„Nie pamiętam, co robiłem wczoraj, przedwczoraj ani nawet tego ranka. Mój współlokator przypomni mi coś, co powiedziałem/zrobiłem, a ja nie będę pamiętać. Odłożę coś i, odwracając się, natychmiast zapomnę, gdzie to położyłem. Cztery razy dzisiaj zgubiłem moją JASNORÓŻOWĄ butelkę z wodą w pracy.” – czytam w otwartym przez anonimowego użytkownika cztery lata temu na Reddicie wątku pod tytułem „Mam pamięć złotej rybki”.
Nie jestem zdziwiony – to credo przewija się na każdym kroku niekończącej się parady rolek: w narzekaniu nauczycielek‑influencerek, że piątoklasiści nie potrafią już czytać i „nie są w stanie skupić się nawet przez minutę”, w wyznaniach młodych dorosłych, że obejrzenie dziewięćdziesięciominutowego filmu było najproduktywniejszą rzeczą, jaką zrobili w danym tygodniu, oraz w nieustannych pytaniach od najbliższych przyjaciół: „podobał ci się TikTok, który ci wysłałem?” (a ja go nawet nie pamiętam).
Wszyscy zgłupieli? Chyba nie, to po prostu nowa architektura naszej pamięci, ulotna jak stream TikTok Live, znikające storisy na Instagramie, czy ten jeden wartościowy link, zakopany pod toną AI slopu. Przyjrzyjmy się więc bliżej, jak to działa.
Zabawić się na śmierć
Na początku kwietnia na X‑ie rozgorzała dyskusja – na krótką chwilę wyciągnięto z lamusa esej „Zabawić się na śmierć” Neila Postmana. W 1985 roku zwracał on uwagę na to, jak masowe media wizualne, w przeciwieństwie do formy pisanej, strukturalnie nie są w stanie utrzymać złożonych, logicznych argumentów i skazują nas na wciągnięcie polityki w logikę show‑businessu, opartego na muzyce, komedii i szybkim montażu. Postman nie widział zbyt wiele nadziei na naprawę tej sytuacji – forma rozrywkowa ogranicza typ treści, które w ogóle da się wypowiedzieć; polityka, religia, edukacja stają się podgatunkami rozrywki. Już wtedy widział, że nie tyle jesteśmy uciskani przemocą, co dobrowolnie oddajemy autonomię w zamian za nieustanną przyjemność i rozproszenie – bliżej wizji Huxleya niż Orwella.
W trwającej około dwunastu godzin twitterowej debacie zdania były podzielone. Jedni – jak filozof Henry Shevlin – twierdzili, że przenoszenie tej samej logiki na kolejne wynalazki technologiczne, w tym media społecznościowe i media syntetyczne, jest wyrazem moralnej paniki i trudno poważnie argumentować, że telewizja „zniszczyła cywilizację”. Inni przekonywali, że nikt tak trafnie jak Postman nie opisał rzeczywistości lat dwudziestych XXI wieku, w której polityka, newsy i religia stały się po prostu kolejnymi działami sekcji „rozrywka”.
Zarzucając sieć od czasu publikacji „Zabawić się na śmierć”, możemy złowić wiele przykładów, które wspierają tę tezę. W Białym Domu zasiada dziś Donald Trump – postać znana wcześniej przede wszystkim z reality show „The Apprentice”, które uczyniło z niego wiarygodnego kandydata politycznego. Analogiczne stanowisko w Ukrainie pełni były komik i gwiazdor telewizyjny, którego nagrania w skąpym topie i na wysokich obcasach tańczącego do Beyoncé, do dziś krążą w sieci jako symbol „prezydenta‑performera”. Duńska publiczna telewizja, w ramach edukacji wyborczej, organizuje własny format, w którym liderzy wszystkich partii spędzają dwadzieścia cztery godziny razem w jednym domu i w stylu „Love Island” prowadzą ze sobą spokojne rozmowy jeden na jeden przed kamerami.
Dziś jednak nawet forma telewizyjna wydaje się archaiczna. Tak demonizowana niegdyś skrzynia ustawiona jako centrum życia rodzinnego, okazuje się dziś społecznym klejem w porównaniu ze zindywidualizowanymi, prywatnymi ekranami, w których każdy widzi coś innego – wybrane algorytmicznie treści, w coraz większej mierze nie tylko emitowane za pomocą automatu, ale również w maszynowo stworzone. I to właśnie ta infrastruktura dyktuje nam dzisiaj warunki naszych relacji, polityki oraz wyborów.
Ile zmieści godzina?
Ciągnące się w nieskończoność girlandy treści wideo to prawdziwy hit. Dane pokazują, że w Polsce przeciętny użytkownik TikToka spędza ponad 22 godziny miesięcznie w aplikacji. Oznacza to, że statystyczny scroller odda prawie dobę w miesiącu zaprojektowanej w chińskim laboratorium maszynie losującej.
Aplikacja, która ustami swoich rzeczników prasowych upiera się, że nie jest „medium społecznościowym”, a jedynie „platformą rozrywkową”, w istocie jest jeszcze czymś innym – dla wielu młodych ludzi staje się głównym źródłem informacji politycznych i społecznych. Badania Eurobarometru pokazują, że znacząca część użytkowników w wieku 15-24 lat korzysta z mediów społecznościowych właśnie po to, by „być na bieżąco z polityką i sprawami publicznymi”, a w grupie najmłodszych wyborców krótkie posty tekstowe i rolki wideo to jedno z kluczowych źródeł wiedzy o świecie.
Niektórzy badacze zwracają uwagę, że ta aplikacja działa jak kasyno. Wysyła krótkie wideo, dźwięki, powiadomienia, mikrosygnały społecznej akceptacji. Antropolożka Natasha Dow Schüll już lata temu opisywała, jak automaty hazardowe projektuje się tak, by utrzymywać graczy w transie – nie po to, by raz wygrać wielką wygraną, ale by możliwie długo utrzymać ich przy maszynie. Widzowie TikToka z niedowierzaniem komentują: „nie zdążyłam jeszcze o tym pomyśleć, a aplikacja już proponuje mi rolki na ten temat”.
Poszukując dobrego określenia na przedziwne stany świadomości wywołane TikTokiem, amerykański dziennikarz Derek Thompson wraca do pojęcia flow – przepływu, w którym tracimy poczucie czasu. Przestrzega jednak, że doświadczenia oferowane przez TikToka są jego zdegenerowaną wersją, „bastardized flow states”: stanach przepływu, które zachowują wszystkie zewnętrzne oznaki flow – utratę poczucia czasu, wrażenie zanurzenia, chwilową ulgę – ale po wyjściu zostawiają nas przede wszystkim z poczuciem straty i pustki.
Ekran Numer Jeden, Ekran Numer Pięć
Influencerka Jameela Jamil opowiada: „Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale istnieje coś takiego jak second screen viewing. To wytyczna przekazywana twórcom przez duże studia. Oznacza, że trzeba założyć, iż ludzie przez cały czas oglądania patrzą też w telefon. Więc trzeba uprościć fabułę, żeby byli w stanie ją śledzić, jednocześnie przewijając coś na komórce. Dlatego w dzisiejszych serialach, nawet z dobrymi aktorami, postaci wypowiadają bardzo oczywiste kwestie o tym, co się dzieje. Rozkładają widzowi całą intrygę, wszystkie emocje i motywacje. Język staje się toporny i łopatologiczny. Dzieje się tak, bo scenarzystom mówi się wprost, że mają pisać tak, by ktoś mógł dalej doomscrollować albo robić zakupy online i «oglądać» serial tylko w tle. Nic nie może być zbyt złożone ani zbyt «wysokich lotów». Celowo ogłupia się treści – a to prowadzi do społeczeństwa mniej zniuansowanego, mniej ciekawego, mniej skłonnego do refleksji”. Aktorka wie, co mówi – jej kariera jest w podręcznikowy sposób naznaczona doświadczeniem bycia chronicznie online: viralowa sława, kolejne fale hejtu, publiczne cancelowanie i powroty, wszystko odbywające się w blasku ringlightów i łapek w górę.
Rewelacje Jamil znajdują potwierdzenie w innych źródłach – twórcy donoszą, że scenariusz nie dostanie zielonego światła od Netfliksa, jeśli nie spełni nowych norm: powtarzania informacji ze scen poprzednich, bohaterów ogłaszających, co czują, opowiadania dialogiem każdej sytuacji dziejącej się na ekranie. Motorem napędowym akcji staje się konieczność przypominania tego, co padło przed chwilą.
Co w tym czasie robią oglądający produkcje Netfliksa? Oglądają drugi ekran podzielony na kilka części, z których jedna wyświetla pojedyncze słowa pod głos syntetycznej lektorki czytającej wątek z Reddita, druga pokazuje wirtuoza gry w „Subway Surfers”, a trzecia – kilkukrotnie przyspieszony proces robienia wielowarstwowego tortu. Każda z nich ma podtrzymać wysoką stymulację, aby użytkownik „wytrzymał” przy dłuższej opowieści.
Mimo że platformy streamingowe odpuściły sobie aspirację do skupienia uwagi widza podczas oglądania serialu, aktywnie zabiegają, żeby pozostał w świecie serialu na dłużej. Coraz istotniejszą metryką w erze streamingu nie jest wyłącznie oglądalność, lecz czas, jaki widzka poświęci na pozostanie w uniwersum programu po zakończeniu seansu – w formie tiktokowych editów, youtubowych wideoesejów czy podcastów prowadzonych przez kolejne postaci wykreowane przez plażowe programy randkowe. Każda z tych form spełnia się jednak już nie, jak drzewiej bywało, na niszowych, samorządnie zarządzanych forach dyskusyjnych, ale w gościnie kilku największych platform cyfrowych, z ich aptekarsko odmierzającymi uwagę algorytmami.
Są jednak osoby, dla których tak ustawiony stół jest nieakceptowalny na tyle, by doprowadzić sprawę do sądu.
Platformy cyfrowe na wokandzie
Za Oceanem Atlantyckim marzec przyniósł przełomowy moment – ława przysięgłych w Los Angeles uznała, że Meta i Google ponoszą odpowiedzialność za zaprojektowanie produktów w sposób prowadzący do uzależnienia i poważnej szkody psychicznej u młodej użytkowniczki. Sprawa dotyczyła dwudziestoletniej dziś kobiety, która zaczęła używać Instagrama i YouTube jako dziecko; twierdziła, że wieloletnie, kompulsywne korzystanie z nich przyczyniło się do depresji, myśli samobójczych i innych problemów związanych ze zdrowiem psychicznym.
Wiwatowali ci, którzy od lat szukają potwierdzenia dla tezy, że media społecznościowe mogą być tak samo uzależniające, jak alkohol, papierosy czy hazard.
Dotychczas proponowane rozwiązania nie wychodziły z logiki sądowej, lecz przede wszystkim politycznej. Mimo blokady nowych regulacji na poziomie federalnym, nie próżnowały organy na poziomie stanowym. W stanie Nowy Jork przyjęto przepisy wprost regulujące „addictive social media feeds” dla nieletnich oraz forsowano zakaz nocnych powiadomień dla osób poniżej 18. roku życia bez zgody rodzica. W propozycjach pojawiały się także ograniczenia niekończącego się scrollowania oraz obowiązkowe ostrzeżenia wyświetlane po dłuższym czasie korzystania – na wzór tych z paczek papierosów. Podobne projekty rozważały inne stany, od Kalifornii po Utah, wprowadzając własne wersje ustaw o „social media addiction” i „child online safety”.
Nie wszyscy jednak równie ochoczo witali ten wyrok. Amerykańska dziennikarka technologiczna Taylor Lorenz wpisuje go w szerszą logikę konserwatywnych ruchów, które pod hasłem troski o dzieci próbują ograniczać dostęp do treści w sieci, wzmacniają nacisk na kontrolę rodzicielską i filtrację „niepożądanych” informacji, a jednocześnie odciągają uwagę od problemów takich jak brak publicznego wsparcia dla zdrowia psychicznego czy regulacja modeli biznesowych samych platform.
Nagłówki największych mediów najmocniej podkreślały jednak inną konsekwencję: tama puściła. Marcowy wyrok zwiększa szansę, że podobne sprawy będą wygrywane także poza Stanami Zjednoczonymi – i rozochoci europejskich regulatorów, którzy od lat szukają sposobów, by w bastionie regulacji cyfrowych przejść od ostrzeżeń do realnych sankcji.
Regulamin internetu pod unijną flagą
Popularyzacja platform cyfrowych w Europie jest postrzegana jako ryzyko już od kilku lat. Za moment zwrotny można przyjąć wejście w życie Aktu o usługach cyfrowych, zwanego potocznie „europejską konstytucją dla internetu”. To rozporządzenie wprowadza bezpośrednio obowiązujący w całej Unii Europejskiej zestaw zasad dotyczących odpowiedzialności pośredników internetowych, przejrzystości algorytmów oraz ograniczania systemowych ryzyk związanych z platformami – od nielegalnych treści po zagrożenia dla zdrowia psychicznego. Za tym dokumentem podążały kolejne składające się na zorganizowany system regulacji cyfrowych – dotyczące reklamy politycznej, ochrony małoletnich, sztucznej inteligencji czy prywatności.
Polska, póki co, pozostaje w rozkroku. Ustawa dająca polskim organom możliwość przyjmowania podobnych skarg została zablokowana przez Pałac Prezydencki. Nie zmienia to faktu, że znaczna część nowych zasad obowiązuje z mocy prawa i jest nadzorowana bezpośrednio przez Komisję Europejską lub przez irlandzki organ nadzoru, który w dość karkołomnym stylu odpowiada za obsługę skarg dotyczących globalnych platform cyfrowych z całej Europy. Platformy co do zasady przyjęły też „wspólne minimum” na terytorium całej Unii Europejskiej. Oznacza to, że podstawowe standardy raportowania i przejrzystości obejmują również użytkowników w Polsce, mimo że nikt z polskich urzędników nie został wyznaczony, by czuwać na „lokalnej warcie”.
Kiedy u nas trwa dyskusja o wdrożeniu podstaw, Bruksela działa. W lutym 2024 roku Komisja Europejska wszczęła postępowanie wobec TikToka, a w 2026 roku wstępnie uznała, że projekt aplikacji narusza przepisy dotyczące tak zwanego „addictive design”. Bruksela wskazuje między innymi na możliwość niekończącego się przewijania, system nagród oparty na rekomendacjach kolejnych filmów i brak realnych mechanizmów kontroli czasu korzystania – jako elementy, które mogą „przełączać użytkowników w tryb autopilota” i sprzyjać kompulsywnemu korzystaniu, zwłaszcza przez dzieci.
Wydaje się, że bardziej niż Polacy wdrożeniem inicjowanych Aktem o usługach cyfrowych regulacji przejęli się politycy z Korei Południowej, Japonii, Brazylii czy Indii. To tam zachodzi tak zwany „efekt brukselski”, który skłania regulatorów z krajów spoza Unii Europejskiej do stawiania podobnych wymogów dostawcom usług cyfrowych – z jednej strony po to, by nie stracić dostępu do rynku europejskiego, z drugiej, by zapewnić swoim obywatelom podobny standard ochrony. Bardziej adekwatna wydaje się jednak forma przeszła, bo wraz z powrotem Donalda Trumpa do Białego Domu w 2025 roku sprawy regulacji cyfrowych coraz częściej toczą się pod znakiem „efektu waszyngtońskiego” – czyli presji administracji USA na ograniczanie regulacji technologii, wiązania tych kwestii ze zobowiązaniami dotyczącymi bezpieczeństwa oraz forsowania bardzo lekkich regulacji rozwoju sztucznej inteligencji i usług cyfrowych.
Uczciwość cyfrowa w drodze
Mimo „bólu ząbkowania” przy stosowaniu Aktu o usługach cyfrowych w Europie, Komisja Europejska proponuje kolejne rozwiązania, które mają skupiać się na promowaniu sprawiedliwości cyfrowej. Urzędnicy i europosłowie wzięli na tapet takie problemy jak uzależniające algorytmy, systemy rekomendacyjne czy zwodniczo zaprojektowane strony internetowe. W teorii może to oznaczać rozprawienie się z newsletterami, z których nie sposób się wypisać, automatycznie zaznaczonymi formularzami czy uporczywymi, automatycznie pobieranymi z kart płatniczych subskrypcjami.
Szczególnie uważnie warto przyglądać się regulacjom dotyczącym roli influencerów – mimo że działają od lat, a ich zasięgi i budżety są wyższe od niejednego tradycyjnego medium, na poziomie europejskim wciąż nie doczekaliśmy się nawet wspólnej definicji takiej działalności. Pierwsze kroki w stronę większej przejrzystości ich działań w Polsce stawia Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który skutecznie doprowadził do powszechnego oznaczania treści reklamowych, a teraz przygląda się bliżej działalności Żurnalisty. Urzędnicy badają, czy goście płacili za udział w jego programie (i za dostęp do setek tysięcy odbiorców).
Nowe przepisy mają też skuteczniej odnosić się do ochrony małoletnich w sieci – tutaj prym aktualnie wiedzie Australia, która od kilku miesięcy zapowiada wprowadzenie zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez małoletnich oraz testuje restrykcyjne rozwiązania w zakresie weryfikacji wieku. Takie propozycje warto jednak traktować przede wszystkim jako sygnał polityczny. Techniczne szczegóły i sposób realnego wdrożenia podobnych ograniczeń na naszym kontynencie pozostają przedmiotem gorących dyskusji i na razie są dalekie od przesądzenia.
Co dalej?
Rozwiązania polityczne wobec tektonicznych zmian społecznych w ostatecznym rozrachunku okazują się fragmentaryczne. Nawet przytaczane powyżej i ogłaszane z dużym rozmachem próby europejskiej regulacji szeroko zakrojonych problemów społecznych, na papierze ostatecznie przyjmą formę wytycznych dotyczących automatycznie odhaczonych formularzy czy kolorystyki konkretnych przycisków.
Ironią losu jest, że dzisiejsze lamenty nad młodzieżą przyklejoną do ekranów byłyby spełnieniem marzeń wielu rodziców z lat 90. Dla młodego pokolenia gapienie się w ekran w dużej mierze zastąpiło picie alkoholu, nastoletnie ciąże i całonocne imprezy.
Pod codziennością regulowania i podejmowanymi z dumą przez polityków działaniami będzie się jednak czaić bardziej podstawowe pytanie: jaki jest sens przeżywania życia takim, jakie jest, skoro na sześciocalowym ekranie w ciągu pięciu minut można doświadczyć tańczącego tango wyżła pirenejskiego, relacji na żywo ze strefy Gazy, lekcji podstaw chińskiego, wycinków z wieczornego wydania „Wydarzeń” Polsatu, zestawienia dziesięciu najbardziej efektownych potrójnych axli w historii igrzysk olimpijskich oraz komentarza politycznego zza oceanu? Być może, chcemy po prostu zabawić się na śmierć.

