dwutygodnik internetowy
24.04.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Żywe koło

Młodzi mają przystanek i od niedawna Orlika. Mężczyźni sklep i jego obejście, któremu patronuje dowcipna kartka o zakazie spożywania alkoholu. Dla kobiet wiele ze wspólnej przestrzeni nie zostaje. Miejsce trzeba dopiero znaleźć.

ilustr.: Maciej Januszewski

ilustr.: Maciej Januszewski

Tekst pochodzi z 32. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Kobiety w Kościele”.

Koniec marca, mazowiecka równina, spływają resztki marnego śniegu. Do niewielkiej Rudawki wjeżdża ekipa jednej z głównych stacji telewizyjnych. Powiedzieć, że oklejony logotypami van z nieco większą niż w przypadku CB radia anteną nie wzbudza żadnego zainteresowania, byłoby pewnym nadużyciem. Ale z całą pewnością nie ma sensacji. Siedemdziesiąt kilometrów, które dzielą Rudawkę od Warszawy, w ostatnich latach mocno się skurczyło. Wielu mieszkańców pokonuje ten dystans dwa razy dziennie, inni w pierwszy i ostatni dzień roboczego tygodnia. Nawet jak ktoś nie pracuje ani nie uczy się w mieście, to samochód ma każda rodzina i w Warszawie bywa się nieporównywalnie częściej niż jeszcze kilkanaście lat temu.

Zadanie, z którym dziennikarze wjeżdżają do wsi, pachnie rutyną. Ktoś zdecydował, że między wywiadem z dietetykiem o plusach i minusach spożywania ogromnych ilości jajek a prognozą pogody na święta pojawić się musi materiał o tym, jak to wiejskie kobiety pielęgnują tradycje ludowe. Kurpie odpadały. To jednak kawał drogi, a poza tym podobno była już tam konkurencja. Padło na Rudawkę, bo ktoś z ekipy ma korzenie w okolicy i wyszło, że tak będzie najprościej. Producent zadzwonił do księdza z miejscowej parafii, a ten bez wahania, ale i bez entuzjazmu przekazał numer do Teresy Włodarzewskiej, która stoi na czele miejscowego Koła Żywego Różańca. Kto jak kto, ale ona o palmach wie wszystko.

Zarówno koło, jak i jego przewodnicząca to prawdziwa lokalna instytucja. Wszystko zaczęło się dziesięć lat temu od grupy modlitewnej, która spotykała się co czwartek. Sąsiadki od urodzenia stały się członkiniami. Okazało się, że po wspólnej modlitwie i wokół stołu rozmawia się łatwiej niż przez płot. Kobiety zgrały się i zżyły, pojawiła się duchowa łączność czy, jak mówią inne, chemia. I szybko pojawiły się pomysły na działania. – Najpierw któraś z dziewczyn zaproponowała, żebyśmy zajęły się oprawą mszy i dekoracją kościoła. Ludzie mówili, że ładnie i że nastrój się zrobił taki bardziej… metafizyczny. Lepiej się modlić w pięknej scenerii, a ten nasz kościół to żaden zabytek – wspomina Teresa Włodarzewska, wycinając z papieru kwiat. – Potem przyszły dożynki i poczułyśmy energię, żeby zrobić coś naprawdę fajnego – dodaje i poufnym tonem opowiada o tym, że tradycja wieńców wprawdzie nigdy w Rudawce i okolicach nie zamarła, ale mieszkanki z roku na rok coraz bardziej sobie odpuszczały. – Nikt nie miał odwagi, żeby powiedzieć, że nie zrobi, ale czuło się, że serca w to nie wkładają. Były nawet takie, co zlecały robotę w kwiaciarni. I potem było głupio, bo przed ołtarzem leżały obok siebie trzy identyczne wieńce.

Wymuszenie i monotonia są już przeszłością. Koło z Rudawki ustawiło poprzeczkę tak wysoko, że innym zachciało się rywalizować. Od kilku lat przygotowywanie wieńców zaczyna się miesiąc wcześniej od omówienia projektów. Gatunki kwiatów i kolory mają swoje stałe stronnictwa i co roku toczy się rywalizacja, które z nich weźmie górę. – To może wyglądać śmiesznie: dwanaście starych bab siedzi wokół stołu w salce parafialnej i spiera się, z czego by tu zrobić wieniec na dożynki – podpuszcza Ewa Kurasik, członkini koła od sezonu, w którym w plebiscycie zwyciężył fiolet i chabry. To był ten sam rok, w którym na spotkania koła przychodzić zaczęły kobiety przed czterdziestką. Ewa, matka dwójki dzieci w wieku szkolnym, była pierwszą z nich. – Ale ten kolor kwiatów to tak naprawdę nie jest ważny. Ważne, żeby robić coś na chwałę Boga. I żeby robić to wspólnymi siłami i według własnego pomysłu – dodaje dobitnie i jakby na tym samym oddechu.

***

Teraz jednak jest przedwiośnie i rozmowa przed kamerą nie będzie dotyczyć wieńców, tylko palm. Dziennikarze dla Koła Żywego Różańca mają pięćdziesiąt minut. Z tego czasu dwadzieścia to grzeczności, rozstawianie sprzętu i parzenie nigdy niewypitej herbaty. Pozostałe pół godziny jest rejestrowane i wypełnia je rozmowa. Mówią w sumie we trzy – oprócz szefowej i Ewy przed kamerą staje jeszcze Krystyna Żelazowska, jedna z najstarszych członkiń. Na rozgrzewkę pada pytanie, czym się zajmuje Koło. Więc mówią, przez wszystkie przypadki odmieniając te same słowa: Bóg, razem i na własną rękę. W tej właśnie kolejności. Opowiadają swoją historię: że najpierw nieśmiało, a potem coraz odważniej, że kwiaty, ale wkrótce też działanie na rzecz mieszkańców; że w maju jest nabożeństwo przy kapliczce w tej części wsi, a w czerwcu przy innej. Plus jeszcze różaniec jesienią i roraty po ciemku. Ale że to by było zbyt łatwe, gdyby wystarczyło tylko się modlić, bo trzeba jeszcze działać i być razem. I że to taka duma, bo stworzyły koło same w ciągu kilku lat, a teraz poza domem i kościołem to jest dla nich trzecie najważniejsze miejsce, w którym to one decydują i robią wszystko po swojemu.

Na twarzach ekipy telewizyjnej widać brak entuzjazmu, ale kobiet to nie zraża. Na wtrącone pytania o tworzenie palm odpowiadają wyczerpująco i z pasją, ale szybko wracają do meritum. – Bo w tej palmie to najważniejsze jest to, dla kogo i z kim została zrobiona. A to, że jest największa w powiecie, to już jest naprawdę detal – mówi dziś Teresa z pełnym przekonaniem i determinacją, jakby chciała mieć pewność, że te ułożone z wyprzedzeniem słowa zostaną tym razem zapamiętane.

***

Starszy pan z laską, grzejący się na słońcu przed remizą, kojarzy trzy nazwy organizacji, w tym dwie (współczesne Koło Żywego Różańca i przedwojenną Służbę Bogu) bez przypominania.

Nauczycielka wychodząca ze szkoły mieszka tu dopiero piętnaście lat, więc nic nie wie o kołach z zamierzchłej przeszłości . Ale kiedyś była na spotkaniu tego, co działa teraz, i planuje wybrać się ponownie.

Sprzedawczyni z jednego z dwóch miejscowych sklepów miała w dzieciństwie ciotkę, która była wtedy – ile to było lat temu! – w jakimś kółku, więc brzmi to wszystko dość znajomo. Ale czym one się wtedy zajmowały, to zupełnie nie wiadomo.

Trzej gimnazjaliści na przystanku, wszyscy w bluzach „pamiętamy o bohaterach”, patrzą przerażonym wzrokiem i z ulgą wsiadają do nadjeżdżającego gimbusa.

Koło Żywego Różańca to nie pierwsza przykościelna organizacja kobieca w Rudawce i okolicach. O działalności poprzednich wiadomo tyle samo, co o każdej innej formie żeńskich zrzeszeń na terenie kilku okolicznych gmin – czyli prawie nic. Mieszkańcy pamiętają mało lub bardzo mało, a już nikt nie potrafi powiedzieć, czym dawniej zajmowały się kobiety przy kościele. Milczy też pamięć oficjalna. W kościele czy w urzędzie powieszono nawet ostatnio kilka tablic pamiątkowych, które czczą osoby zaangażowane na rzecz lokalnej społeczności, ale wśród upamiętnionych tam kryptonimów, stopni wojskowych i zgrupowań nie ma żadnej kobiety, nie mówiąc już o kobiecej organizacji.

Nie pomogą też archiwum ani biblioteka. Kobiece zrzeszenia – czy to kościelne, czy świeckie – zazwyczaj obywały się bez osobowości prawnej, nie zostały więc po nich żadne ślady o charakterze urzędowym. Wygląda na to, że istnieją tylko dwa sposoby, by dowiedzieć się czegoś więcej o kobietach i ich zaangażowaniu. Pierwsza wymaga odwiedzenia izby pamięci w pobliskim mieście powiatowym. W drewnianym domu z połowy XIX wieku rezyduje instytucja kultury, której zadaniem jest między innymi utrzymywanie ekspozycji opowiadającej o dziejach regionu. Nosi ona tytuł „Ku niepodległej” i podobno przed dziesięciu laty stawiana była za wzór dla małych placówek muzealnych, które chciałyby w atrakcyjny sposób opowiedzieć o historii lokalnej. Chyba się udało, bo podobnych wystaw jest wiele: plansze z pianki podwieszone pod sufitem, kilka gablot oświetlonych kolorowymi żarówkami, a między tym elementy teatralnej scenografii i pojedyncze eksponaty. Tekst również nie zaskakuje i od pierwszej do ostatniej planszy głosi opowieść o mieszkańcach regionu, których skromne pojedyncze głosy wzmacniały „wielki chór niepodległości”. Są wśród nich konspiratorzy, powstańcy, właściciele majątków, polegli w wojnach, opozycjoniści, także kilku artystów, a nawet dwóch czy trzech chłopów. Wszyscy korzenie mieli niedaleko Rudawki i podobno wszyscy marzyli o Polsce.

Trzecia plansza od końca pokazuje skromny kobiecy front walki o niepodległość. Widać tam głównie Koła Gospodyń Wiejskich, ale też zrzeszenia przykościelne. Dominują nazwy (jest kilka z Rudawki) i lata funkcjonowania. Jak zastrzega pracownik izby i jednocześnie jeden z twórców wystawy, trzeba pamiętać, że daty są raczej orientacyjne. Ale za to dzięki zapisowi w pamiętniku jakiegoś pozytywisty udało się ustalić, że przykościelne koła kobiet działały w Rudawce już w latach 90. XIX wieku. – Moim zdaniem spokojnie mamy miejsce w pierwszej dziesiątce w kraju pod kątem starszeństwa – mówi, po czym udziela mu się patriotyczny nastrój, którego świadectwo widzi w zrzeszających się kobietach z Rudawki. – Wie pan, o co to chodziło? Żeby mężów w walce wspomóc, ot co!

***

Przyzwyczajenie przyzwyczajeniem, ale zobaczyć samą siebie lub sąsiadkę w telewizji to jednak jest duża rzecz. W dniu emisji cała Rudawka zebrała się przed ekranami. Materiał był krótki, ale tego wszyscy się spodziewali. Zaskoczeniem było natomiast to, że jak ktoś nie wiedział wcześniej, to nie miał okazji dowiedzieć się z telewizji, że twórczynie palemek są związane z kołem różańcowym. W sumie to z materiału nie wynikało wprost, że czują jakieś związki z Kościołem. O drodze, jaką przeszły członkinie, czy o znajdywaniu swojej przestrzeni nie ma nawet co wspominać. Za to skrzętnie wyselekcjonowane zostały wszystkie fragmenty, w których opowieść dotyczy palemek czy pisanek. Na koniec, po Teresie, Ewie i Krystynie, głos zabrał etnograf z uniwersytetu, który wyraził życzliwe zrozumienie dla tradycyjnych społeczności, w których zwyczaje są tak ważne. I tyle.

Z perspektywy kilku lat dla Teresy jasne jest, że materiał musiał pójść w taką stronę. Bo historia i działalność grupy kilkunastu kobiet, które na co dzień i od święta robią małe rzeczy dla bożej, własnej i sąsiadów przyjemności po prostu nikogo nie interesuje. – Problem jest taki, że oni od razu wiedzieli, co chcą na nasz temat powiedzieć. Mieli szerszą wizję, którą ułożyli sobie w głowach. A nasza wersja wcale nie była im potrzebna – irytuje się Ewa, rozliczając grzechy ekipy telewizyjnej. – Takie sympatyczne, choć trochę staroświeckie, na święta ubieramy się w koronki i kwiaciaste chusty i mamy takie dziwne hobby, że robimy tradycyjne palmy i wieńce. I to wszystko – kończy z goryczą.

Po emisji Rudawka była podzielona. Pękniecie to za duże słowo, ale różnice były wyraźne, a zwaśnione obozy odmawiały sobie jakichkolwiek racji. W pierwszej frakcji znalazła się pełna reprezentacja członkiń koła, w drugiej – wszyscy pozostali mieszkańcy, łącznie z mężami, rodzicami, dziećmi, proboszczem i wikarym. Kobiety nie mogły zrozumieć, jak ich działalność sprowadzić można do palm, pozostali w takim przedstawieniu sprawy nie widzieli nic krzywdzącego. Czuć było konsternację, bo okazało się, że mieszkając w jednej Rudawce, jednocześnie żyją w innych światach i zupełnie inaczej wyobrażają sobie, co i w jakim celu dzieje się popołudniami w salce parafialnej. Spór szybko się uspokoił, ale jest obawa, że wszyscy zostali przy swoich zdaniach.

Ale są też plusy, bo dzięki banalnemu programowi i reakcjom najbliższych kobiety nauczyły się czegoś ważnego.

***

By wykorzystać drugą z możliwych metod na poznanie historii dawnych kobiecych zrzeszeń, należy porozmawiać z którąś z kobiet, które dawniej były z nimi związane. Zalicza się do nich nestorka koła, Krystyna Żelazowska. Z przedwojennego dzieciństwa pamięta organizację Służba Bogu, z którą związana była jej matka i wszystkie ciotki. Potem, na początku lat 70., działała w grupie, która na wszelki wypadek trzymała się tak daleko od formalizacji, że nigdy nie przyjęła żadnej nazwy. Na muzealnej planszy widnieje więc jako Grupa Świętej Rity – chyba dlatego, że ktoś odnotował, że szczególnie upodobały sobie tę świętą. Litania rzeczywiście była dla nich ważna, ale nikomu nie przyszło nigdy do głowy, żeby tak się oficjalnie nazywać. Krystyna wystawę widziała i nie tylko do patronatu świętej Rity ma stosunek pełen zrozumienia i delikatnego dystansu. – Ja tam nie wiem, jak to było z konspiracją, harcerzami, żołnierzami wyklętymi. Pewnie tak, jak piszą. Ale ten opis czynu kobiecego to pisał ktoś z bujną wyobraźnią. Pamiętam mamusię, pamiętam cioteczki i żadna z nich w życiu nie wpadła by na pomysł, żeby przez tydzień trwać w modlitwie z okazji śmierci Piłsudskiego. A tak stoi w kalendarium – opowiada. Ale o zgłoszeniu poprawek nie chce nawet słyszeć.

***

Kobiece zrzeszenia nie publikują manifestów. Nie prowadzą sekretariatów, więc nie zostają po nich żadne urzędowe czy kancelaryjne papiery. Rzadko wydają gazetki, a jeśli już, to nie na swój temat. Rezygnują z osobowości prawnej, żeby nie robić sobie dodatkowych formalnych obowiązków.

Doradca marketingowy powiedziałby, że Koło Żywego Różańca z Rudawki musi popracować nad komunikacją. Polityk radziłby zacząć od formy prawnej i budowania struktur. W opinii księdza pierwszy krok to rozpoznanie charyzmatu. Akurat to ostatnie zdaniem Teresy mają dość dobrze przepracowane. A od dwóch pierwszych tropów chciały zawsze trzymać się z daleka, ale od czasów telewizyjnej zadymy coraz częściej pojawia się postulat, że może należałoby to zmienić. Żeby nie było nieporozumień.

Nazwa miejscowości oraz imiona i nazwiska rozmówczyń zostały zmienione.

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.