dwutygodnik internetowy
15.12.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Zobaczyć (straszną) rzeczywistość

“Romaszewscy. Autobiografia” to nie tylko zapis pamięci indywidualnej bohaterów. Książka obejmuje swoim zasięgiem także znaczną część współczesnej historii Polski i dzieje polskości.


„Romaszewscy. Autobiografia” to nie tylko zapis pamięci indywidualnej bohaterów. Książka obejmuje swoim zasięgiem także znaczną część współczesnej historii Polski i dzieje polskości.

 

Gdzie jest początek opowieści o ludzkim życiu? Znacznie wcześniej niż w momencie narodzin. Najpierw jest mowa o przodkach. Jeśli nie zachodzą szczególne przeszkody, opowieść zaczyna się klarować już kilka pokoleń wcześniej. Tworzą ją akty chrzcielne, dokumenty wystawione przez urzędników państw zaborczych, pamiątki rodzinne, na których blakną ślady po dawnych właścicielach, wreszcie zdjęcia: te najstarsze są pełne uroczystej pozy, te nowsze łapią w kadr nawet papierosowy dym, nikotynową mgiełkę „Klubowych”, „Biełomorów”, „Marlboro”. Wielka historia i rodzinne dzieje prowadzą do momentu, gdy padają pytania o wspomnienia z dzieciństwa, miłość, pracę, politykę, przyjaciół i przeciwników, sukcesy i porażki – życiowe i wspólnotowe.

Jeszcze jedno: opowieść indywidualna nie jest opowieścią ściśle jednostkową. Zawsze wiąże się z innymi historiami i sposobami pamiętania. Nakładają się na nią wspomnienia (i interpretacje) najbliższych, współpracowników; opowieści środowiskowe, oficjalne podręcznikowe historie, narracje ideologów i propagandystów wszelkich epok. Pamięć indywidualna czasem może z nimi współbrzmi, część z nich czyni elementem własnej tożsamości, czasem im się przeciwstawia. Widać to wyraźnie w wywiadzie-rzece ze Zbigniewem, Zofią i Agnieszką Romaszewskimi, przeprowadzonym przez Piotra Skwiecińskiego.

 

„Romaszewscy. Autobiografia” to książka, która poprowadzi czytelnika ścieżkami indywidualnej pamięci jej bohaterów i prowadzącego wywiad dziennikarza, ale nie tylko. Obejmuje bowiem swoim zasięgiem znaczną część współczesnej historii Polski i sposobów funkcjonowania polskości. To jeszcze jeden, bardzo istotny i antymainstreamowy sposób spoglądania na naszą rzeczywistość: zastaną, wyobrażoną, nieprzedstawioną, zarazem odkłamywaną i zakłamywaną. To subiektywny światopogląd, co wyraźnie sugeruje tytuł książki, tym cenniejszy, że samo nazwisko jej bohaterów nie pozostawia obojętnym nikogo z ludzi bardziej świadomych rodzimych dziejów czasów Polski Ludowej i III Rzeczpospolitej.

Zbigniew Romaszewski. Korzenie: słowackie od strony matki; od strony ojca: polska szlachta zagrodowa, „chyba z okolic Grodna”. Dzieciństwo i młode lata (aż do ślubu) na Szmulkach: „Gdy 13 grudnia 1981 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego, wracałem z Gdańska do Warszawy, żeby uniknąć kontroli, na dworcu wyskoczyłem z pociągu właśnie na Szmulkach. I od razu poczułem się pewnie. Znałem tam każdy kąt”.

Zofia Romaszewska. Korzenie: matka ze strony matki, Zofia Praussowa „w 1905 roku siedziała na Pawiaku za współpracę z Organizacją Bojową PPS, a konkretnie – za przemyt dynamitu”. W II RP pisała ustawę o Państwowej Inspekcji Pracy. Korzenie ze strony ojca: „Mój dziadek (…) Józef Płoski został, jako mały chłopiec, zabrany rodzicom po powstaniu styczniowym i wcielony do rosyjskiego korpusu kadetów. (…) Do Królestwa pozwolono mu przyjechać dopiero po czterdziestce. Wtedy napisał do rodziny, że chce się żenić, a żona musi pięknie mówić po polsku”. Dzieciństwo i młodość na ogół w Warszawie: „Mama (…) spakowała się do powstania w mój nowy plecaczek, który niedawno dostałam w prezencie. Byłam bardzo zła”.

Agnieszka Romaszewska. Jej rodzice poznali się w 1959 roku, rok później wzięli ślub. Służba Bezpieczeństwa zainteresowała się Romaszewskimi po raz pierwszy w 1965 roku, gdy do Polski z emigracji powrócił January Grzędziński, legionista, adiutant Józefa Piłsudskiego. Oskarżono go o przekazywanie na Zachód materiałów szkalujących PRL, przymusowo skierowano do szpitala psychiatrycznego w Tworkach. Ze względu na jego bliskie kontakty z rodziną Romaszewskich w mieszkaniu Zbigniewa i Zofii przeprowadzono rewizję i założono małżeństwu sprawę operacyjnego rozpracowania o kryptonimie „Rodzina”. Agnieszka Romaszewska: „Miałam w tamtym czasie kilka lat, ale pamiętam tę rewizję. W jej trakcie esbecy przebili drutem brzuch mojego misia”.

 

Z czasem polityki było ich w życiu coraz więcej. W 1976 roku narodził się Komitet Obrony Robotników. Zbigniew Romaszewski: „Przed Czerwcem czułem narastające zbrzydzenie rzeczywistością. Zbrzydzenie marazmem, poczuciem jałowości. Widać już było jaskrawo całą niedorzeczność systemu – ale nie było widać perspektywy wyjścia. (…) Z tego nastroju bezpośrednio przed Czerwcem wynikła moja ogromna fascynacja akcją radomską i w ogóle KOR-em. Nagle stwierdziłem, że jestem potrzebny!”.

Jan Krzysztof Kelus w „Balladzie o szosie E7” opisał podróże do spacyfikowanego przez władze Radomia i tamtejsze realia: „Strach w ludzkich oczach upokorzenie / W spotniałych palcach świstki wyroków / Pamięć odbitą na ścieżkach zdrowia / Listy z więzienia lekarz adwokat”. I dodał pytanie, które chyba jest jednym z najważniejszych, jakie w ogóle można zadać człowiekowi: „Gdzie wtedy byłeś?”. Sądzę, że jest jednym z najważniejszych leitmotivów w wywiadzie-rzece z Romaszewskimi.

Ich opowieść o tamtym czasie okazała się dla mnie bardziej zaskakująca niż się spodziewałem. Zorganizowana przez nich wskutek wydarzeń radomskich działalność Biura Interwencyjnego KSS KKOR nie dotyczyła jedynie „spraw politycznych” (pomijając fakt, że wskutek specyfiki ustroju wszystko mogło okazać się „polityczne”). To są bardzo często straszne historie zwykłych ludzi, których nazwiska nic nikomu nie mówią, postawionych samych wobec specyficznego państwa, które ze swej natury przeciwstawiało się jakiejkolwiek kontroli społecznej nad własnymi emanacjami.

Ludzkie losy, jakimi zajmowano się na ogół w ramach Biura Interwencji „to były sprawy ostateczne”, dotyczące zabójstw dokonywanych przez milicję. Zbigniew Romaszewski: „[To były] przypadkowe zabójstwa, wynikające z brutalności i bezkarności milicji, która usiłowała podnieść sobie statystyki »wykrywalności« przestępstw. Często ofiarami była młodzież. Syna naszej późniejszej przyjaciółki Zenobii Łukasiewicz, Piotra, zatłukli w komendzie na łódzkich Bałutach. Za nic. Zabrali go na przesłuchanie z domu, z łóżka. Nie chciał iść, więc wlekli go za nogi, głowa mu waliła o schody. Tak samo było z Janem Kowalczykiem, Andrzejem Paryskim. Ta komenda na Bałutach była wyjątkowo rozpita i pijani milicjanci lubili tam bić. Udało się nam, wraz z łódzkimi współpracownikami KOR-u, dotrzeć do kilku takich spraw i ujawnić je. Udało się zdobyć i nagłośnić nazwiska niektórych zamieszanych w to zabijanie funkcjonariuszy. W Łodzi koledzy przeprowadzili wielką akcję ulotkową. I przyniosło to pewne rezultaty – komenda na Bałutach trochę się zmieniła”.

W 1987 roku BI KSS KOR wydało „Dokumenty bezprawia”, w których opisano szczegółowo przypadki morderstw i pobić. Jedno z nich dotyczyło sprawy ze Śląska, gdzie pijani milicjanci na komendzie zakatowali człowieka. Oficjalne orzeczenie brzmiało: „Sam się zabił, walił głową o ścianę”.

 

Wiele lat później, już na początku III Rzeczpospolitej, Romaszewscy stworzyli Biuro Interwencji Kancelarii Senatu. Jego pracownikom płacili z własnej kieszeni. Ludzie przychodzili ze swoimi skargami na urzędników, korupcję, przejmowanie fabryk w niejasnych okolicznościach przez szemrane postaci, przez zachodnie firmy. Taka działalność nie była dobrze widziana. Zofia Romaszewska: „Kłuliśmy w oczy grupy interesów. Byliśmy obcym ciałem w machinie państwowej. (…) Wtedy wśród elit obowiązywało niewypowiedziane założenie (a może ono nawet w pewnym stopniu obowiązuje do dziś dnia?), że nie należy oglądać rzeczywistości. Należy żyć złudzeniami. Wywoływaliśmy strach, że może trzeba będzie się ruszyć i coś zrobić. Że ktoś zobaczy straszną rzeczywistość. W ogóle – po co przejmować się życiem normalnego obywatela? A nas to właśnie interesowało”.

Jednym z ciekawszych momentów historycznych, opowiedzianych przez Romaszewskich w „Autobiografii”, i to nie tylko z czysto polskiej perspektywy, jest właśnie transformacja ustrojowa. W tamtych latach Romaszewski utrzymywał bliższe kontakty z Lane’em Kirklandem, który kierował amerykańską centralą związkową AFL-CIO. Związkowiec przewidywał, że dekompozycja geopolityczna (idąca w parze ze zmianą na globalnym rynku) związana z upadkiem ZSRR będzie miała negatywne konsekwencje nie tylko dla związków zawodowych, ale także dla uboższej części społeczeństw zachodnich. Senator wspomina: „Kirkland chciał utworzyć międzynarodową federację związków zawodowych z Wałęsą na czele. Namawiał mnie, żebym się tym w Polsce zajął. Ale ja niestety nie sądziłem, że po odzyskaniu wolności związki zawodowe będą aż tak bardzo potrzebne. Myliłem się”.

Ktoś zapyta: a gdzie wielka polityka, historia pisana solidarycą i WRON-im piórem? Gdzie głośne nazwiska? Gdzie Adam Michnik, Joanna i Andrzej Gwiazdowie, Jacek Kuroń, Antoni Macierewicz, Władysław Frasyniuk, Lech Wałęsa, Lech i Jarosław Kaczyńscy, Tadeusz Mazowiecki? Gdzie Leszek Balcerowicz, Czesław Kiszczak, Wojciech Jaruzelski? Gdzie ksiądz Jerzy Popiełuszko i prymas Józef Glemp?

Zapewniam, że jest o nich wszystkich dużo i smacznie, kontrowersyjnie i bez taryfy ulgowej. Z empatią, irytacją, rozczarowaniem. Nierzadko charakterystykom postaci towarzyszą próby zrozumienia motywów, ale bez wybielania i bez zapominania czy przekreślania czyichś zasług. Jest też dużo o „Solidarności” – serdecznie i gorzko, zarówno w odniesieniu do czasu jej karnawału, jak i realiów stanu wojennego i późniejszych. A wszystko to bogato ilustrowane wspomnieniami (i zdjęciami) z życia rodzinnego, towarzyskiego, opozycyjnego, (nie)legalnego. Bardzo ciekawe są analizy władz schyłkowej PRL, dalekie od jednoznacznych potępień. Książkę uzupełniono o biogramy wielu postaci i opisy niektórych wydarzeń z epoki, co ułatwia przypomnienie sobie bądź zrozumienie kontekstu snutych przez Romaszewskich wspomnień. Tutaj jednak chciałem opisać rzecz elementarną, która sprawiła, że w ogóle znaleźli się oni na kartach „wielkiej historii”: czynne zainteresowanie sprawami zwykłych ludzi, których życie toczyło się pod wiatr i w czasach realnego socjalizmu, i w epoce „najlepszej z możliwych” liberalnej demokracji à la III RP.

 

W zakończeniu książki Piotr Skwieciński stwierdza, że śmierć senatora Romaszewskiego (13 lutego 2014 roku) nastąpiła, gdy przeprowadzonych było 80 procent ze wszystkich zamierzonych rozmów. Zgromadzona w formie książkowej całość daje jednak kompletny, intrygujący obraz kolejnych dekad rodzimych przeobrażeń. W czasie lektury nie zawsze zgadzałem się z Romaszewskimi. Uważam na przykład, że przedstawiany przez nich obraz współczesnej polskiej lewicy jest bardzo stereotypowy, wzięty z prawicowych kalek panujących jeszcze w latach 90. i trochę później. Podobnie zdawkowa krytyka gender u „wnuków” socjalistycznej feministki Praussowej budzi u mnie nieco ironiczny uśmiech. Co jednak najistotniejsze: zaangażowanie społeczne młodszych pokoleń lewicy i konsekwentne podnoszenie przez nie zagadnień społecznych (nawet wśród nurtów o silniejszej dominancie obyczajowej) to kwestia, której Romaszewscy nie zdołali rozpoznać. A przecież ich spojrzenie na większość polskich spraw z zasady uciekało od gotowych, myślowych szablonów. Doceniam fakt, że potrafili bronić kibiców przed atakami mainstreamowych mediów – szkoda, że przynajmniej na kartach tej książki nie spojrzeli nieco życzliwiej na młodą polską lewicę.

Agnieszka Romaszewska mówi o swoich rodzicach: „Wielokrotnie (…) słuchając wypowiedzi o nich, miałam wrażenie, że nie bardzo ich poznaję w tym, co się o nich mówi. Rysuje się bowiem obraz tyleż pochlebny i wzniosły, co oderwany od doświadczeń normalnego zjadacza chleba, obraz z którego nie sposób wyciągnąć jakichkolwiek praktycznych wniosków”. „Autobiografia” pozwala zobaczyć ludzi, którzy nie bali się patrzeć na rzeczywistość i próbowali ją zmieniać wbrew temu, co stało się treścią społecznego i politycznego życia Polaków – wbrew drobnemu i wielkiemu cwaniactwu, afirmacji wyzysku, pogardzie dla słabszych i przegranych, nowobogackiej pysze, przyjemnej bezmyślności i nieodpowiedzialności pod partyjnymi sztandarami. Ta sztuka udała się dość nielicznym spośród tych, którzy należeli do elity opozycji.

 

„Romaszewscy. Autobiografia”. Ze Zbigniewem, Zofią, Agnieszką Romaszewskimi rozmawia Piotr Skwieciński, Trzecia Strona, Warszawa 2014