dwutygodnik internetowy
04.05.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Zrozumieć bezdomność

Przedstawiamy fragmenty grudniowej debaty „Kontaktu” zatytułowanej „Zrozumieć bezdomność”. W debacie udział wzięły: Magdalena Wolnik, dr Katarzyna Górniak oraz Julia Wygnańska. Spotkanie odbyło się w nowej siedzibie Pracowni Duży Pokój. Poprowadził je redaktor naczelny „Kontaktu”, Misza Tomaszewski.

Ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Spróbujmy na początku ustalić fakty – ilu jest bezdomnych w Warszawie?

Julia Wygnańska: Nie jest łatwo udzielić precyzyjnej odpowiedzi na to pytanie, gdyż brakuje szczegółowych informacji. Możemy szacować liczbę osób bezdomnych na podstawie danych zbieranych przez miasto stołeczne Warszawa, które finansuje pomoc dla osób bezdomnych i publikuje liczbę zajętych miejsc w placówkach prowadzonych przez różne organizacje na zlecenie miasta. Miejsc prawie zawsze zajętych jest około 1700. Dodatkowo raz na dwa lata prowadzi się badania w terenie, w 2013 roku strażnicy miejscy doliczyli się 438 osób bezdomnych w przestrzeni publicznej, co daje łącznie nieco ponad 2100 osób.

Czy te liczby dają wiarygodny obraz sytuacji?

Julia Wygnańska: Prawdopodobnie nie. Trudność polega między innymi na tym, że istnieje pewna grupa ludzi bezdomnych, którzy prawie nigdy albo bardzo rzadko trafiają do schronisk. Starają się radzić sobie inaczej – nocują u znajomych, u dalszej rodziny, wracają do domu, chwilowo wynajmują. W obliczeniach dla danego punktu w czasie te osoby nie zostają uwzględnione.

Dla porównania podam dane z badania, które zrobiliśmy ze „Stocznią” w 2010 roku, agregując informacje o wszystkich klientach placówek w jednej tylko dzielnicy – na Woli. Te placówki zapewniają około jednej trzeciej miejsc dla bezdomnych w całej Warszawie. Zestawiając te dane w sposób, który pozwolił nam wyeliminować podwójne liczenie (czyli taką sytuację, w której jedna osoba przez to, że jest w jednej placówce, a potem w drugiej, jest liczona dwa razy), wiemy, że w ciągu trzech lat przez placówki w tej tylko jednej dzielnicy przewinęło się ponad 4000 osób. To jest zupełnie inna miara, która pokazuje skalę problemu w czasie, pozwala uzyskać informację, ile osób doświadcza bezdomności w jakimś okresie, obejmując również tych, którzy bardzo rzadko trafiają do placówek. Widzimy więc wyraźnie, że skala problemu jest dużo większa niż wynika z oficjalnych statystyk.

Inna trudność z podaniem dokładnych liczb to, jak sądzę, kwestia definicji – kogo właściwie należy uznać za osobę bezdomną?

Katarzyna Górniak: Staram się bardzo promować podejście, w świetle którego bezdomność to nie jest cecha osoby. Nie używam definicji osoby bezdomnej, staram się mówić o doświadczeniu bezdomności. Przydatna jest tu europejska typologia bezdomności i wykluczenia mieszkaniowego, która pokazuje trzynaście różnych sytuacji mieszkaniowych – od przebywania na ulicy, w pustostanie, w parku, na klatce, przez bycie w schronisku, uczestnictwo w programie mieszkań wspieranych, po mieszkanie w lokalu substandardowym – w bezpośrednim zagrożeniu bezdomnością. Jeżeli dana osoba znajduje się w jednej z tych sytuacji, należy uznać, że doświadcza bezdomności.

Zagraniczne badania pokazują, że bardzo mało jest osób, które są bezdomne cały czas. Większość ludzi bezdomnych doświadcza tylko jednego epizodu bezdomności – raz w życiu trafiają do schroniska i potem już w nim nigdy nie są. Także to nie jest cecha osoby.

Przed wyborami samorządowymi mieliśmy okazję dowiedzieć się od Hanny Gronkiewicz-Waltz z kwestionariusza, który przygotowało stowarzyszenie „61” dla kandydatów w wyborach samorządowych, że problem bezdomności w Warszawie właściwie został rozwiązany. Zostawmy na chwilę Warszawę – czy „rozwiązanie problemu bezdomności” jest choćby teoretycznie do wyobrażenia?

Magdalena Wolnik: To sformułowanie wydaje mi się niefortunne – co to w ogóle znaczy rozwiązanie problemu bezdomności w skali miasta? To jest w zasadzie utopia. Nie znam takiego miasta, o którym można byłoby powiedzieć, że problem bezdomności został w nim rozwiązany. Z drugiej strony niebezpieczne jest takie przekonanie, że wszystko będzie można rozwiązać systemowo. Oczywiście państwo i samorządy są do tego powołane, ale wydaje mi się, że czasami zbyt szybko wyzbywamy się własnej odpowiedzialności. Mam tu na myśli działalność trzeciego sektora, ale też zwykłą ludzką wrażliwość na ludzi, którzy znajdują na ulicy. Często spotykamy się z taką postawą wśród młodych ludzi: „No przecież to jest obowiązek państwa albo miasta zaopiekować się tymi ludźmi, więc my właściwie nie powinniśmy nic robić, bo tylko możemy przeszkodzić”. I to jest takie łatwe spychanie odpowiedzialności tam, gdzie niestety nie do końca jeszcze udaje się wszystko rozwiązać. Istnieje takie stereotypowe myślenie, że jest dość ośrodków w mieście, do których bezdomni mogą trafiać tylko po prostu nie chcą, bo nie chcą przestać pić, bo chcą być wolni, bo wybierają taki sposób życia. I to nas trochę usprawiedliwia z braku reakcji na ludzi, których spotykamy.

Julia Wygnańska: Interesujący jest przykład Dublina, gdzie jest bardzo rozwinięty system nie tylko schronisk, ale również mieszkań treningowych, wspieranych, do których ludzie trafiają nawet bezpośrednio z ulicy. Ostatnio policzono, że jest około 150 osób, które od dłuższego czasu kursują między ulicą, schroniskiem a wynajmowaniem i stworzono specjalnie dla nich program, w wyniku którego wszyscy mają trafić do mieszkań i w tych mieszkaniach zostać objęci profesjonalnym wsparciem.

Udało się?

Julia Wygnańska: Można powiedzieć, że w tym momencie miasto Dublin podjęło próbę całkowitego rozwiązania problemu bezdomności. Jest to polityka oparta o zasady programu „Najpierw mieszkanie”. W niektórych innych miastach programy oparte o pomysł „Najpierw mieszkanie” mają skuteczność na poziomie 80 procent utrzymanych mieszkań. Oznacza to, że po dwóch latach udziału w programie klienci (określenie stowane przez Sama Tsemberisa, twórcę programu) „zaskakują” i utrzymują mieszkania samodzielnie. I mówimy tutaj o osobach chronicznie bezdomnych, i których chronicznej bezdomności często towarzyszą zaburzenia psychiczne albo wręcz podwójna diagnoza, czyli zaburzenia psychiczne i uzależnienia, często głębokie uzależnienia. Także myślę, że można znaleźć miasta, w których można uznać, że problem rozwiązano albo podjęto próbę całkowitego rozwiązania.

Rozwiązywanie problemu bezdomności nie powinno opierać się o zasługiwanie bądź niezasługiwanie, tylko o dobrą diagnozę sytuacji i dostosowanie wsparcia do tej sytuacji, żeby ono przyniosło pożądany efekt. Sam Tsemberis swoje programy wychodzenia z bezdomności adresuje do osób uznawanych za najtrudniejsze przypadki, wcale nie do tych, którzy na pomoc „zasługują”.

Szukacie argumentów za wprowadzeniem w Polsce programu „Najpierw mieszkanie”, które przemawiałyby do opinii publicznej. Co udało się w tej kwestii osiągnąć?

Julia Wygnańska: Przede wszystkim patrzymy w kategoriach skuteczności pomocy, również skuteczności w sensie efektywności kosztowej. Staramy się zebrać argumenty finansowe, bo jakby dokładnie policzyć koszta, to okazuje się, że obecność ludzi chronicznie bezdomnych z towarzyszącymi zaburzeniami psychicznymi i uzależnieniem tak naprawdę dużo więcej kosztuje niż mieszkania i realizacja programu wsparcia. Jak to możliwe? Weźmy przykład człowieka, który jest bezdomny i uzależniony od alkoholu. Najpierw przebywa w noclegowni, co generuje koszty. Potem zostaje wyrzucony za nietrzeźwość. Z ulicy jest notorycznie zawożony na izbę wytrzeźwień. Koszta to transport straży miejskiej i izba. Za izbę zazwyczaj nie płaci, w związku z tym sprawa trafia do sądu, żeby sąd się zebrał to też kosztuje. Potem sąd wzywa komornika, żeby wyegzekwował tę opłatę – kolejny koszt. Ta opłata nigdy ostatecznie nie przychodzi. Osoby znajdujące się na ulicy nie chodzą regularnie do lekarza pierwszego kontaktu, jak mają gorączkę, tylko trafiają na SOR z zapaleniem płuc albo gruźlicą. To są ludzie, którzy regularnie przez to, że nie płacą, trafiają do aresztów śledczych i do więzień. Okazuje się, że wynajęcie mieszkania, umieszczenie człowieka w tym mieszkaniu i otoczenie go bardzo profesjonalnym wsparciem pracownika socjalnego, psychiatry, terapeuty uzależnień, kogoś, kto się zajmuje sprawami mieszkaniowymi, doradcą zawodowym i tak dalej wygeneruje niższe koszty niż życie na ulicy. Co więcej: daje nadzieję na usamodzielnienie. To oczywiście nie jest rozwiązanie tanie, ale wygląda na to, że jest tańsze niż alternatywa.

Wróćmy na nasze podwórko. Jakie są perspektywy przed bezdomnym w Warszawie?

Julia Wygnańska: W mieście funkcjonują trzy rodzaje placówek dla osób bezdomnych – mamy noclegownie, w których można być w nocy, w ciągu dnia trzeba je opuścić. W Warszawie są dwie takie noclegownie, łącznie oferujące kilkaset miejsc, z czego zazwyczaj nie wszystkie są zajęte. Innym rodzajem placówki są schroniska, w których można być całą dobę przez dłuższy okres. W schroniskach już od jakiegoś czasu[1] nie ma miejsc. Odnotowujemy obecnie od 10 do 30 dziennie odmów. Gdy ktoś z mieszkańców schroniska zapije i jest wyrzucany za nieprzestrzeganie regulaminu, to miejsce się zwalnia, ale natychmiast o 7 rano już jest kolejka i miejsce jest zajmowane. Trzeci rodzaj usługi to tak zwane mieszkania wspierane, treningowe. 30 takich mieszkań jest w Caritasie na Żytniej, oprócz tego sześcioma mieszkaniami z miejscami dla około 30 osób dysponuje Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej. Mieszkania Misji są wynajmowane od prywatnych właścicieli i podnajmowane jej klientom. Mieszkań jest bardzo niewiele w proporcji do schronisk.

Wracając do słów pani prezydent, problem jest rozwiązany teoretycznie na poziomie bezpośredniej interwencji kryzysowej, zapewnienia infrastruktury, która chroni ludzi dotkniętych bezdomnością przed zamarznięciem. Problem jest zdaniem miasta rozwiązany, bo urzędnicy mogą pokazać, że w noclegowniach zawsze zostają wolne miejsca. Natomiast jeżeli mówimy o rozwiązaniu bardziej trwałym, to absolutnie nie jest to zrobione w mieście. System pomocy dla bezdomnych administrowany przez miasto stołeczne Warszawa jest raczej średniowieczny niż na miarę cywilizowanej, europejskiej stolicy. Do takiego wniosku prowadzi mnie znajomość systemów walki z bezdomnością w innych miastach europejskich. Mam tu na myśli nie tylko przykłady z „bogatego Zachodu”, gdyż nawet w Budapeszcie (gdzie co prawda pojawiają się inne problemy, związane z kryminalizacją bezdomności w przestrzeni publicznej) funkcjonują bardziej zaawansowane programy mieszkaniowe. Także nawet na tym tle jesteśmy w średniowieczu.

Dostępność miejsc w noclegowniach to tylko pozór opanowania sytuacji?

Magdalena Wolnik: Dla wielu osób noclegownie to miejsca, których z wielu względów będą za wszelką cenę unikać. Ogromnym problemem jest higiena. Niezwykle trudno jest utrzymać czystość w miejscu, które co noc przyjmuje kilkaset osób. Pluskwy, wszy są nie do uniknięcia. Ludzie się boją, że jedna doba w noclegowni oznacza konieczność wymiany wszystkich ciuchów i całego swojego dobytku. Paweł Aksamit, autor akcji „Projekt bezdomny”, który z ukrytą kamerą przez dwa tygodnie udawał osobę bezdomną i w ukryciu korzystał z pomocy placówek, już po jednej nocy w noclegowni przyszedł do Misji z ranami na nogach, które trzeba było oczyszczać, z jakimś świądem.

Dla wielu ludzi miejsca tak duże jak noclegownie, gdzie jednocześnie nocuje trzysta osób, są po prostu nie do wytrzymania. Znalezienie się tam jest traumatycznym doświadczeniem na przykład dla wielu osób starszych, absolutnie niepijących i nieagresywnych albo dla osób, które mają zaburzenia psychiczne. Oni po prostu do noclegowni nie pójdą. Nie znam ani jednej osoby w sytuacji bezdomności, nawet na ulicy, która mówiłaby o noclegowniach inaczej niż źle. Paradoksalnie wiele osób czuje się godniej śpiąc na klatce czy jeżdżąc przez całą noc autobusem, niż idąc do noclegowni.

***

Jak to się dzieje, że człowiek staje się bezdomny?

Katarzyna Górniak: Możemy zacząć od oficjalnych, ministerialnych badań, choć ich metodologia pozostawia wiele do życzenia. W badaniu sprzed roku najwięcej osób podawało jako przyczynę eksmisję i wymeldowanie, druga przyczyna to był konflikt rodzinny, trzecia – uzależnienie, czwarta – bezrobocie, brak pracy, piąta – zły stan zdrowia, niepełnosprawność, a reszta to były pod względem statystycznym drobnostki. Te przyczyny są oczywiście wzajemnie powiązane. Jeśli ktoś wymienia zadłużenie, to ono może wynikać z bezrobocia lub uzależnienia. Jeśli podawana była eksmisja, wymeldowanie, to mogła ona wynikać przede wszystkim z zadłużenia i tak dalej…

Do tego typu statystyk bezpieczniej jednak odnosić się z dystansem. Wydaje mi się, że trudno jest podać jedną przyczynę dla danej osoby albo powiedzieć, że statystycznie istnieje konkretna, najczęstsza przyczyna wpadnięcia w bezdomność. To jest raczej pewien kompleks sytuacji, kontekstów, okoliczności, które prowadzą do tej ostatecznej sytuacji, czyli braku mieszkania. I to posiadanie braku mieszkania też jest rozłożone w czasie – są różne stopnie bezdomności. To jest proces, są jego pewne fazy. Nieraz trudno ustalić, co jest przyczyną, a co skutkiem. Nigdy nie udało mi się na przykład dotrzeć do przekonujących badań, które mówiłyby o tym, na ile faktycznie uzależnienie jest przyczyną bezdomności, a na ile jest czymś wtórnym, co się pojawia w sytuacji bezdomności.

Julia Wygnańska: Patrząc na dostępne badania, wygląda na to, że w porównaniu do wielu innych krajów w Polsce bezdomność jest w dużym stopniu generowana przez ubóstwo. W Warszawie jest bardzo dużo ludzi bezdomnych, którzy mając znikome możliwości prowadzenia godnego życia, rozwijania się, pracy w miejscowościach, w których się urodzili, przyjeżdżają do dużego miasta, żeby tutaj swoją sytuację poprawić. W przypadku niektórych z nich okazuje się, że jest to niemożliwe i oni trafiają na ulicę. Gdyby mieli pracę, dostęp do osiągalnych finansowo mieszkań, toby na ulicy prawdopodobnie nie byli i to chyba jest główna grupa wśród ludzi bezdomnych w Polsce. Dla porównania w Szwecji czy Finlandii zdecydowana większość osób korzystających z pomocy z tytułu bezdomności to są ludzie uzależnieni, ale głównie od narkotyków.

***

 

 

Wydaje mi się, że dla zrozumienia problemu bezdomności istotne jest przyjrzenie się językowi, którym zwykle operuje się, mówiąc o osobach dotkniętych bezdomnością i zadanie pytania o sposób myślenia, który towarzyszy używaniu określonych sformułowań. Kasiu, napisałaś tekst dotyczący studium przypadku osoby bezdomnej w autobusie miejskim. Analizowałaś język forum internetowego, które było temu przypadkowi poświęcone. Jakie są wnioski? Jakie są stałe toposy tego języka?

Katarzyna Górniak: Zacznę może od wyjaśnienia, skąd taki akurat dobór materiału badawczego: fora internetowe są bardzo ciekawe, bo nie obowiązuje na nich żadna poprawność polityczna. Dziennikarz w jakimś stopniu uważa na to, co pisze, jest redakcja, są standardy, jak o bezdomności należy napisać. Natomiast na forach internetowych ta poprawność polityczna mówienia o problemach społecznych jest kompletnie zdjęta, więc tam mamy żywe mięso. Gdy mówimy o osobach doświadczających ubóstwa, to na forach pojawiają się następujące określenia: menele, żule, dziady, śmierdziele, wszarze, pasożyty. Używanie na forach określenia „osoba bezdomna”, nie mówiąc już o bardziej poprawnych politycznie określeniach takich jak „osoba doświadczająca bezdomności” czy „osoba żyjąca w sytuacji bezdomności”, okazuje się zupełnie niewłaściwe. Niezwykle charakterystyczny jest dyskurs bardzo silnego wykluczania opartego na pogardzie, odbieraniu godności. Takim ludziom można wszystko zarzucić i włożyć ich w każdą sytuację. Osoby doświadczające ubóstwa, o których się pisze czy do których się w powyższy sposób zwraca, to są w gruncie rzeczy nie-osoby. To ma swoje konsekwencje – dajemy sobie prawo do poszturchiwania, do wyrzucania, do krzyczenia, do wypraszania ich z autobusu czy z innych miejsc publicznych.

Funkcjonuje też głębokie przeświadczenie w dyskursie publicznym, że te osoby są winne swojej sytuacji i ponoszą stuprocentową odpowiedzialność za to, że się w niej znalazły. A skoro są same sobie winne, no to niech się same sobą zajmują. Mamy więc do czynienia z pełnym odrzuceniem osób bezdomnych. Wrócę jeszcze raz do stwierdzenia pani Gronkiewicz-Waltz, że problem bezdomności został rozwiązany. Takie myślenie jest emanacją dyskursu publicznego, zgodnie z którym problemu nie ma, więc nie ma powodu się nim zajmować, jakoś szczególnie się na nim koncentrować.

To tylko pokazuje jak język oddziałuje na naszą skłonność do podejmowania działań. Ale z pewnością oddziałuje on również na stosunek osób doświadczających bezdomności do samych siebie…

Katarzyna Górniak: Ocena zewnętrzna, zawarta w języku, przekłada się na to, jak my siebie postrzegamy. Jeśli inni nam odmawiają prawa wstępu do miejsc publicznych czy funkcjonowania w tych miejscach publicznych – w autobusie, na przystanku, na reprezentacyjnej ulicy – to sami będziemy tych miejsc unikać. Osoby bezdomne są mniej skłonne do oczekiwania, że ich prawa będą respektowane, bo w dyskursie te prawa są im całkowicie odbierane.

Rok czy dwa lata temu powstała pewna organizacja, która miała się zajmować osobami bezdomnymi, która jasno deklarowała: „Osoby, które sikają w bramach i które śmierdzą, nie będą u nas przyjmowane, my będziemy pomagać tylko bezdomnym, którzy są schludni i czyści, reszcie natomiast nie będziemy pomagać”. W takiej optyce bezdomny musi sobie zasłużyć na naszą pomoc, musi wykazać chęć zmiany. Mówię o tym, żebyśmy nie żyli w przeświadczeniu, że to tylko „ci wstrętni internauci” źle piszą o osobach doświadczających bezdomności. Również w mainstreamowym przekazie bardzo częsty jest język wykluczenia, selekcjonowania ludzi, twierdzenia, że są dobrzy bezdomni i źli bezdomni, zasługujący i niezasługujący na pomoc. To jest też problem niektórych organizacji pozarządowych – w ich oczach na pomoc zasługują tylko ci, którzy wykazują chęć zmiany – czyli ci, którzy chcą zmienić siebie i swoje życie. To takie myślenie, w którym dajemy sobie prawo do dyscyplinowania, kierowania cudzym życiem, nakazywania i mówienia innym, co mają robić. Stawiamy się w pozycji tych, którzy mają tę władzę.

 

Katarzyna Górniak – doktor socjologii, pracuje na Wydziale Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej; zajmuje się badaniem ubóstwa i wykluczenia społecznego ze szczególnym uwzględnieniem dyskursu wokół tych zjawisk

Magdalena Wolnik – dziennikarka, autorka filmów dokumentalnych; odpowiedzialna za Wspólnotę Sant’Egidio Warszawa, która raz w tygodniu przygotowuje „kolację na ulicy” dla około setki bezdomnych, a w grudniu organizuje Wigilię z Ubogimi

Julia Wygnańska – współpracuje z Kamiliańską Misją Pomocy Społecznej; od wielu lat prezentuje światowe dobre praktyki i inicjuje nowatorskie programy wspierające osoby doświadczające wykluczenia mieszkaniowego

[1] Wypowiedź dotyczy sytuacji z grudnia 2014r.

 

opracowała: Konstancja Święcicka