dwutygodnik internetowy
07.01.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

“Życie Pi”: wiara, nie wiedza

Gdy wydaje się, że nic nie uratuje filmu i będzie to jeden z urokliwie pięknych średniaków kina, dostajemy obuchem po głowie. Zakończenie rozgrywa się tylko w warstwie słownej, lecz pozwala zapomnieć o wszystkim, co się widziało.

Zaskoczenie widza w finale to chwyt stary jak kino, a nawet starszy, bo stosowany również w innych dziedzinach sztuki. I wciąż działa, czego najlepszym przykładem jest „Życie Pi” w reżyserii Anga Lee.

 

W Polsce o filmie było głośno już w listopadzie, gdy zaprezentowano go na otwarcie bydgoskiego festiwalu Plus Camerimage, tuż po premierze za Oceanem. Był to drugi pokaz ekranizacji bestsellera autorstwa Yanna Martela w Europie (dwa dni wcześniej obraz wyświetlono w Macedonii). Film niewątpliwie trudny technicznie, ponieważ kręcony na wodzie z udziałem zwierząt oraz z młodym aktorem (dziewiętnastoletni Suraj Sharma) w roli głównej. Mimo to zagrany i warsztatowo zrealizowany bez zarzutu.

W obrazie zachwycają przede wszystkim majestatyczne zdjęcia Claudio Mirandy („Przedziwny przypadek Benjamina Buttona”), któremu pomagał m.in. Łukasz Bielan („Transformers”, „Oblivion”). – 80% zdjęć do filmu powstało na wodzie. Na starym lotnisku na Tajwanie wybudowaliśmy basen wielkości boiska do piłki nożnej – opowiadał polski operator w wywiadzie dla radiowej Trójki. I chociaż twórcom nie można odmówić rozmachu, wirtuozerii oraz dopracowania warstwy plastycznej w najdrobniejszych szczegółach (zachwycające ujęcia oceanu rozgwieżdżonego nocą ławicą meduz świecących w ciemności czy potężnego wieloryba wynurzającego się z mrocznych głębin, by zaczerpnąć powietrza – wszystko w technologii 3D), to wydaje się, że wypuszczają widza na zbyt głęboką wodę. Nie idzie o zbyt dużą ingerencję technologii komputerowych w obraz, mimo że są one ewidentne i czuć je w każdym kadrze. Nieco bajkowa konwencja pozwala przymknąć na nie oko i przez pewien czas zachwycać się światem strasznym, a jednak na tyle urokliwym, że zapiera dech w piersiach. Problem stanowi wspomniany czas. Wraz z jego upływem oglądanie bezbrzeżnych połaci oceanu zaczyna nużyć. Przedawkowanie piękna wzmaga pragnienie treści, ekranowego dziania się.

 

Zwrotów akcji wcale nie brakuje. W końcu przez większość filmu oglądamy bezbronnego chłopca i dzikiego tygrysa zamkniętych na małej łódce bez możliwości ucieczki, toczących przez 227 dni walkę o przetrwanie. Forma retrospekcji sprawia jednak, że nie obawiamy się o los głównego bohatera. Po nieco naiwnym początku oglądamy efektowną katastrofę, a potem wraz z nudą narasta frustracja. Walory obrazu, skłaniające do skojarzeń z bajką, przywodzą na myśl „Opowieści z Narni”. Czekamy zatem, aż tygrys przemówi ludzkim głosem, niczym narnejski lew Aslan. Szczęśliwie się nie doczekujemy. Nieszczęśliwie oczekiwanie trwa bardzo długo. Gdy wydaje się, że nic nie uratuje filmu i będzie to jeden z urokliwie pięknych średniaków kina, dostajemy obuchem po głowie. Zakończenie rozgrywa się tylko w warstwie słownej, lecz pozwala zapomnieć o wszystkim, co się widziało. Przede wszystkim dlatego, że nie wiadomo, co tak naprawdę widzieliśmy. Prawdę? Projekcję wypartej traumy? A siłą finału jest to, że nie dostajemy jednoznacznej odpowiedzi. Rozważamy możliwe wersje. Jeszcze długo po filmie pływamy po oceanie możliwości, topimy się w interpretacyjnym bezkresie.

W gruncie rzeczy wybór sprowadza się zaś do aktu wiary. Nie możemy wiedzieć, a wewnątrz coś każe nam wybrać. Na tym poziomie jest to film religijny. Religijny w sposób nietypowy, bo nie przenosi bezpośrednio na ekran historii biblijnych czy innych religii; nie gra też z konwencją, lecz z widzem. Skłania go do reakcji. I w tym tkwi jego wielka siła.