fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Al Mutar: Jedynym radykalizmem, jakiego potrzebujemy, jest radykalny pragmatyzm

Bliski Wschód, w pewnym uproszczeniu, stoi dziś przed dwoma potencjalnymi ścieżkami. Pierwsza z nich stawia na rozwój, międzynarodową współpracę, bezpieczeństwo i dobrobyt ekonomiczny. Druga ścieżka jest absolutystyczna i fundamentalistyczna: jej narzędziem jest terror i podbój.
Al Mutar: Jedynym radykalizmem, jakiego potrzebujemy, jest radykalny pragmatyzm
ilustr.: Kasia Majchrowska

Wojna w Iraku, która według niektórych szacunków pochłonęła życie ponad 110 tysięcy cywili, wybuchła w 2003 roku, gdy administracja USA błędnie przekonana, że reżim Saddama Husseina posiada broń masowego rażenia, zdecydowała się na inwazję bez mandatu ONZ. W grudniu tego samego roku po obaleniu dyktatury walki przerodziły się w długotrwały konflikt między amerykańskimi siłami koalicyjnymi oraz irackimi ugrupowaniami islamistycznymi. Starcia stopniowo przyjęły kształt wojny domowej i sprzyjały ekspansji Al-Kaidy w Iraku. Amerykańskie wojska wycofały się w 2011 roku, a osłabiony Irak w kolejnych latach zmagał się z korupcją, ogólną niestabilnością i powstaniem tak zwanego Państwa Islamskiego, które wykorzystało chaos i przejęło kontrolę nad dużą częścią kraju. Choć Państwo Islamskie zostało formalnie pokonane, to Irak wciąż mierzy się ze słabymi instytucjami, wysokimi wskaźnikami biedy i silnym wpływem zewnętrznych aktorów, zwłaszcza Iranu.

Z Faisalem Al Mutarem rozmawia Kacper Max Lubiewski.

Zacznijmy od początku – kim jest Faisal Al Mutar? Jak stałeś się osobą, którą jesteś dzisiaj?

Jestem Irakijczykiem, więc pewnie nie zdziwi cię, że wydarzeniem, które najbardziej wpłynęło na to, kim jestem, była wojna w Iraku. Urodziłem się w Babilonie, ale dorastałem w zachodnim Bagdadzie, w dzielnicy, która po upadku Saddama Husseina stała się centrum operacyjnym Al Ka’idy, a potem Państwa Islamskiego w Iraku.

Dzieciństwo spędziłem w czasach dyktatorskiego reżimu, a dorastałem podczas wojny domowej. Już wtedy czułem, że grupy ekstremistyczne dają prosty wybór: można im się podporządkować lub z nimi walczyć; nie ma niczego pośrodku. Zaangażowałem się więc z czasem w organizację ,,Synowie Iraku”, która skupiała demokratycznie nastawionych młodych irackich mężczyzn i która broniła lokalne społeczności przed atakami grup terrorystycznych.

Po wycofaniu się Amerykanów w 2011 roku trafiłem na czarną listę Państwa Islamskiego, więc musiałem uciekać – tak trafiłem do Stanów Zjednoczonych. Nie chciałem zrezygnować ze sprawy demokracji w Iraku, więc zacząłem udzielać się w organizacjach pozarządowych i naukowych.

Ciężko mi zrozumieć, jak to się stało, że z dyktatury popadliśmy w zupełny chaos, a nie przynajmniej wadliwą demokrację. Potrzeba zrozumienia tego, co stało się w Iraku, sprawiła, że założyłem organizację Ideas Beyond Borders. Potem naturalnie rozszerzyliśmy obszar naszych działań – na Bliskim Wschodzie wszystkie państwa działają jak zespół naczyń połączonych, więc walcząc o sprawę Iraku, walczymy też o dobro Syryjczyków, Palestyńczyków czy Irańczyków.

Czym się zajmujecie w Ideas Beyond Borders?

Naszą misją jest dostarczenie społeczeństwom Bliskiego Wschodu informacji i narzędzi, które pomogą im osiągnąć dobrobyt i pokój, na które zasługują. Wierzymy, że dostęp do informacji i wsparcie kreatywnych i przedsiębiorczych ludzi przynoszą rozwój ekonomiczny i demokrację, a te, z biegiem czasu – pokój. Jedną z lekcji płynących z Iraku jest to, że ludzie nie będą starać się o demokrację, jeśli nie wiedzą, czym ona jest. Irakijczykom nigdy nie było dane zaznać na przykład prawdziwego uczestnictwa w polityce czy równości wobec prawa. Nic dziwnego więc, że wielu z nas nie było gotowych, żeby o nie walczyć. Na Bliskim Wschodzie mało jest teraźniejszych i historycznych przykładów dobrze działających demokracji, ale brakuje też zrozumienia demokratycznych wartości jako takich, bo większość z nas wychowywała się bez nich. Nasz zespół pisze artykuły oraz tłumaczy na lokalne języki badania dotyczące demokracji – mamy obecnie 8 milionów subskrybentów i subskrybentek, którzy są głodni wiedzy i wolnej informacji. Piszemy między innymi o tym, jak obchodzić internetową cenzurę w Iranie, jakie innowacje stosują rolnicy w irackim Kurdystanie czy jak pomagamy kobietom w Afganistanie utrzymać dostęp do materiałów edukacyjnych. Naszym celem jest szerzenie inspiracji, dobrych praktyk i dostępu do zakazanych prodemokratycznych treści.

Drugą kolumną naszego działania jest Hub Innowacji, który zbiera darowizny od Amerykanów i Amerykanek na to, by wspierać lokalne startupy i małe biznesy – ale opłaca też na przykład licencję niezależnych dziennikarzy. Lobbujemy też u zachodnich polityków, aby nie zapominali o ludziach Bliskiego Wschodu i wspierali prodemokratycznych aktorów w regionie.

Wierzymy, że jeśli chcemy osiągnąć długotrwałą zmianę, musimy działać holistycznie – tłumaczenie liberalnej prasy, współpraca z politykami czy oferowanie wsparcia właścicielom małych biznesów ma sens tylko wtedy, jeśli dzieją się razem, bo w praktyce tworzą ekosystem dobrych praktyk. Utrzymujemy kilkanaście biur na Bliskim Wschodzie i stale pytamy naszych współpracowników, czego potrzebują, na co skarży się społeczeństwo i czego się domagają – w ten sposób budujemy nasz system wsparcia.

O jaki Bliski Wschód walczycie?

Bliski Wschód, w pewnym uproszczeniu, stoi dziś przed dwoma potencjalnymi ścieżkami; te, swoją drogą, dobrze widać na przykładzie Syrii po obaleniu Baszszara Al Assada. Pierwsza z nich stawia na rozwój, międzynarodową współpracę, bezpieczeństwo i dobrobyt ekonomiczny. Tutaj myślę o Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy Arabii Saudyjskiej. Druga ścieżka jest absolutystyczna i fundamentalistyczna: jej narzędziem jest terror i podbój, domaga się zupełnego posłuszeństwa i szerzy najbardziej ekstremalną wizję islamu. To wizja Hezbollahu, Państwa Islamskiego czy Talibanu. Żadna z tych dróg nie jest inherentnie prodemokratyczna czy liberalna, ale tylko ta pierwsza empirycznie udowodniła, że jest w stanie podejmować reformy.

Arabia Saudyjska otworzyła ostatnio pierwszy sklep z alkoholem i czyni pierwsze kroki w rozwoju praw kobiet, a Dubaj pozwala na przyjazd turystów LGBT+; to oczywiście jedynie niewielkie ustępstwa prawne w porównaniu z Zachodem, ale sygnalizują znaczącą zmianę w tolerancji na to, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia. Nigdzie tej różnicy nie widać tak dobrze, jak w Iraku, gdzie kurdyjska północ kraju jest najbezpieczniejsza i jednocześnie pełna inwestycji; od ponad piętnastu lat nie jest zaangażowana w żadne działania wojenne. Południe Iraku to zupełnie inna historia: rządzą tam terroryści, panuje niedostatek, a ostatnio część Irakijczyków Rosjanie werbują na front walki z Ukrainą.

Na Bliskim Wschodzie nie możemy nigdzie mówić o pełnej demokracji czy ochronie mniejszości. Obawiam się, że jeśli w Stanach Zjednoczonych i Europie będziemy czekać ze wsparciem na jakąś organizację pozarządową, partię lub grupę aktywistyczną, która w stu procentach spełni nasze oczekiwania demokratyczności i progresywizmu, to możemy się nigdy nie doczekać. Na razie powinniśmy porównać miejsca w regionie, z których ludzie uciekają z tymi, do których wracają. Zastanówmy się, co nie udaje się tym pierwszym, a co wychodzi tym drugim.

Katar wydaje mi się państwem, które umyka naszej dotychczasowej analizie. Z jednej strony jest przecież bogaty, stabilny i współpracuje z Zachodem, ale z drugiej: aktywnie wspiera fundamentalistyczne i islamistyczne siły w regionie.

Katar jest państwem, który wprowadza w zakłopotanie wielu analityków regionu. Moja hipoteza jest tutaj następująca: na Bliskim Wschodzie podstawowym politycznym pytaniem jest, jak przetrwać. Zjednoczone Emiraty Arabskie obrały drogę biznesową: wierzą, że jeśli w kraju będą inwestować Izraelczycy i Irańczycy jednocześnie, to żadne z tych państw go nie zaatakuje.

Katar gra w podobną grę, ale na poziomie dyplomacji: jeśli będą współpracować i wspierać lokalne grupy terrorystyczne, ale też Amerykanów, to obie strony konfliktu będą Kataru potrzebować. Katar obrał podobną strategię do Singapuru czy Węgier, czyli rolę małego państwa, które może prowadzić dialog między zachodnimi liberalnymi demokracjami a autorytarnymi reżimami.

Wróćmy na chwilę do pozytywnej wizji Bliskiego Wschodu, którą przed chwilą nakreśliłeś: rozwój ekonomiczny, zachodnie inwestycje, liberalizacja. Czy opowiadasz się za westernizacją Bliskiego Wschodu? Jak inaczej mogłoby dojść do zmian, o których mówisz?

To bardzo ważne pytanie, na które krótka odpowiedź brzmi ,,nie”.

Odrzucam założenie, jakoby wolność słowa, reprezentatywny rząd czy międzynarodowy handel były wartościami ,,zachodnimi”, tak samo jak nie są wartościami ,,wschodnimi”. One sprowadzają się do ludzkiej godności, a nie do jednego czy drugiego regionu geograficznego. Bliski Wschód będzie rozwijał się oczywiście na swoich zasadach, bo jego lokalny kontekst jest ważny. Prawdopodobnie pozostaniemy regionem religijnym i bardziej konserwatywnym oraz będziemy musieli zmodyfikować nasz system wyborczy, aby odzwierciedlał różnorodność mieszkańców. Odrzucenie fundamentalistycznej wizji Bliskiego Wschodu nie jest jednoznaczne z odrzuceniem naszej kultury, religii i wartości, z której ludzie tutaj są i zawsze będą dumni.

Startupy, które wspieramy w ramach naszej organizacji udowadniają, że można być dumnym Irakijczykiem i muzułmaninem, a jednocześnie otworzyć małą firmę taksówkarską, która zatrudnia tylko kobiety, a tym samym walczy z bezrobociem i wspiera domowe budżety.

Czasami obawiam się oczywiście, czy na Bliskim Wschodzie nie stanie się to, co stało się z Azją Południowo-Wschodnią, która otworzyła się na zachodni kapitał tylko po to, żeby stać się tanim i eksploatowanym podwykonawcą. Dlatego tak ważny jest element partycypacji mieszkańców w budowaniu własnych biznesów, które mogą dać ludziom stabilizację i sens, których tak desperacko pragną. Niech Bangladesz będzie punktem wyjścia, na którym możemy budować lepszą strategię rozwoju regionów walczących z biedą i niepokojem społecznym.

Jakie błędy polityki Zachodu wobec regionu doprowadziły nas do miejsca, w którym jesteśmy dzisiaj? Na co powinniśmy uważać w przyszłości?

Błędny był na pewno neokonserwatyzm w podejściu zakładającym, że wystarczy pozbyć się dyktatora, a demokracja przyjdzie sama. Wcześniej tłumaczyłem już, że Irak udowodnił, że proces politycznych reform jest skuteczny tylko przy jednoczesnym rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i rozwoju ekonomicznym. Ludzie mają bardziej podstawowe potrzeby niż wolność czy równość, więc jeśli poczucie stabilizacji oraz zapłatę da im organizacja terrorystyczna, to prawdopodobnie wybiorą ją ponad abstrakcyjnie brzmiącą demokrację.

Prezydent Obama reprezentował drastyczny skręt w drugą stronę: przekonanie, że jeśli tylko nie będziemy się wtrącać w sprawy autokratycznych reżimów, to one naturalnie będą chciały być takie, jak my; tak było w przypadku Islamskiej Republiki Iranu, która wykorzystała naiwność Zachodu i mówiąc językiem liberalizmu, wspierała nadal terrorystów w całym regionie. Oba podejścia są złe: i te oparte na przymusowej demokratyzacji, jak i te oparte na zupełnym izolacjonizmie. Ludzie motywowani są oczywiście nie tylko głodem czy bezpieczeństwem, ale też swoim honorem czy wartościami religijnymi, ale nawet one mogą być realizowane w pracy i dbaniu o swoją społeczność, a nie w ekstremistycznych grupach.

Dla ludzi, którzy wiodą biedne i beznadziejne życie na Ziemi, wizja życia po śmierci zawsze będzie bardziej kusząca. Godność i sens należy zapewnić wszystkim tu i teraz, żeby nie padali ofiarami manipulacji fundamentalistów.

Gdzie w tej całej opowieści miejsce na pomoc humanitarną? Co zrobić, żeby była faktycznie pomocna dla ludzi, do których trafia?

Na początku musimy zdać sobie sprawę, że mamy z nią problem. Miliardy dolarów zostały na nią przeznaczone w Iraku, Syrii i Libanie, a efekty są marne. Pierwszą poważną przeszkodą jest droga, którą musi pokonać pomoc humanitarna zanim dotrze do ludzi, którzy jej potrzebują; zazwyczaj duża jej część przepada ze względu na korupcję, ale też realną potrzebę opłacenia pośredników.

W naszym non-proficie działamy inaczej: wysyłamy część środków bezpośrednio do przykładowo stu firm, organizacji lub kolektywów i jeśli udowodnią nam, że inwestują ją efektywnie, to zaczynamy z nimi współpracować regularnie; na ich wcześniejsze prześwietlanie wydalibyśmy dużo więcej niż na ryzyko, że nie zainwestują dobrze otrzymanych pieniędzy.

Tym samym wspieramy też lokalną przedsiębiorczość i uniezależniamy potrzebujących od garnuszka tej czy innej organizacji. To podejście rozwiązuje też inny problem: wielu zachodnich fundatorów przyznaje środki na inicjatywy, które jemu wydają się najważniejsze, a które wcale nie są tak postrzegane przez ludzi na miejscu. Są całe setki amerykańskich czy francuskich NGO-sów, które finansują warsztaty artystyczne czy dyskusje w obozach dla uchodźców, które nie mają żadnego sensu, bo uchodźcy potrzebują zupełnie innego wsparcia.

Jeszcze jedna sprawa: zachodnie rządy dużo bardziej wolą wspierać agencje oenzetowskie lub duże międzynarodowe organizacje na miejscu, nawet gdy te są mniej efektywne niż mniej znane lokalne organizacje; to kwestia prestiżu i ,,zaufania”, która tak naprawdę blokuje skuteczną pomoc.

Na koniec chciałbym zapytać cię o rolę nie zachodnich inwestorów czy rządów, a aktywistów, mediów i akademii, którą widzisz w rozwoju Bliskiego Wschodu. Jak ci aktorzy mogą stać się częścią lepszej przyszłości dla regionu?

Na początku wszyscy ci, którym na sercu leży dobro Bliskiego Wschodu muszą zadać sobie pytanie, za czym się opowiadają i co jest dla nich ważne. Libańskie powiedzenie mówi, że szyici mają Iran, sunnici Arabię Saudyjską, a liberałowie nie mają nikogo prócz Boga. Z jakiegoś powodu nadal dziś łatwiej jest w naszym regionie założyć grupę terrorystyczną niż demokratyczną organizację pozarządową.

Zachód musi zadać sobie pytanie, czy będzie wspierać wizję totalną i absolutną, czy jednak taką, która jest oparta na pragmatyzmie. Społeczeństwom Bliskiego Wschodu potrzebny jest rozwój ekonomiczny i polityczna stabilność, a pragmatyczne rządy to jedyna droga, która potrafi nas do nich zaprowadzić.

Radykalizm często przyjmuje sekularny język, choć oparty jest na fundamentalistycznych ideach; ,,absolutna sprawiedliwość” jest przykładem takiego podejścia. Mimo że nigdy się nie ziści, zaprzepaści szansę na inicjatywy, które nie są wystarczająco radykalne w swoich pryncypiach – a mogłyby realnie poprawić jakość życia ludzi. Media powinny kategorycznie odcinać się od podobnych narracji, bo one zawsze odstraszają ludzi rozsądnych, którzy czują wtedy, że nie ma dla nich przestrzeni.

Jedynym radykalizmem jakiego potrzebujemy na Zachodzie, jak i na Bliskim Wschodzie, jest radykalny pragmatyzm.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×