dwutygodnik internetowy
5.11.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Zwycięstwo Jaira Bolsonaro czy klęska brazylijskiej lewicy?

Wielu Brazylijczyków chyba za szybko puściło w niepamięć sukcesy programów społecznych partii Luli i jego walkę o bardziej równościowe społeczeństwo. Tę ogólnonarodową frustrację wykorzystał Jair Bolsonaro, człowiek o niezwykłej charyzmie, który ujął rodaków bezpośredniością i autentycznością. Czy jednak lewica zbyt łatwo nie oddała mu pola?

ilustr.: Karol Mularczyk

ilustr.: Karol Mularczyk

„Ele Não” i  „Ele Sim”

Manifestacje na ulicach. Wzajemne oskarżenia. Masowe kłótnie w miejscach publicznych, zakładach pracy, sprzeczki podczas rodzinnych obiadów, a nawet wykluczanie się z grona znajomych w mediach społecznościowych. Taka była rzeczywistość Brazylii ostatnich miesięcy, gdy życiem publicznym i prywatnym zawładnęła polityka.

#EleNão (#NieOn) i #EleSim (#OnTak), dwa nieustannie pojawiające się hasła, były jak iskra zapalna wojny domowej. Jeszcze chyba nigdy Brazylii tak bardzo nie podzieliły sprawy polityczne. Bo kiedyś Brazylijczycy potrafili wspólnie stawić czoła kontrowersyjnym politykom. W 1992 roku Ogólnokrajowy ruch „Caras Pintadas” (‘Pomalowane Twarze’) domagał się impeachmentu prezydenta Fernando Collor de Mello, a dwa lata temu, w roku 2016, pod wspólnym hasłem „Fora Dilma” (‘Precz z Dilmą’) naród żądał usunięcia Dilmy Rousseff ze stanowiska prezydenta.

To właśnie wtedy, w 2016 roku, po raz pierwszy rozgłos zdobył on, Jair Messias Bolsonaro, skrajnie prawicowy polityk o zapędach populistycznych, który zapowiedział „walkę z systemem”. W tegorocznych wyborach wystartował z ramienia – jak dotąd nieszczególnie znanej – Społecznej Partii Liberalnej, a Brazylia zaczęła dzielić się na dwie antagonistyczne grupy: jego zwolenników i przeciwników. Tych, którzy go kochają, i tych, co go nienawidzą.

Zagraniczne media ogłosiły Jaira Bolsonaro „Trumpem z Tropików”, „niebezpiecznym kandydatem”, a niektórzy nazwali go nawet „brazylijskim Hitlerem”. Swoje kontrowersyjne hasło wyborcze „Brazylia ponad wszystko” (port. „Brasil acima de tudo”), dla wielu tak bardzo przypominające nazistowskie „Niemcy ponad wszystko”, załagodził, dodając „Bóg ponad wszystkich” („Deus acima de todos”).

W okresie przedwyborczym Bolsonaro zasłynął z ciętego języka i kontrowersyjnych wypowiedzi. Sam siebie określał politycznym outsiderem i tym, który odważy się postawić skorumpowanemu systemowi władzy. Wtedy właśnie zwolennicy Bolsonaro okrzyknęli go „Bolsomitą” – określenie to jest grą słów nawiązującą do jego nazwiska oraz do słowa „mit”, bo właśnie mitem polityk ma się stać dla Brazylii.

Bolsonaro publicznie nazywał kobiety nieświadomymi, niewartymi, aby je zgwałcić, czy też niezasługującymi na takie samo wynagrodzenie, co mężczyźni.  Będąc ojcem czterech synów i jednej córki, uznał, że poczęcie tej ostatniej było jego „chwilą słabości”. Zapewnił, że nie zamierza zwalczać ani dyskryminować osób nieheteroseksualnych, ale jeżeli zobaczy dwóch mężczyzn całujących się na ulicy, to ich uderzy. Największe kontrowersje budzi jednak jego fascynacja juntą wojskową, która rządziła Brazylią w latach 1964–1985. W wywiadach niejednokrotnie deklarował, że junta błądziła, gdy torturowała zatrzymanych zamiast ich zabijać.

– Bolsonaro z nostalgią wspomina czasy naszych autorytarnych i dyktatorskich rządów – wyjaśnia Alexandre Avelar, profesor historii Uniwersytetu Federalnego w Uberlandii. – Sam o sobie mówi, że jest wielbicielem pułkownika Brilhante Ustra, jednego z najokrutniejszych oprawców brazylijskiej dyktatury wojskowej. Ta pochwała militaryzmu i dyktatury łączy się, na poziomie ekonomicznym, z ultraliberalizmem, który zagraża osiągnięciom socjalnym ostatniej dekady – dodaje prof. Avelar.

Rozczarowanie

Popularność Jaira Bolsonaro wyrosła na fali zmęczenia i rozczarowania czterema kolejnymi rządami lewicowej Partii Pracujących (PT – Partido dos Trabalhadores), która była u władzy w latach 2003–2016. Brazylijczycy głosowali wtedy na PT i stojącego na jej czele Luiza Inácio Lula da Silva z nadzieją, że nadejdą dla nich lepsze czasy. Dzisiaj czują się jednak oszukani.  U progu XXI wieku PT rozpoczęło rządy od ustabilizowania gospodarki i opanowania szalejącej inflacji, które po części było sukcesem neoliberalnych reform wcześniejszych rządów Fernando Henrique Cardoso z opozycyjnej Brazylijskiej Partii Socjaldemokratycznej (PSDB). PT obiecywało rodakom wzrost gospodarczy, którego nie udało im się utrzymać na dłuższą metę, a gwoździem do trumny był kryzys roku 2014 i liczne afery korupcyjne. Wielu Brazylijczyków chyba za szybko puściło w niepamięć sukcesy programów społecznych partii Luli i jego walkę o bardziej równościowe społeczeństwo. Właśnie tę ogólnonarodową frustrację wykorzystał Jair Bolsonaro, człowiek o niezwykłej charyzmie, który ujął swoich rodaków bezpośredniością i autentycznością i w którym wielu widzi jedynego uczciwego polityka brazylijskiej sceny politycznej. – Bolsonaro ma za sobą siedem kadencji w karierze parlamentarnej, nigdy nie został oskarżony ani nie był ścigany za jakiekolwiek praktyki korupcyjne – wyjaśnia nam Diego Freire, brazylijski politolog i dziennikarz.

Bolesna klęska Partii Pracujących

Partia Pracujących do samego końca walczyła o przychylność brazylijskich wyborców, lecz wyszła z tego wyścigu pokonana, a wynik 44,87% poparcia jest dla niej druzgocącą porażką. O losie PT zaważyła w dużej mierze postawa samego Luli da Silva, który za wszelką cenę ponownie chciał zostać prezydentem. Kiedy w kwietniu tego roku zapadł wyrok w jego sprawie i oskarżono go o pasywną korupcję oraz pranie brudnych pieniędzy, należało się wycofać i poszukać nowego kandydata, który wystartowałby z ramienia PT. Lula da Silva nie wiedział jednak, jak „zejść ze sceny politycznej niepokonanym”, a swoją kampanię wyborczą dalej prowadził z więzienia. Taka postawa, połączona z nieumiejętnością Luli do przyznawania się do własnych błędów, zrzucaniem winy na opozycję i rozpowszechnianiem teorii spiskowej o rzekomej konspiracji politycznej przeciwko niemu, przysporzyła mu wyłącznie wrogów i wzbudziła niechęć brazylijskich wyborców.

Dla Luiza Carvalho, dawnego związkowca, który aktywnie wspierał ówczesne ruchy społeczne, Partia Pracujących jest czymś więcej niż tylko ugrupowaniem politycznym. – Jej założenie w 1980 roku było kwintesencją naszej prowadzonej wiele lat walki z reżimem wojskowym, który represjonował wolność słowa, torturował i zabijał swoich przeciwników. PT walczyło o to, by oddać Brazylię w ręce Brazylijczyków i aby zagwarantować wszystkim równe szanse – mówi Carvalho.

Ostatecznie kandydaturę Luli zablokowano na początku września na mocy „Ficha Limpa”, prawa, które podpisał sam Lula kilka lat wcześniej, zakazującego m.in startowania w wyborach osobom skazanym decyzją sądów drugiej instancji. W bardzo krótkim czasie partia musiała zaproponować nowego kandydata i stworzyć jego wizerunek polityczny. Postawiono zatem na Fernanda Haddada, profesora nauk politycznych na Uniwersytecie w São Paulo (USP) i byłego ministra edukacji w okresie rządów Luli, a także w latach 2013–2016 burmistrza São Paulo, największej metropolii brazylijskiej i południowoamerykańskiej (Haddad nie został jednak wybrany na drugą kadencję, przypadającą na lata 2017–2020).

Partia Pracujących wystawiła wprawdzie kandydata o doświadczeniu politycznym, ale nieznanego w skali ogólnokrajowej. Jego hasło wyborcze, „Haddad to Lula”, nie zostało dobrze odebrane przez brazylijską opinię publiczną, domagającą się politycznej izolacji Luli da Silva. Z kolei zwolennicy Bolsonara obawiali się, że Haddad uwolni z więzienia swojego politycznego mentora.

– Haddad ma na koncie wiele pozwów za niewłaściwe postępowanie administracyjne, korupcję, tworzenie gangów i pranie brudnych pieniędzy. W dodatku jego orientacja polityczna pochodzi od byłego prezydenta Luli, który jest w więzieniu i odpowiada za kolejne sześć spraw karnych – dodaje Diego Freire.

W niedzielę 28 października Brazylijczycy musieli zatem wybierać między Haddadem, czyli kandydatem partii, do której czują awersję, a Bolsonarem, „politycznym antidotum” na rozczarowanie, jakie miała im przynieść Partia Pracujących.

Brazylijska lewica poniosła klęskę w tegorocznych wyborach, ponieważ zabrakło wspólnej strategii przeciwstawienia się kandydatowi, który bazował przede wszystkim na jej słabościach.

Błędy strategiczne brazylijskiej lewicy 

Partia Pracujących z Fernandem Haddadem na czele popełniła poważne błędy strategiczne w ocenie potencjalnego scenariusza wyborczego. Być może na początku nie zdawano sobie sprawy ze skali odrzucenia PT przez społeczeństwo i zamiast potęgować siły po lewej stronie sceny politycznej, zdecydowanie podważano kandydaturę centrolewicowego Cira Gomesa z Demokratycznej Partii Pracy (PDT). Nie tylko nie chciano poprzeć Gomesa w wyborach, ale także za wszelką cenę usiłowano wystawić własnego kandydata

Głównym błędem strategicznym PT w październikowych wyborach było to, że nie stworzyła jednolitej lewicowej koalicji. Partia od początku stawiała na byłego prezydenta Lulę, obecnie odbywającego w Kurytybie karę więzienia.

Do przyczyn porażki zaliczyć możemy także opóźnienia z wystawieniem Haddada. Haddad został kandydatem partii dopiero na początku września, kiedy wyczerpały się wszelkie możliwości administracyjno-sądowe, aby kandydował sam Lula. Ważną rolę odegrały również sieci społecznościowe i komunikator WhatsApp, stanowiące dziś czwartą władzę w Brazylii. Ekipa Bolsonara okazała się bardzo skuteczna w rozpowszechnianiu fake news oczerniających Haddada. Kandydatowi PT zwolenników z pewnością nie przysporzyła też zmiana haseł wyborczych między pierwszą a drugą turą wyborczą (z „Haddad to Lula” na „Haddad prezydentem i Manuela jego wice-”) ani nagłe zrezygnowanie z koloru czerwonego Partii Pracujących na rzecz barw flagi brazylijskiej. Na nieśmiały samokrytycyzm Haddad odważył się dopiero w ostatnim momencie. Niestety było już za późno.

Jaques Wagner, były gubernator północno-wschodniego stanu Bahia z ramienia PT, senator i koordynator kampanii wyborczej Haddada, w wywiadzie dla gazety Folha de S. Paulo (15/10) otwarcie bronił kandydatury Cira Gomesa jako reprezentanta lewicy. Popierał go, ponieważ kampania Bolsonara była niczym innym, jak sprzeciwem wobec Partii Pracujących. „Jakich oni używają argumentów? Że są anty-PT. Anty-PT” – wyjaśniał Wagner.

Jeszcze przed skazaniem Luli na karę więzienia (co miało miejsce w kwietniu tego roku) krążyły pogłoski, że oprócz Jacquesa Wagnera również sam Haddad opowiadał się za taką koalicją, nawet gdyby to oznaczało, że PT pozostanie bez kandydata. Od momentu aresztowania Luli pomysł ten jednak zszedł na drugi plan, ponieważ partia skupiła się przede wszystkim na obronie byłego prezydenta przed sądem i opinią publiczną.

Niemniej podczas październikowych wyborów wznowiono negocjacje między PT a PDT, podczas których nieomal doszło do porozumienia między obiema partiami w kwestii wystawienia wspólnego kandydata na prezydenta i jego zastępcę. Największą przeszkodą okazał się fakt, że Ciro Gomes nie chciał zrezygnować ze startowania na stanowisko prezydenckie; na układ zgodziłby się tylko wówczas, gdyby to PT wystawiło swojego kandydata na wiceprezydenta. Z kolei PT nie chciała iść na te ustępstwa nawet w obliczu wszystkich przeciwności, z jakimi się borykała.

Przed drugą turą wyborów Haddad próbował jeszcze zawiązać sojusz z Cirem Gomesem (PDT), Mariną Silva (Rede) i byłym prezydentem Fernandem Henriquem Cardoso (PSDB), ale rozmowy nie ruszyły z miejsca. Cardoso postanowił pozostać neutralny, a Silva oświadczyła, że poparcia udzieli dopiero w końcowej fazie kampanii drugiej tury. Partia Gomesa jako jedna z niewielu zgodziła się w końcu na poparcie Haddada. Co prawda w sieciach społecznościowych Ciro Gomes wielokrotnie wypowiadał się krytycznie wobec Bolsonara i wyrażał obawę przed grożącym Brazylii faszyzmem, ale nigdy nie wspominał o samym kandydacie PT.

Już wcześniejsze wybory prezydenckie w 2014 roku jasno pokazały do czego była skłonna Partia Pracujących, aby utrudnić pojawienie się nowych, alternatywnych liderów centro-lewicy – na przykład Mariny Silvy, ekolożki indiańskiego pochodzenia. Prowadziła ona wówczas w sondażach aż do ostatniego tygodnia przed pierwszą turą wyborów, ale uderzyła w nią antykampania skrupulatnie prowadzona przez PT, do której zresztą sama kiedyś należała.

W końcowym okresie wyborczym i po nieśmiałej samokrytyce PT, w przeciwieństwie do kontrkandydata, postawiła jednak w kampanii na strategię odwoływania się do wartości demokratycznych. O ironię zakrawa fakt, że pomogło w tym kontrowersyjne wystąpienie Jaira Bolsonaro w niedzielę 21 października. Bolsonaro zapowiedział wówczas czystki w lewicy i w Partii Pracujących, oświadczając, że „jeżeli oni będą chcieli tu zostać [w kraju], będą musieli się podporządkować. Albo mogą wyjechać, albo pójdą do więzienia. Ci czerwoni zostaną wygnani z naszego kraju”. Do Luli natomiast powiedział, że jeżeli ten oczekuje, iż Haddad go wyciągnie z więzienia, to za rządów Bolsonaro Lula ma „zgnić w więzieniu”. Słowa  te spotkały się z ostrą krytyką ze strony liderów Partii Socjaldemokratycznej Brazylii (PSDB), która w latach 1994–2014 była prawdziwą nemezis Partii Pracujących. Wypowiedź z 21 października spowodowała, że obie wrogie sobie niegdyś partie znalazły nić porozumienia: „byle nie Bolsonaro”.

PT podkreślała, że jej kandydatura ma wymiar ponadpartyjny, a ewentualne zwycięstwo ma powstrzymać Bolsonara (PSL) i jego niedemokratyczne zapędy. Partia Pracujących stanęła zatem w obronie demokracji, dla której poważnym zagrożeniem miał być kontrowersyjny kontrkandydat. W ten sposób udało się przekonać wyborców, którzy w pierwszej turze zagłosowali na mniejsze partie polityczne, a w drugiej turze wahali się między kandydatami PT a PSL.

Wyniki sondażu wyborczego przeprowadzonego przez brazylijski instytut Datafolha, które zostały opublikowany dzień po kontrowersyjnym wystąpieniu, wskazywały jeszcze na 59-procentowe poparcie dla Bolsonara i 39-procentowe poparcie dla Haddada. Oburzony Alberto Goldman, historyczny przywódca partii PSDB, przyznał, że w obliczu pełnego nienawiści przemówienia nie pozostał mu inny wybór, jak zagłosować na Haddada. Kolejny sondaż Datafolha, już na dwa dni przed wyborami, wykazywał, że różnica między oboma kandydatami wynosiła zaledwie 10 punktów procentowych. Bolsonaro miał wówczas 55% poparcia, a Haddad 45%.

Nie wystarczyło to jednak, aby odwrócić wynik i wygrać z rywalem, emerytowanym kapitanem armii, Jairem Messiasem Bolsonaro. Po klęsce wyborczej Haddad przyznał, że jego partia musi ponownie nawiązać kontakt zarówno ze swoim elektoratem, jak i z tymi najbardziej potrzebującymi, aby móc wrócić do gry.

Bilans wyborów dla Haddada i Bolsonara

Chociaż zwycięstwo należało do Bolsonara, to jego kontrowersyjne wypowiedzi – w połączeniu z wysiłkami Haddada, by zaprezentować siebie jako kandydata ponadpartyjnego, stającego w obronie demokracji i praworządności – znacząco obniżyły rezultat kandydata PSL. Dzięki temu PT uzyskało ostateczny wynik 44,87%.

Rozkład geograficzny zdobytych głosów na rozległym terytorium Brazylii był wyraźnie zróżnicowany. Całkowita powierzchnia terytorialna Brazylii to 8 516 000 kilometrów kwadratowych, co czyni ją piątym co do wielkości krajem na świecie, większym nawet niż kontynentalna część Stanów Zjednoczonych (bez Alaski i Hawajów) oraz prawie dwukrotnie większym niż wszystkie państwa UE razem wzięte. Kraj ten ma także dużą populację, liczącą 210 milionów ludzi – plasuje się zatem na piątym miejscu na świecie, również jeśli chodzi o zaludnienie.

Na mapie pokazującej podział głosów na Haddada i Bolsonaro w drugiej turze widać wyraźnie, że był on nierównomierny. Bolsonaro wygrał znacząco w stanach południowych, południowo-wschodnich i środkowo-zachodnich, czyli wszędzie tam, gdzie przypada najwyższy dochód na jednego mieszkańca. Haddad zwyciężył w północno-wschodniej i północnej części kraju, zwłaszcza w małych miejscowościach, z dala od dużych ośrodków miejskich, mieszkańcy tych regionów są bowiem beneficjentami programu rządowego Bolsa Familia, przyznającego minimalny dochód rodzinom żyjącym w skrajnym ubóstwie. Geograficzne rozłożenie głosów w Brazylii jest dość podobne do sytuacji w USA (czerwone stany i niebieskie stany) oraz w Polsce, z tą różnicą, że w Brazylii regiony o niższym dochodzie na mieszkańca są bardziej skłonne do głosowania na lewicę.

Co ciekawe, Bolsonaro był w stanie uzyskać znaczące wsparcie nawet wśród mniejszości, które obrażał, czyli wśród mieszkańców północno-wschodniej Brazylii, grup LGBT i społeczności czarnoskórych. Zdecydowały się one na poparcie Bolsonara tylko dlatego, że odrzucały jakiegokolwiek kandydata wystawionego przez Partię Pracujących.

Przyszłość

Haddad jest dziś nowym przywódcą PT i ewentualnym następcą Luli. Sama partia zaś, mimo że została pokonana i jest odrzucana przez znaczną część społeczeństwa, będzie najsilniejszą i najliczniejszą partią opozycyjną. PT zdobyło najwięcej mandatów w Izbie Deputowanych (56 mandatów przeciwko 52 mandatom partii Bolsonaro), ma 6 senatorów i 4 rządy stanowe. Pomimo klęski plasujee się na pozycji lidera opozycji wobec rządu Bolsonaro, utrzymując także hegemonię wśród lewicowych ugrupowań politycznych.

Październikowe wybory odbywały się przede wszystkim pod hasłami „nie lubię PT, ale na nich zagłosuję, bo nie chcę Bolsonaro” oraz „nie lubię PT i już nigdy nie chcę PT u władzy”. Druga możliwość okazała się silniejsza.

Luiz Carvalho ma nadzieję, że nadejdą lepsze czasy dla Partii Pracujących. – Dalej uważam, że mają możliwość, aby wrócić do swojej dawnej świetności. Stracili władzę, ale mogą to wykorzystać na odnalezienie siebie, swoich wartości i podstaw ideologicznych, a także na ponowne nawiązanie kontaktu ze społeczeństwem peryferyjnym” – wyjaśnia Carvalho. – PT jest wciąż partią o największej liczbie sympatyków w naszym kraju, a jest nas przecież ponad dwa miliony…” – dodaje z uśmiechem na twarzy.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Kto przegrał w Kolumbii

Trolle zza oceanu i nacjonalistyczna rewolucja z piwnicy

W sercu wykluczenia

Architektura biedy