś zaściankowego lub ograniczonego. Twierdzę jednak, że w rzeczywistości „parafialność” jest jednym z głównych aspektów eko-teologii. Parafia jest bowiem ideą z natury ekologiczną. Każda roślina i każde stworzenie, a także ludzie, są częścią parafii.
Ale teologia stworzenia to tylko jedna część, a ja nie jestem zwolenniczką skupiania się na celach jako takich. Do 2030 powinniśmy wszyscy osiągnąć neutralność klimatyczną. Wyobraźmy sobie jednak małą parafię na wsi, w której psuje się piec gazowy. Nie masz możliwości założenia pompy ciepła – na przykład dlatego, że nie wolno kopać pod cmentarzem, który otacza twój kościół. I masz problem. Nie możesz zamontować nowego, mimo że i tak używałeś go tylko w niedzielę, więc emitowałeś tyle co nic.
Jest taki kościół w Derbyshire, którego nie można też ogrzewać elektrycznością. Wewnątrz jest lodowato, ale gazowego pieca nie mogą wymienić. Cała parafia upada z powodu tego chłodu. Nie można traktować celów doktrynersko. Jestem zwolenniczką zielonych kościołów. Katedra, w której parafię prowadzę, wygrała nawet konkurs w tej dziedzinie. Bardzo wiele parafii angażuje się ekologicznie. Umieszczają na przykład panele słoneczne na dachach.
Działania proekologiczne są więc popularne wśród parafii w Wielkiej Brytanii?
Tak. Dla nas to coś zwyczajnego, bo od zawsze mieliśmy głęboki związek z ziemią. W moim Kościele istnieje długa tradycja wiejskich księży-przyrodników, takich jak Gilbert White, który w latach osiemdziesiątych XVIII wieku opublikował „The Natural History and Antiquities of the Parish of Selbourne”, zawierającą przełomowe obserwacje dotyczące ptaków, nietoperzy, żab i drzew w jego wiosce. Jak widać po tytule książki, nie rozdzielał natury i kultury, ludzi i stworzeń. Podobnie jak św. Paweł, który w ósmym rozdziale „Listu do Rzymian” pisze o stworzeniu, które zmaga się wraz z nami, a jego wyzwolenie jest częścią naszego wyzwolenia. I podobnie jak papież Franciszek w swojej idei ekologii integralnej łączy potrzeby natury i ludzkości. Tak więc parafia jako miejsce lokalne ma wielki potencjał.
Bardzo wiele naszych parafii to parafie wiejskie. W ogóle Anglia, kiedy o tym pomyśleć, jest zaskakująco wiejska. Ma swoje wielkie centra miejskie, ale poza nimi żyje około 40 procent populacji – a to bardzo dużo. Mamy koncepcję pansakramentalności. Chodzi w niej o to, że o wszystkim myślimy jako objawiającym boskość. Wielu z naszych poetów i pisarzy pisze o przyrodzie. W Anglii wszyscy jesteśmy romantykami i ta romantyczna zieloność też ma swój wpływ.
Jedną rzeczą są cele ekologiczne, ale mówiła pani też o samej lokalności – tworzeniu wspólnoty i zakorzenieniu.
I życiu w relacji z otaczającym światem. Księdza z parafii powinno się widywać w pubie i w kawiarni, na bazarze i wśród ludzi. Kościoły anglikańskie funkcjonują dzięki działaniu więcej niż tylko samych wierzących. Są tacy, którzy mimo że są niereligijni, także pomagają w utrzymaniu kościołów. W hrabstwie Norfolk, bardzo wiejskim, badania wykazały, że w ciągu roku kościół odwiedziło nie w związku z mszą aż trzy czwarte mieszkańców.
Wchodzą do środka w poszukiwaniu ciszy, jako turyści, żeby się pomodlić lub zapalić świeczkę. Liczba ludzi chodzących regularnie do kościoła nie jest wysoka, ale innych wcale nie trzeba szukać daleko. Katedra, w której pracuję, także jest kościołem parafialnym i w jego ramach staramy się szukać dróg do wiary dla tych osób. Okazuje się, że dobrze działają celebracje różnych momentów w rolniczym kalendarzu. Mnóstwo ludzi przyłącza się do procesji, kiedy idziemy błogosławić zwierzęta hodowlane czy pola. Popularne jest też jesienne świętowanie zbiorów. To także są nasze zadania – budowanie czegoś na tej podstawie.
Parafia oferuje zakorzenienie, które Simone Weil uważała za „być może najważniejszą i najmniej uznaną potrzebę ludzkiej duszy”. Oznacza ono bycie częścią żywej tradycji i jest niezbędne, jeśli mamy tworzyć wizję przyszłości i działać dla jej urzeczywistnienia. Jeśli więc chcemy zmian, które pomogą zapobiec dalszemu globalnemu ociepleniu lub chronić gatunki, przyjdą one tylko od ludzi zakorzenionych, którzy w przeszłości znajdą punkt odniesienia do tworzenia pozytywnej wizji świata. A ta będzie pochodzić z drugiego aspektu parafialnego stylu życia, który również podkreślała Weil: z uwagi. Uwaga jest rodzajem ukierunkowania siebie na ludzi, problem lub rzecz, bez względu na to, co to jest, w taki sposób, że nasz wysiłek nie jest najważniejszy, ale raczej postawa otwartości na pełną rzeczywistość tego, co jest nam dane.
Mówiła też pani o porzuceniu indywidualistycznej antropologii.
W parafii ludzie poświęcają sobie nawzajem uwagę: zauważają i obserwują. Samo nabożeństwo jest rodzajem uwagi, gdy oczekujemy na Boga, które uczy nas zwracać uwagę na potrzeby innych. To wychodzenie od siebie ku innym widać nawet w liturgii. Na początku mszy mówi się przecież „Pan z wami. I z duchem twoim”. To moment, kiedy gromadzimy się i zatrzymujemy. Zaczynamy funkcjonować w sposób ekologiczny. Gromadzimy się w Duchu i stajemy jednością jako wspólnota, bo jako chrześcijanie nie jesteśmy zatomizowanymi jednostkami.
W akcie pokuty wyznajemy, jak zniszczyliśmy siebie i świat Boży. Otrzymujemy przebaczenie i godzimy się w znaku pokoju. I jako jedno ciało zgromadzenie w czasie ofiarowania przynosi świat z powrotem jego Stwórcy w ofierze chleba i wina, a wraz z nią nas samych, jako „ofiarę żywą”, jak nazywamy to także w anglikańskim rycie. Duch Święty zstępuje na dary, tak jak on – lub ona – uczynił(a) to podczas stworzenia, a my otrzymujemy świat z powrotem przebóstwiony, jako zmartwychwstałe ciało Chrystusa.
Dzisiejsze społeczeństwo staje się jednak coraz bardziej zatomizowane.
W Kościele anglikańskim walczymy z atomizacją na co dzień, budujemy wspólnoty. W każdym kościele po mszy można spotkać się przynajmniej na kawę i ciastko, a w niektórych także na lunch. Zawsze ktoś stoi przy drzwiach, żeby przywitać wchodzących i zadbać, żeby nikt nie czuł się wykluczony. Moim zdaniem to bardzo ważna część misji Kościoła – być wspólnotą i służyć jej poprzez budowanie relacji. Wiele świeckich ruchów wyrosło w Kościele katolickim, na przykład ruch Focolare albo Comunione e Liberazione. My także przykładamy dużą wagę do naszej misyjności, otwieramy się na zewnątrz. Musimy tak działać.
Rozmawiamy o środkach do celu. Dlaczego jednak tak ważny jest sprzeciw wobec ideologii indywidualizmu?
Tego dotyczył w znacznej mierze Sobór Watykański II. Eucharystii ofiarowanej przez lud Boży. Mniej chodziło o osobistą komunię, bardziej o ofiarę wspólnoty.
Sprzeciw wobec indywidualizmu jest ważny przede wszystkim dla harmonijnego funkcjonowania człowieka. Nie jesteśmy pojedynczymi atomami, nie możemy tak żyć – cały czas polegamy na innych. Nie możemy nawet bezpiecznie przejść przez ulicę bez zaufania, że inni zachowają się w określony sposób. Już Arystoteles mówił o człowieku jako o zwierzęciu społecznym. Tym właśnie jesteśmy, a nasze szczęście jest w byciu razem.
Cytując Henriego de Lubac, „Bóg zna nas w swoim Kościele”. Nawet to, kim jesteśmy, wynika z naszych relacji z innymi. Życie samej Trójcy Świętej także składa się z relacji. Badani psychologów wskazują, że nasze szczęście pozostaje w bezpośredniej relacji z liczbą interakcji, które odbywamy w ciągu dnia. Wystarczą drobne rzeczy, jak witanie się z sąsiadami na ulicy w małym mieście. Ta zależność pomaga zrozumieć, jak bardzo na sobie polegamy.
Skąd zatem bierze się ta współczesna tendencja indywidualistyczna? Jak to się stało, że zaczęliśmy skupiać się przede wszystkim na sobie, skoro tym, czego potrzebujemy, jest zakorzenienie we wspólnocie?
To skomplikowane, nie uważa pan? Zaczyna się oczywiście od reformacyjnego skupienia na jednostce. Kościoły kalwińskie i luterańskie były bardzo wspólnotowe, ale już wtedy można było mieć poczucie, że chrześcijański Bóg działa raczej w obrębie pojedynczego człowieka, na przykład Lutra. Potem wraz z rewolucją przemysłową rozwinął się kapitalizm, który wymaga od nas optymalizacji do granic możliwości. Jego celem jest konsumpcja i sprzedawanie coraz większej liczby rzeczy. Przez to tracimy wszystkie instytucje pośrednie – zostaje tylko jednostka i państwo, gubią się natomiast nasze skomplikowane tożsamości zależne od wszystkich grup, w których funkcjonowaliśmy.
W mojej koncepcji parafii wszystkie te aspekty człowieka się łączą. Przychodzisz do niej ze swoją pracą, domem i przyjaźniami. Wszystkie są w kościele widoczne, zjednoczone, zostaje im nadany sens. W naszych czasach globalnych kryzysów może wydawać się niedorzeczne sugerowanie, że parafia ma do odegrania jakąś rolę, ale to właśnie w niej uczymy się umiejętności współzależności i relacyjności oraz wizji, według której należy działać. Tylko jeśli nauczymy się kochać naszego najbliższego sąsiada i zwracać uwagę na poszczególne gatunki na naszych ulicach i polach, będziemy wrażliwi na naszą naturalną współzależność i będziemy w stanie odważnie przenieść tę troskę i uwagę na szersze kręgi narodu i globu.
Problematyczne są też przemysłowo-kapitalistyczne koncepcje pracy. Pracownicy w hierarchicznej strukturze, którzy mają ze sobą konkurować. Mój mąż pisze na ten temat.
To skrajny indywidualizm i agonizm, czyli walka przeciw drugiemu. U Greków agon to moment pojedynku między bohaterami, Hektorem i Achillesem, którzy stawali wobec siebie, żeby przekonać się, który z nich jest lepszym człowiekiem. Bogowie postawili na jednego lub drugiego. W takiej sytuacji powinny zdecydować wartości i dyskusja o nich, a nie czysty antagonizm. Ogląd społeczeństwa jako nieustającego konfliktu jest bardzo Hobbesowski i dzisiaj często przyjmowany za obowiązujący.
I w tym miejscu wracamy do chrześcijaństwa.
Moj mąż powiedziałby, że chrześcijaństwo opiera się na pokojowych różnicach. Możemy być różni i współpracować. Kościoły często nie są tym, czym być powinny. Parafie nie są tym, czym powinny. Dają jednak pewną szansę, bo odnoszą się do lokalności. Nie mogą pojawić się znikąd i napełnić ludźmi.
Potrzebujemy Augustyńskiego ordo amoris nie po to, by jak twierdzi J. D. Vance, ignorować potrzeby reszty świata, ale by nauczyć się kochać tych, którzy są blisko nas, abyśmy mogli rozszerzyć naszą troskę. Kościół chrześcijański może być lokalnie mały i słaby, ale to właśnie ta słabość uświadamia nam potrzebę współpracy i porzucenia indywidualistycznej, iluzorycznej subiektywności nowoczesnej antropologii. Przyjmijmy więc parafię jako miejsce ekologicznej konwersji, ponieważ w jej małości tkwi jej potencjał.
Z języka angielskiego przełożył Ernest Małkiewicz.
Alison Milbank
Ernest Małkiewicz

