dwutygodnik internetowy
24.09.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Zostawcie tęczę w spokoju

Obwinianie homoseksualistów za pedofilię to strategia kozła ofiarnego. Umacnia ona stereotypy, nie służy pokrzywdzonym, a na dłuższą metę nie posłuży również Kościołowi.

ilustr.: @marjacielecka

ilustr.: @marjacielecka

Kryzys w Kościele katolickim trwa. Niedawne doniesienia z Pensylwanii i Niemiec pokazały skalę przemocy seksualnej i jej ukrywania w kolejnych częściach świata. Wprawdzie po 2000 roku odwaga poszkodowanych, presja opinii publicznej i działania niezależnego wymiaru sprawiedliwości doprowadziły do pewnych korzystnych zmian w kościelnych instytucjach, ale wciąż nie rozliczono wielu biskupów, którzy chronili przestępców. Brakuje też przejrzystości, będącej niezbędnym warunkiem oczyszczenia.

A w Polsce? Opublikowana w „Tygodniku Powszechnym” rozmowa Anny Goc z jezuitą Adamem Żakiem (koordynatorem episkopatu ds. ochrony dzieci i młodzieży) pokazuje, że do jawności u nas jeszcze bardzo daleko. Niedawno biskupi diecezji płockiej i ordynariatu polowego przedstawili dane na temat ostatnich lat, jednak są to tylko małe fragmenty polskiego Kościoła, a ponadto doświadczenia innych krajów sugerują, że bardzo wiele osób mogło zostać pokrzywdzonych w odleglejszej przeszłości. Dopóki archiwa pozostają zamknięte, niska liczba ujawnionych przypadków wykorzystania może stwarzać wrażenie, iż jest lepiej niż w innych państwach, ale to iluzja. Na przykład sam ojciec Żak mówi o przenoszeniu winnych z parafii do parafii: „Nie mam żadnych przesłanek, by uznać, że w polskim Kościele postępowano inaczej niż w amerykańskim albo irlandzkim”.

Jak pisał w „Kontakcie” Ignacy Dudkiewicz, wstrząsy z pewnością nie ominą również naszego kraju. A im później nastąpią, tym silniejszy będzie to cios dla samego Kościoła; tym dłużej osoby pokrzywdzone będą musiały czekać na sprawiedliwość; i tym więcej dzieci i nastolatków zostanie zranionych. Na razie jednak część środowisk katolickich i prawicowych usiłuje powstrzymać to, co nieuniknione. Związani z nimi komentatorzy – czy to świadomie, czy bezwiednie – na różne sposoby odwracają uwagę odbiorców od problemu.

Szczególnie ponurą metodą są tutaj próby powiązania orientacji homoseksualnej z pedofilią. Ale zanim się im przyjrzymy, przeanalizujmy dwa inne sposoby, których świetną ilustracją jest niedawny felieton Dawida Wildsteina w „Gazecie Polskiej” (przedrukowany w TVP Info).

Samoloty i lewica

Dawid Wildstein drastycznie zaniża skalę nadużyć, molestowania i gwałtów. Przytacza anegdotę, wedle której „księża są jak samoloty – mówi się głównie o tych kilku, co upadli, a nie o tych dziesiątkach tysięcy, którzy nadal wykonują swoje zadania”. Naprawdę trudno powiedzieć, skąd wzięło się tutaj słowo „kilku” – nawet jako przenośnia – skoro w samym stanie Pensylwania udokumentowano przestępstwa ponad trzystu sprawców, a w USA jest pięćdziesiąt stanów. Mówimy zaś tylko o jednym kraju.

Ta metoda jest bardzo prosta i nie trzeba się przy niej zatrzymywać. Ciekawszy jest inny zabieg: przerzucanie winy na lewicę. Według Wildsteina „to lewa strona potrafi nieść na swoich sztandarach postulaty, których realizacja de facto ułatwiłaby pedofilom życie”. Postulaty te miałyby wiązać się z próbami „uwolnienia seksualności dzieci” oraz „usankcjonowania zachowań seksualnych” wobec najmłodszych. (Wcześniej bardzo podobnie wypowiedziała się Kaja Godek, według której „tyle w Kościele pedofilii, ile tam przenikło skutków rewolucji seksualnej przeprowadzanej przez lewicę”).

Owszem, istniały ruchy dążące na przykład do zalegalizowania pedofilii (najgłośniejszy był bodaj przypadek części członków partii Zielonych w RFN na początku lat 80.) i pewnej liczbie dzieci wyrządziły one niewątpliwą krzywdę. Nie należy tego bagatelizować. Ruchy te jednak nigdy nie uzyskały zasięgu, który można by jakkolwiek porównywać z rozmiarami wykorzystania seksualnego w Kościele. Ponadto Wildstein popełnia błąd, nazywając takie nurty po prostu „lewicą”, jak gdyby był to jeden organizm z wyraźną globalną hierarchią i pojedynczym przywódcą na szczycie. Łącząc wszystkie lewicowe inicjatywy w jakiś nieistniejący byt, autor wygodnie pomija na przykład rolę feministek w walce z molestowaniem dzieci w Stanach Zjednoczonych.

Wicedyrektor TVP ani słowem też nie tłumaczy, jakie konkretnie działania niektórych grup lewicowych miałyby umniejszać odpowiedzialność hierarchów za pobłażliwe traktowanie sprawców przemocy wobec małoletnich. A tymczasem – pech! – akurat w dniu publikacji felietonu ukazał się artykuł „Die Zeit”, które dotarło do specjalnego raportu zamówionego przez niemiecki episkopat. Zgodnie z nim w latach 1946–2014 przynajmniej 1670 księży wykorzystywało seksualnie osoby niepełnoletnie. Proces kanoniczny wytoczono jedynie 556 kapłanom, a w tym gronie 154 uniknęło jakiejkolwiek kary i 103 zostało zaledwie upomnianych. Najsurowsze kary – 41 przypadków wydalenia ze stanu duchownego i 88 ekskomunik – dotknęły niecałe 8 procent spośród wszystkich winnych. Ciekawe, czy pełen raport przyniesie też informacje o tym, ilu księżom wytoczono postępowanie karne przed sądami świeckimi.

Co więcej, parę dni po publikacji felietonu jedna z najważniejszych gazet w Holandii zarzuciła tuszowanie przestępstw dosłownie połowie tamtejszych hierarchów aktywnych w latach 1945–2010. O tym także Dawid Wildstein nie mógł wiedzieć, ale o tegorocznej dymisji pięciu biskupów z Chile (w tej chwili już siedmiu) chyba słyszał. O abpie Józefie Wesołowskim i kardynale Theodorze McCarricku pewnie też. Powinien również zdawać sobie sprawę z sytuacji w Irlandii i Australii, gdzie pokrzywdzonych można liczyć w tysiącach.

Ale nie. Księża są jak samoloty, a winę ponosi głównie lewica.

Orientacja to nie pedofilia

Jeszcze gorszym sposobem na wybielanie przewin Kościoła jest łączenie pedofilii z orientacją homoseksualną. Przykładem mogą tu być wypowiedzi ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który nie tylko w ostatnim czasie, lecz także w poprzednich latach utrwalał skojarzenie między „lobby homoseksualnym” w Kościele a przestępstwami pedofilskimi. Retorykę tę jeszcze bardziej wyostrzył w sierpniu ks. Tomasz Brussy, pisząc wprost: „Pedofilia to odrażające przestępstwo i grzech. By nie dochodziło do niej więcej w Kościele trzeba wreszcie zwalczyć lobby homoseksualne wśród duchownych”.

Księży o skłonnościach homoseksualnych jest wielu. Kilka lat temu ks. Jacek Prusak, jezuita i psycholog, szacował: „Większość osób zajmujących się tym tematem przyjmuje, że jest ich pomiędzy 25 a 40 procent”. Nie ma jednak żadnego powodu, aby wśród tych duchownych doszukiwać się nieproporcjonalnych skłonności pedofilskich.

Wszystko wskazuje, że odsetek homoseksualnych mężczyzn popełniających przestępstwo pedofilii jest taki sam, jak analogiczny odsetek osób heteroseksualnych. Mówi o tym stanowisko Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, a szczegółowe dane można znaleźć między innymi w badaniach, które omówiliśmy z Michałem Zabdyrem-Jamrozem. Nasz tekst stanowi odpowiedź na błędne interpretacje raportów i opracowań naukowych spotykane niekiedy w przestrzeni publicznej – w tym wypadku na popularnym prawicowym fanpage’u o nazwie „Kamieni Kupa”.

Czy mamy również podobną wiedzę na temat samych księży (a nie wszystkich mężczyzn)? Jak najbardziej. Zacznę od często podawanych informacji, które z pozoru są niekorzystne dla homoseksualnych kapłanów, toteż trzeba się z nimi zmierzyć. Na 69 stronie znanego raportu Johna Jaya, podsumowującego historię przestępstw pedofilskich w USA w latach 1950–2002, czytamy, że około 81 procent wszystkich poszkodowanych niepełnoletnich w tym kraju stanowili chłopcy. Jak to możliwe, by w tej sytuacji pedofilia nie była związana z homoseksualizmem?

Zawsze warto czytać do końca, a w tym wypadku warto sięgnąć do późniejszego raportu przygotowanego przez tę samą instytucję. I tam na przykład na stronach 100–102 przeczytamy: „Jeżeli [zgodnie z danymi zebranymi przez innych badaczy] w latach osiemdziesiątych zwiększyła się liczba homoseksualnych mężczyzn w seminariach, to temu wzrostowi nie towarzyszy wzrost liczby wykorzystywanych chłopców”. A na stronie 119: „Dane kliniczne nie wspierają hipotezy, jakoby prawdopodobieństwo seksualnego wykorzystywania niepełnoletnich było w sensie statystycznym istotnie wyższe u księży o homoseksualnej tożsamości (lub też księży, którzy przed wyświęceniem utrzymywali kontakty seksualne z innymi dorosłymi tej samej płci) niż u kapłanów przejawiających heteroseksualną orientację bądź zachowania”. Podobne stwierdzenia znajdziemy na stronach 64 i 74.

Skoro to nie orientacja seksualna zadecydowała o płci większości pokrzywdzonych (skądinąd dość zbliżone statystyki na temat tej ostatniej przynosi przypadek Niemiec), jakie mogły być przyczyny? To złożone pytanie, ale przyjrzyjmy się dwóm z możliwych odpowiedzi.

Po pierwsze, część mężczyzn pedofilów odczuwa pociąg tylko do chłopców. Wspominane wcześniej wyniki badań wskazują jednak, że jest to zjawisko z zupełnie innego porządku niż orientacja seksualna, która dotyczy wyłącznie zainteresowania innymi dorosłymi. Myśl o relacji seksualnej z dzieckiem dowolnej płci nie będzie pobudzająca dla żadnego zdrowego mężczyzny, niezależnie od tego, czy jest on osobą homo-, czy heteroseksualną.

Po drugie, nie wszystkie osoby, które odpowiadają za pedofilię w znaczeniu potocznym i prawnym (czyli popełniają czyny pedofilne), są pedofilami w sensie psychologicznym (czyli czują pociąg seksualny do dzieci). Mówiąc nieco inaczej, wielu ludzi wykorzystujących dzieci to tak zwani sprawcy sytuacyjni, a nie preferencyjni. W ich wypadku kluczowa może być między innymi patologiczna potrzeba władzy albo brak sposobności do zaspokojenia popędu płciowego w relacji z innym dorosłym. Dla księży będących sprawcami sytuacyjnymi istotna bywa sama dostępność ofiar, a kontakt z chłopcami jest łatwiejszy niż z dziewczynkami. Na przykład według niemieckiego raportu trzy czwarte pokrzywdzonych pozostawało z przestępcami „w relacji kościelnej lub duszpasterskiej”, a jedną czwartą stanowili ministranci.

Najogólniej: łączenie homoseksualizmu z pedofilią to błąd polegający na mieszaniu dwóch zjawisk. Jednym jest nasza orientacja, a drugim – preferencje. Ta pierwsza określa płeć innych dojrzałych seksualnie osób, którymi możemy być zainteresowani w sensie erotycznym lub romantycznym. Z kolei pojęcie preferencji dotyczy pozostałych cech partnera/partnerki, między innymi wieku. Jeżeli dla osoby dorosłej najłatwiejszym lub wręcz jedynym sposobem na osiągnięcie pobudzenia i orgazmu jest kontakt z dziećmi albo ich wizerunkami (na przykład pornograficznymi), to mamy do czynienia z zaburzeniem preferencji seksualnych. Orientacja nie ma tu nic do rzeczy.

Też człowiek

Na koniec jeszcze jedna sprawa, o której już przed pięcioma laty pisał u nas Maciek Onyszkiewicz w tekście „Pedofil też człowiek”. Otóż mówiąc o pedofilii, odnosimy się do osób, które nie wybierały swoich preferencji seksualnych, dla wielu zaś to zaburzenie jest źródłem bolesnych doświadczeń. Nawet jeżeli nikt inny nigdy nie dowie się o ich skłonnościach, mogą one rodzić poczucie winy i niechęć do samego siebie, a także utrudniać lub uniemożliwiać tworzenie związków z innymi dojrzałymi ludźmi (niektóre osoby mogą odczuwać pociąg zarówno do dzieci, jak i do dorosłych).

Oczywiście wszystko to w żadnym wypadku nie usprawiedliwia wykorzystania dzieci. To jasne. Trzeba jednak pamiętać, że mówimy o niejednorodnej grupie ludzi, obejmującej również tych, którzy dzięki wsparciu, terapii i pracy nad sobą mogą nigdy nie ulec pokusie. Nie będzie im łatwo szukać pomocy, jeśli zdradzenie choćby śladu zaburzonych myśli i uczuć sprowadzi na nich natychmiastową, absolutną stygmatyzację. Być może część sprawców nigdy nie popełniłaby przestępstwa, gdyby ktoś w odpowiedniej chwili podał im rękę. Nienawiść do pedofilów również może krzywdzić dzieci.

Tym, którzy rzeczywiście popełnili przestępstwo, także warto przynajmniej dać szansę. W tym wypadku potrzebna jest jednak zmiana. U osób wierzących powinna ona obejmować rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, szczerą spowiedź oraz zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu (w tym poddanie się odpowiedniej karze). Ten sakramentalny język możemy odnieść też do całego Kościoła, a zwłaszcza Kościoła hierarchiczno-instytucjonalnego. Jego wina polega nie tylko na przestępstwach seksualnych popełnionych przez poszczególnych księży, ale też na stworzeniu struktur grzechu, które utrudniały ochronę najmłodszych, a sprawcom ułatwiały uniknięcie realnej odpowiedzialności. Dlatego Kościół, również w Polsce, musi spełnić wszystkie warunki dobrej spowiedzi; nie ma dla niego innej drogi. Niezwykle ważne jest, aby stało się to jak najszybciej. Ważne dla Kościoła, a jeszcze ważniejsze – dla pokrzywdzonych.

Opisane w tekście strategie części środowisk prawicowych i katolickich łączą stereotypową wizję pedofilii z uderzającą krótkowzrocznością. Gdyby skutkiem tych metod mogła być trwała ochrona wizerunku Kościoła, pewnie jeszcze dałoby się je wyjaśnić (choć nie wytłumaczyć, bo przecież na pierwszym miejscu powinno być dobro poszkodowanych). Ale bieg wypadków w innych krajach pokazuje, że na dłuższą metę to nic nie da. Być może pełen obraz brudu w polskim Kościele uzyskamy nie za kilka, tylko za kilkanaście lat, lecz im bardziej uda się to opóźnić, tym bardziej dotkliwy będzie upadek. Katastrofa irlandzkiego katolicyzmu świadczy o tym najlepiej.

Prawdopodobnie najgorszą strategią, którą stosują komentatorzy zapatrzeni w wizerunek kościelnych instytucji, jest walka z tęczą. Osoby homoseksualne w naszym społeczeństwie i tak znajdują się już zazwyczaj w trudnej sytuacji (również z powodu ludzi Kościoła, o czym opowiadał w „Kontakcie” Marcin Dzierżanowski). Umacnianie fałszywych skojarzeń między homoseksualizmem a pedofilią może tej grupie naprawdę zaszkodzić.

Jest jeszcze czas, aby ten proces powstrzymać.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Nie możemy milczeć. Rozliczmy przestępstwa seksualne w Kościele

Biedni chrześcijanie patrzą na Paradę Równości

Pedofil też człowiek