dwutygodnik internetowy
05.01.2015
magazyn papierowy


Zupełnie nieznane światy

Jacek Kuroń pozostał tym, kim był już w latach siedemdziesiątych: praktykującym duchowość lewicy chrześcijaninem bez Boga.

ilustr. Urszula Woźniak

Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Mt 5,6.10

„Był, jak się zdawało, podobny kwakrom, którzy wierzą, że z każdym człowiekiem można znaleźć kontakt, bo w każdym żyje jakaś iskra boskości” – w ten sposób Jacka Kuronia żegnał Leszek Kołakowski [1]. Osobliwe na pierwszy rzut oka porównanie „chrześcijanina bez Boga” z przedstawicielami ważnego nurtu drugiej reformacji, która przetoczyła się przez Kościoły zachodnie w XVII wieku, nie było przypadkowe. Nie mogło być, skoro wyszło spod pióra autora Świadomości religijnej i więzi kościelnej – klasycznej pracy poświęconej właśnie XVII-wiecznym heretykom.

„Ludzie piątego rozdziału ewangelii Mateusza” – w tych kilku słowach streścił program drugiej reformacji jej ówczesny komentator. I coś w tym jest. Chociaż bowiem nie sposób uznać deklarowanej przez bezwyznaniowych chrześcijan holenderskich wierności moralnemu przesłaniu Kazania na Górze za rys wyróżniający ich na tle liczącej dwa tysiące lat tradycji chrześcijańskiej, to – jak zauważa Leszek Kołakowski – właśnie religijny subiektywizm XVII wieku spłodził „ideę religii jako zjawiska czysto moralnego, ograniczonego do każdej świadomości ludzkiej z osobna”. Gdy warunkiem zbawienia w miejsce liturgii staje się religia wewnętrzna, miejsce zaś ortodoksji zajmuje praktyka moralna, „religia jako instytucja zorganizowana staje się […] zbędna” [2].

Kuroń przeczytał pracę Kołakowskiego na jesieni 1970 roku, odsiadując karę trzech i pół roku pozbawienia wolności za udział w wydarzeniach marcowych. Była to jedna z tych kilku lektur, które ukształtowały jego niejednoznaczny stosunek do chrześcijaństwa, ufundowany na opozycji Kościoła pojętego jako instytucja hierarchiczna oraz Kościoła pojętego jako ruch społeczny. „Odrzucając Kościół, oni po pewnym czasie tracą wiarę, bo nie ma już instytucji, która pilnuje, strzeże litery” – wiele lat później mówił o XVII-wiecznych reformatorach Kuroń, natychmiast jednak przyznając się do wspólnoty religijnej wrażliwości z nimi: „Rozumiem ten problem; wiem, jak ryzykowna jest moja postawa, ale zrezygnować z niej nie potrafię i nie chcę” [3].

(…)

Żyć jakby Bóg był

„Nie możemy być uczciwi, nie uznając, że żyć nam przyszło w świecie etsi Deus non daretur [jak gdyby Boga nie było]” – pisał Deitrich Bonhoeffer w lipcu 1944 roku, na cztery dni przed zamachem na życie Hitlera, którego fiasko zaprowadziło protestanckiego teologa na szubienicę [4]. Ostatnie miesiące jego pobytu w więzieniu Tegel obfitowały w refleksje nad chrześcijaństwem bezreligijnym, obnażonym z szat historycznie uwarunkowanych naleciałości, to jest takim, które – jak sądził – pozostawało jedyną autentyczną opcją dla człowieka, który nauczył się tłumaczyć sobie rzeczywistość bez odwoływania się do roboczej hipotezy Boga. „Chrześcijaństwo nasze będzie teraz polegać na dwu rzeczach tylko: na modlitwie i na czynieniu sprawiedliwości wśród ludzi” – notował [5].

Wybór pism Bonhoeffera podsunął Kuroniowi zimą 1971 roku Krzysztof Śliwiński, jeden z ówczesnych liderów Sekcji Kultury warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Książka okazała się najważniejszą, być może, spośród lektur przygotowujących drogę Kuronia ku chrześcijaństwu, o której Bóg jeden wie, czy stała się kiedykolwiek „drogą katechumena”, ale po której tak czy inaczej wyruszył on w „długą i ważną podróż w zupełnie nieznane światy [6]. Interesującym zapisem z dziennika tej podróży jest artykuł „Chrześcijanie bez Boga”, opublikowany w miesięczniku „Znak” w 1975 roku.

„Jestem jednym z tych, którzy w ostatnich latach do chrześcijaństwa przyszli, zaakceptowali je, czy może raczej – chcą zaakceptować, ale jako wartość, system wartości, a nie religię” – deklarował Kuroń w pierwszym zdaniu swojego artykułu [7]. Zdawał w nim następnie sprawę ze znanego już lęku przed instytucjonalnym wymiarem religii, domniemanemu absolutyzmowi etyki chrześcijańskiej przeciwstawiając postawę moralną przypominającą trochę niekonsekwentną etykę bez kodeksu Leszka Kołakowskiego. Za wartość samą w sobie uważał jedynie drugiego człowieka, człowieka konkretnego, do którego miłość zwraca nas niekiedy przeciwko innemu konkretnemu człowiekowi. „Jeśli to przezwyciężanie konfliktów przez ograniczanie wartości, interpretowanie ich, zaprzeczanie im na moment… nazwiemy «relatywizmem moralnym», to każdy z nas jest «relatywistą» i Bogu dzięki” – konkludował [8].

W 1975 roku Kuroń nie uważał już wiary za zwykłą kompensację ludzkiego lęku przed samotnością, śmiercią i przypadkowością ludzkiego losu. Wciąż jednak pojmował ją jako formę ucieczki, którą należy traktować z wyrozumiałością, lecz której nie warto naśladować. Wciąż również sądził, że chrześcijanin nie jest człowiekiem, by tak rzec, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą zaangażowanym w doczesność. To tłumaczy, dlaczego tak atrakcyjna wydała mu się sformułowana przez Bonhoeffera koncepcja chrześcijaństwa bezreligijnego. Jeśli bowiem nawet chrześcijanie powinni żyć tak, jak gdyby Boga nie było, wraz z Bogiem zaś – kary i nagrody za popełnione uczynki, jeśli nowe chrześcijaństwo polegać ma wyłącznie „na modlitwie i na czynieniu sprawiedliwości wśród ludzi”, jeśli za marginalną w tym względzie uznać należy przynależność konfesyjną i względy instytucjonalne, to znaczy, że między wierzącymi i niewierzącymi nie ma już żadnej istotnej różnicy. „Znalazłem w tej deklaracji szansę dla siebie – pisał Kuroń o Bonhoefferze. – Bo znaczy ona przecież: żyć w świecie bez Boga zgodnie z Jego prawem, a więc ja mam żyć, jakby Bóg był. Tożsamość tych dwóch formalnie przeciwstawnych zdań była dla mnie symbolem tamtego spotkania wierzących z poszukującymi. Bo okazało się, że mówimy w różny sposób to samo” [9].

Pamiętając o motywie drogi, którą po wyjściu z więzienia zmierzał Kuroń ku chrześcijaństwu, warto zacytować jeszcze zakończenie jego tekstu: „Wspólnie ruszamy w drogę, której kresu nie znamy. Każdy z wędrowców ma jakąś wizję tej drogi, może nawet wie, dokąd idzie, ale jeśli «dojdzie sam» – to jakby wcale nie szedł” [10].

Szukać trzeba przez całe życie

Największą spośród herezji Jacka Kuronia, wyłączając oczywiście jego dyskusyjną niewiarę w Boga, była jego bezdyskusyjna wiara w człowieka. Wyznanie tej wiary przynosi esej Zło, które czynię, opublikowany w 1981 roku. „Wierzę, że każdy człowiek dąży do dobra, a zło, które czyni, jest tego dobra nieprawym dzieckiem – pisał Kuroń. – Nie wierzę w skażenie natury ludzkiej przez grzech” [11]. Źródła wszelkiego zła, idąc tropem młodego Marksa, upatrywał w stosunkach społecznych, w szczególności zaś w stosunkach pracy, które przeciwstawiając sobie dążenia poszczególnych aktorów życia społecznego, trwale antagonizują jednostki i zbiorowości. Właściwymi sprawcami zła są więc żywiące się tymi antagonizmami systemy społeczne – jak się zresztą wydaje, niepozbawione mglistej alternatywy.

„Radykalizm moralny Ewangelii nakazuje przerwać łańcuch zła tu i teraz, ale stosowany bez refleksji społecznej prowadzi do zła przez zaniechanie” – pisał Kuroń [12]. Jego rozumienie moralnego zła wyłącznie jako pochodnej „zła zinstytucjonalizowanego” zbliżało go, choć sam zapewne o tym nie wiedział, do przedstawicieli latynoamerykańskiej teologii wyzwolenia, którzy ukuli pojęcie „struktur grzechu”. Struktury grzechu jednak – tak jak są one dziś rozumiane na gruncie katolickiej nauki społecznej – reprodukują jedynie zło osobiste i skrywają je w systemie relacji społecznych. Sytuacja, choćby najbardziej niesprawiedliwa, nie jest podmiotem aktów moralnych. Jej niesprawiedliwość polega na tym, że stwarza warunki sprzyjające podejmowaniu lub niepodejmowaniu przez człowieka określonych decyzji, zmniejszając jego odpowiedzialność za popełnione zło, ale tej odpowiedzialności nie przekreślając. „Za niesprawiedliwą strukturą kryje się odpowiedzialna za nią osobista lub zespołowa wola – pisał twórca teologii wyzwolenia, Gustavo Gutiérrez. – Przemiany społeczne, choćby najbardziej radykalne, nie usuwają automatycznie wszelkiego zła” [13]. I choć automatycznie nie usuwają go również indywidualne nawrócenia, to bardzo trudno byłoby chyba Kuroniowi pójść na taki kompromis.

Strukturalne rozumienie zła, podszyte wyniesioną z lektury pism Kołakowskiego skłonnością do pojmowania Kościoła nie jako wspólnoty ludzi wierzących, lecz jako instytucji opartej na władzy i podporządkowaniu, ułatwiało Kuroniowi budowanie analogii pomiędzy Kościołem i partią komunistyczną, zaangażowaniem w komunizm i zaangażowaniem w chrześcijaństwo. Niezależnie bowiem od tego, że w swoim czasie – jak wielokrotnie wspominał – nie dostąpił łaski wiary, coś go wciąż od Kościoła odpychało. Coś, co miało związek z jego stosunkiem do komunistycznej przeszłości. „Dokonałem skoku w komunizm i zawierzyłem partii, zaangażowałem się w działalność i żyłem w otoczeniu ludzi, którzy współprzeżywali ze mną wiarę – pisał w zakończeniu Wiary i winy. – Uczyniłem w życiu wiele zła, a kierowałem się przede wszystkim mocną wiarą i to ona jest moją główną winą. Nie trzeba było zamykać oczu i zawierzać wspólnocie, a zrobiłem to i na tym właśnie polega mój grzech pierworodny. Jakże więc mogę to samo zrobić jeszcze raz? Ilekroć więc dochodzę do momentu, kiedy już mogę zamknąć oczy i skoczyć, wszystko się we mnie buntuje” [15]. Lęk przed drzemiącym w każdej strukturze władzy potencjałem ubezwłasnowolnienia jednostki poprzez uśpienie lub zastraszenie jej sumienia i wkręcenia jej w tryby machiny zinstytucjonalizowanego zła sprawił, że Kuroń nie przekroczył progu widzialnego Kościoła.

Ale było coś jeszcze. Człowiekiem, który ostatecznie odebrał mu nadzieję na otrzymanie łaski wiary, był ksiądz Jan Zieja, współczesny święty, o którym Adam Michnik wyraził się swego czasu, że był „żywym dowodem na istnienie Boga”. On to powiedział poszczącemu i modlącemu się po śmierci pierwszej żony Kuroniowi: „Braciszku, o co ci właściwie chodzi? Masz miłość, to masz Boga, a kto ma Boga, nie potrzebuje religii. Szukać oczywiście trzeba przez całe życie, ale nie myśl, że dużo więcej znajdziesz” [16].

***

I tak oto Jacek Kuroń pozostał tym, kim był już w latach siedemdziesiątych: praktykującym duchowość lewicy chrześcijaninem bez Boga. Człowiekiem przekonanym, że wrogość, która jeszcze w XIX wieku zaistniała pomiędzy Kościołem i lewicą, na dłuższą metę okazała się destruktywna dla obydwu. Człowiekiem pragnącym, by lewica na powrót stała się „wielką herezją”, która zmobilizuje drzemiące w Kościele siły odnowy do rozbicia istniejących w nim struktur grzechu. Krótko mówiąc: człowiekiem piątego rozdziału ewangelii Mateusza.

Prezentowany tekst jest fragmentem eseju, który ukazał się w tomie „Kuroń. Przewodnik Krytyki Politycznej”.

Przypisy
[1] Leszek Kołakowski, Pamiętajmy o Jacku, „Gazeta Wyborcza”, 19 czerwca 2004, s. 2.
[2] Leszek Kołakowski, Świadomość religijna i więź kościelna: Studia nad chrześcijaństwem bezwyznaniowym siedemnastego wieku, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1965, s. 20.
[3] Jacek Kuroń, Aleksander Seniuk, Chrześcijanin bez Boga, „Tygodnik Powszechny” nr 28/2004, s. 5.
[4] Dietrich Bonhoeffer, Listy i notatki z więzienia, [w:] Wybór pism, tłum. Anna Morawska, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 1970, s. 265.
[5] Dietrich Bonhoeffer, Listy i notatki z więzienia, wyd. cyt., s. 250.
[6] Jacek Kuroń, Wiara i wina, wyd. cyt., s. 363.
[7] Jacek Kuroń, Chrześcijanie bez Boga, [w:] Opozycja: Pisma polityczne 1969-1989, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010, s. 59 (artykuł opublikowany w miesięczniku „Znak” nr 4–5/1975 pod pseudonimem Maciej Gajka).
[8] Jacek Kuroń, Chrześcijanie bez Boga, wyd. cyt., s. 69.
[9] Jacek Kuroń, Wiara i wina, wyd. cyt., s. 366.
[10] Jacek Kuroń, Chrześcijanie bez Boga, wyd. cyt., s. 73.
[11] Jacek Kuroń, Zło, które czynię, [w:] Opozycja: Pisma polityczne 1969-1989, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010, s. 295, 300 (artykuł opublikowany w kwartalniku „Krytyka” nr 10–11/1981).
[12] Jacek Kuroń, Zło, które czynię, wyd. cyt., s. 305.
[14] Gustavo Gutiérrez, Teologia wyzwolenia: Historia, polityka i zbawienie, tłum. Jan Szewczyk, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1976, s. 44–45.
[15] Jacek Kuroń, Wiara i wina, wyd. cyt., s. 398.
[16] Jacek Kuroń, Wiara i wina, wyd. cyt., s. 377.