dwutygodnik internetowy
21.05.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Żonkile na gruzobetonie

Dzielnica Północna, Nalewkowska, Żydowska. Dzisiaj – Muranów. Wszystkie nazwy opisują jeden obszar: przed wojną zamieszkany głównie przez społeczność żydowską, dziś niemal w całości przebudowany. Spór o pamięć w przestrzeni, w której ścierają się dwa światy, widoczny jest na każdym kroku.

fot.: Agnieszka Szypulska

fot.: Agnieszka Szypulska

Tekst pochodzi z 35. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Czyje są dzieci?”.

Od pięciu lat na warszawskich ulicach w kwietniu pojawiają się żonkile. Można znaleźć je wszędzie, ale najłatwiej na Muranowie, przedwojennej Dzielnicy Północnej, na terenie której w czasie wojny mieściło się getto. 19 kwietnia 1943 roku wybuchło w nim powstanie, ostatni akt rozpaczy ze strony umierającej i pozbawionej złudzeń warszawskiej społeczności żydowskiej. Przedwojenna jedna trzecia ludności miasta, licząca niemal czterysta tysięcy osób, została przez wojnę zdziesiątkowana – ocalonych z Holocaustu w całym kraju miało być mniej niż wcześniej mieszkało w samej Warszawie.

Tradycję żonkili zapoczątkował jeden z ocalonych, Marek Edelman, jeden z przywódców powstania, który po wojnie rozpoczął najpierw bardzo osobistą, potem po jego śmierci niemal oficjalną formę upamiętniania. Co rok w rocznicę wybuchu powstania Edelman wychodził na swój osobisty spacer po Warszawie i w każdym miejscu, które w jego odczuciu było ważne, zostawiał żonkile. Z czasem jego prywatna forma upamiętniania stała się nową tradycją – akcję „Żonkile” organizuje teraz Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, którego wolontariusze rozdają mieszkańcom Warszawy papierowe żonkile, dbając przy tym, by ludzie nosili je w widocznym miejscu.

Akcja „Żonkile” jest przykładem działania angażującego całe miasto, wychodzi poza obręb samej dzielnicy, nawet poza granice byłego getta. Poza zwyczajnym upamiętnieniem ma jeszcze jeden, równie ważny cel: pokazanie, że historia warszawskich Żydów jest immanentną częścią historii Warszawy. To mimo wszystko temat nieco bardziej kontrowersyjny, niż mogłoby się wydawać. Muranów przed wojną był dzielnicą niemal całkowicie żydowską – niemal, bo mieszkali w jego obrębie również chrześcijanie. Za to w czasie wojny przestrzeń Muranowa została naznaczona traumatyczną historią getta, o czym przypomina między innymi stojący w obecnym sercu dzielnicy Pomnik Bohaterów Getta czy wspominane już muzeum POLIN.

Muranów jest polem ciągłej walki o upamiętnienia, przestrzenią rywalizacji o symboliczną dominację. Z jednej strony znajdują się tu miejsca jednoznacznie poświęcone żydowskiej przeszłości dzielnicy, z drugiej zaś upamiętnienia o tematyce typowo polsko-martyrologicznej. Znamienitym przykładem jest lokalizacja Pomnika Poległym i Pomordowanym na Wschodzie w odległości kilkuset metrów od dużo skromniejszego, mniej rozległego Pomnika Umschlagplatz czy Skwer Żołnierzy Tułaczy znajdujący się tuż obok ulicy Bohaterów Getta, czyli przedwojennych Nalewek, prawdopodobnie jednej z najbardziej żydowskich ulic w dawnej Warszawie. Te kontrastujące zestawienia wskazują na polityczną wagę pamięci. Wszechobecne upamiętnienia związane z powstaniem warszawskim tworzą obraz społeczeństwa polskiego opartego na jasno określonych wartościach. Ta wybiórczość pamięci jest jednak coraz częściej konsekwentnie przełamywana, a upamiętniona w przestrzeni miejskiej przeszłość Warszawy przestaje być tak jednolita.

fot.: Agnieszka Szypulska

fot.: Agnieszka Szypulska

fot.: Agnieszka Szypulska

fot.: Agnieszka Szypulska

Budulec, który działa na wyobraźnię

Pomniki, pamiątkowe tablice i nazwy ulic czy skwerów to nie wszystkie sposoby na upamiętnienie. Doskonałym na to przykładem jest pierwotny projekt nowego Muranowa stworzony przez Bohdana Lacherta. Lachert działał w Warszawie już przed wojną. Zaraz po niej został członkiem Biura Odbudowy Stolicy, jednostki powołanej do inwentaryzacji strat infrastrukturalnych w mieście oraz zaproponowania nowych rozwiązań. Jednym z flagowych projektów Lacherta był nie tylko sam projekt osiedla Muranów, ale także nowatorski, wynikający z potrzeby chwili, materiał budowlany – gruzobeton. Dwoma podstawowymi składnikami tego budulca są cement i sproszkowane cegły. W ten sposób Lachert chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – pozbyć się odrobiny (w porównaniu do skali zagruzowania miasta) zniszczonych, nienadających się do ponownego użycia cegieł i stworzyć tani, łatwy do wykonania na placu budowy materiał.

Gruzobeton miał jeszcze jedną właściwość – w wyniku zmieszania klinkierowych cegieł z szarym cementem uzyskiwało się budulec o lekko czerwonym kolorze. I jako że w założeniu Lacherta Muranów miał zostać zabudowany w całości blokami z gruzobetonu, architekt postanowił wykorzystać czerwień budulca w celach symbolicznych. Pierwotnie budynki miały pozostać nieotynkowane, żeby kolor był widoczny i żeby przypominał o dawnym Muranowie – poprzez dosłowne wykorzystanie materiałów budowlanych dawnej Dzielnicy Północnej, ale również poprzez kolorystyczne nawiązanie do krwi wszystkich tych, którzy w tej okolicy zginęli, zarówno w powstaniu, jak i wcześniej w getcie i w czasie jego likwidacji. Niestety pomysł ten nie doczekał się realizacji. Wprowadzający się mieszkańcy narzekali na przytłaczającą kolorystykę, spotęgowaną ciągłym zapyleniem wynikającym z produkcji gruzobetonowych bloczków. W odpowiedzi na to Lachert został zmuszony do zmiany koncepcji i otynkowania osiedla.

Jednak nawet otynkowane Lachertowskie budynki powstały z budulca, który działa na wyobraźnię. Istnieje przekonanie, że robotnicy mielący cegły na potrzeby gruzobetonu nie zwracali uwagi na to, co wrzucali do rozdrabniającej maszyny, przez co równie dobrze co cegły mogły się do niej dostawać ludzkie szczątki. Przecież na tym obszarze nigdy nie zrobiono porządnych prac ekshumacyjnych! Również to, że południowy Muranów został zbudowany na gruzach wcześniejszej zabudowy, to, że czasem, jak osunie się ziemia, z chodnika można zajrzeć prosto do piwnicy dawnej kamienicy, sprawia, że w ludziach rodzi się przekonanie o istnieniu skarbów zakopanych gdzieś pod współczesną tkanką miasta.

fot.: Agnieszka Szypulska

fot.: Agnieszka Szypulska

Pop-Muranów

I właśnie takie historie potrafią z codziennych rozmów, przez telewizyjne programy o zjawiskach paranormalnych, trafić na przykład do pisarzy, którzy na ich podstawie stworzą powieści czy scenariusze sztuk teatralnych. Mam tu na myśli dwa konkretne dzieła: z jednej strony „Muranooo” Sylwii Chutnik, pierwotnie tekst stworzony na potrzeby festiwalu organizowanego przez Teatr Dramatyczny, później wydanego w zbiorze opowiadań „W krainie czarów”, z drugiej powieść Igora Ostachowicza „Noc żywych Żydów”, później zaadaptowana i przedstawiona na deskach tego samego teatru. Tym, co łączy te dwa teksty, jest wspólny punkt wyjścia, czyli muranowskie opowieści o duchach. I tak jak Ostachowicz podchodzi do nich niemal dosłownie, wykorzystując pomysł do stworzenia historii o Żydach-nieumarłych, tak Chutnik stara się przepracować te opowieści bardziej metaforycznie, stawiając odbiorcy pytanie: czy łatwiej pozbyć się duchów z domu, czy krzywdzących konotacji ze słowem „Żyd”? W obu przypadkach owym istotom chodzi o rzeczy przyziemne. U Chutnik okazuje się, że duchy proszą o pamiętanie tego, co radosne, a nie tylko przygnębiających wspomnień z Holocaustu. Z kolei postaci Ostachowicza nie mogą odejść w spokoju, ponieważ nie było im dane w ich krótkim życiu doznać rzeczy codziennych, na przykład nie zdążyli nigdy się uśmiechnąć.

Autorzy obu opowieści postulują zatem kultywowanie pamięci o codzienności. Być może mają na celu odczarowanie historii napisanej z punktu widzenia ofiar i bojowników, ale zupełnie pomijającej fakt, że zanim zaczęła się wojna, warszawscy Żydzi toczyli zwykłe życie. Zainteresowanie historią dzielnicy wpisuje się częściowo w powszechną ostatnio tendencję odkrywania dziejów miasta, szczególnie tych związanych z codziennym życiem jego dawnych mieszkańców. Modne jest być varsavianistą, modne jest wiedzieć, gdzie znajdował się Pasaż Luxenburga, więc modne stało się również rozpoznawanie dziejów Dzielnicy Północnej. Dlatego też jedni z najbardziej poczytnych varsavianistów, czyli Jarosław Zieliński i Jerzy S. Majewski, podjęli temat warszawskich Żydów w książkach będących częściami serii wydawniczych poświęconych między innymi Warszawie. Autorzy ci tworzą wspólnie tak zwane „przewodniki dla zaawansowanych”, dla tych, których interesuje każdy szczegół miasta, w którym żyją, jak również zbiory krótkich esejów, często opartych na osobistych historiach.

Majewski publikuje na łamach Gazety Wyborczej felietony w autorskim cyklu „Warszawa nieodbudowana”. Na ich podstawie od kilku lat powstają również wydania książkowe – wszystkie dobierane według cezury czasowej, z wyjątkiem jednej: „Żydowskiego Muranowa i okolic”. Była to również jak do tej pory ostatnia książka, która ukazała się w serii (2012). Nieuwzględnianie Żydów we wcześniejszych publikacjach może wskazywać z jednej strony na to, że wspominane na samym początku wątpliwości co do malowniczości Dzielnicy Północnej odbijają się na liczbie źródeł, do których dostęp mógł mieć autor, ale również na to, że pisanie o Żydach w popularnych publikacjach, szczególnie tych, które wytwarzają nostalgiczny obraz Warszawy jako Paryża północy, jest ryzykowne i aby się w nim pojawić, musiało trafić na odpowiedni czas i podatny grunt.

fot.: Agnieszka Szypulska

fot.: Agnieszka Szypulska

Muranowski wielogłos

Codzienność można też upamiętniać w przestrzeni miejskiej za pomocą sztuki ulicznej, a Muranów jako miejsce naznaczone traumą Holocaustu, okraszone martyrologicznymi pomnikami, jest jednym z niewielu miejsc w Warszawie, w których próbuje się to robić. W większości tę funkcję upamiętniającą spełniają murale: czasem poświęcone konkretnym osobom, czasem o bardzo ogólnej, międzykulturowej i równościowej tematyce. Lokalizacji dużej liczby murali w jednej dzielnicy sprzyja również niezliczona ilość bram i przejść znajdujących się w Lachertowskich budynkach. I chociaż różni je bardzo wiele – estetyka, tematyka, rozmiar, umiejscowienie – łączy je to, że wszystkie w pewien sposób odwołują się do historii.

Co ciekawe, Muranów okazuje się dzielnicą na tyle otwartą, że nie jest to jedna historia opowiadana różnymi biografiami, lecz skomplikowane dzieje przenikających się społeczności uwikłanych w wielką historię. W niemal bezpośrednim sąsiedztwie znajdują się murale poświęcone Marii Skłodowskiej-Curie, mieszkającej przed wyjazdem do Francji w budynku w pobliżu muralu, oraz Ludwikowi Zamenhofowi, twórcy języka esperanto, również mieszkańcowi okolicznych kamienic. Oprócz nich swoje murale na Muranowie mają Janusz Korczak, Marek Edelman, ale również osoba związana z dzielnicą po wojnie – Bohdan Lachert. Wśród przykładów muranowskiego street-artu znajdziemy również mural poświęcony kobietom Muranowa czy mieszkańcom ulicy Leszno, dzisiaj alei Solidarności.

Wiele z tych murali powstaje z inicjatywy Stowarzyszenia Inicjatyw Społeczno-Kulturalnych Stacja Muranów, które zostało stworzone przez osoby zaangażowane w funkcjonowanie dzielnicy i skupione jest wokół osoby Beaty Chomątowskiej, autorki książki „Stacja Muranów”, starającej się pozbierać i pozszywać wszystkie wątki, które plączą się na Muranowie. Inspiracją dla jej napisania, ale też dla stworzenia później Stowarzyszenia, była potrzeba zrozumienia skomplikowanej tkanki miejskiej. Działalność związana z muralami jest jednak tylko małym fragmentem lokalnej działalności Stowarzyszenia. „Stacja Muranów” nie tylko jest inicjatorem powstawania murali, ale też sprawuje nad nimi pieczę – gdy któryś zostanie zniszczony, stara się pozyskać partnerów i społeczne poparcie, aby go odnowić. Tak było chociażby z muralem Janusza Korczaka, zniszczonym i odmalowanym w 2015 roku.

Warszawska przestrzeń publiczna jest miejscem, w którym ciągła rywalizacja o pamięć, szczególnie tę codzienną, nienaznaczoną tragicznymi dziejami wojny, jest bardzo silna. To, co i jak jest upamiętniane, jest bardzo zależne od wiejących aktualnie wiatrów politycznych, co szczególnie widać w momencie świętowania każdej kolejnej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, obchodzonej hucznie w całym kraju. Tym bardziej istotne jest podejmowanie przez społeczeństwo prób zachowania równowagi, a Muranów zdaje się bardzo dobrym przykładem skuteczności takich działań.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Sendyka: Niech to miejsce mówi samo za siebie

Trybuś: Jesteśmy skarbcem miasta

Katastrofa przyćmiła to, co działo się na co dzień