dwutygodnik internetowy
30.07.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Znaleźć i zgubić na OFF-ie

Na OFF jeździ się dla kilku koncertów „legendarnych artystów” oraz odkrywania w sobie upodobania do dziwnych zjawisk muzycznych. To drugie dzieje się za sprawą nieszczególnie znanych zespołów, których występy w innych okolicznościach mogłyby uchodzić za rodzaj tortury.

fot.: Jan Binczycki

fot.: Jan Bińczycki

Jeśli cykliczny letni festiwal z reguły ma dobry repertuar i znaczącą markę, trudno napisać o nim notkę, która nie będzie przypominać tekstu sponsorowanego. A OFF Festival 2018 zapowiada się przyzwoicie i zaczyna już w najbliższy weekend (3–5 sierpnia). Mimo tego ryzyka podejmę próbę wskazania, czym katowicki przegląd tak zwanej światowej i polskiej alternatywy różni się od podobnych wydarzeń, i stworzenia roboczej strategii korzystania z offowych atrakcji.

Zanim przejdę do rzeczy, pozwolę sobie na uwagę na marginesie. Dotyczy nieznośnej maniery, w którą popada większość dziennikarek i dziennikarzy sprawozdających z festiwali muzycznych, ze szczególnym wskazaniem na mężczyzn w okolicach wieku średniego. Maniera owa polega na tym, że pracując nad tekstem, w którym z reguły jest mało o muzyce, fastryguje się brak merytorycznych treści niezbyt celnymi spostrzeżeniami dotyczącymi „pokoleniowych doświadczeń”, „młodych urodzonych i wychowanych w wolnej Polsce”, „generacji czegośtam”. Jeżdżę na OFF-a od lat, ale nie udało mi się jak dotąd dokonać wiekopomnych obserwacji i uchwycić ducha współczesnej młodzieży. Noszą japonki (nie popieram), piją zdecydowanie mniej alkoholu od rodziców (to chyba dobrze). Po kilkuletniej modzie na weganizm nastał czas fetyszyzowania mięsa. W ciągu kilku ostatnich lat wielkim powodzeniem w „sferze gastro” cieszyły się stoiska oferujące tak niestandardowe fragmenty zwierzęcych truchełek w perwersyjnej oprawie (pudding z nerek, cynaderki rozmaitości). Nie wiem, czy te nawyki coś mówią o duszach młodych Polek i Polaków, ale przecież nie będę nagabywał współfestiwalowiczów, by pytać ich o autorytety lub o to, czy chodzą na demonstracje pod sądami. Tego typu rozważania zostawmy „dużym mediom”.

Hipsteryzacja zamiast gentryfikacji

OFF jest niepolityczny. Trzy lata temu, wskutek zawirowań wokół finansowania festiwalu i nowego kursu w Instytucie Książki, wetknięto w program towarzyszącej koncertom Kawiarni Literackiej spotkania z autorami książek na tematy istotne dla prawicy. Publiczność nie dopisała, nawet „dla beki” i w czasie mżawki. Ten brak politycznego klimatu czy ideologicznych deklaracji uczestników (które pojawiają się co najwyżej poprzez obecność plakietek Razem na pojedynczych sztukach odzieży) przełamał rok temu oszałamiający występ duetu Siksa. Pod sceną zaroiło się od dziewcząt w koszulkach z hasłami „riot girl” czy w politycznie nieobojętnej od pewnego czasu czerni, a ostry, anarchofeministyczny przekaz bulwersował niektórych wielkomiejskich dandysów, którzy poukrywali się w tylnych rzędach. Potem rozgorzała hejterska burza w komentarzach pod portalowymi artykułami. I to był najmocniejszy dotąd punkt politycznego przekazu na festiwalowej scenie. Udany, nie tylko pod względem wybijania z kolein myślowych, ale i w warstwie artystycznej.

Festiwal, pomimo corocznej obecności legend o kontrkulturowej proweniencji, jest też zupełnie daleki od dawnego, rockowego etosu. I chyba wychodzi mu to na dobre. Wśród tłumów przewalających się przez płytę katowickiego lotniska trudno wypatrzeć epigonów kultu grupy Dżem albo podtatusiałych punkowców, którzy właśnie sobie przypomnieli, że trzydzieści lat temu trzęśli całym Jarocinem. Partnerów do muzycznych smalltalków identyfikuje się raczej po nadrukach na t-shirtach niż przynależności subkulturowej. Panuje atmosfera uprzejmej obojętności wobec współfestiwalowiczów. To chyba dobrze. Na OFF-ie obcuje się z muzyką, przyjeżdża się dla występów, nie dla praktykowania lajfstajlu lub zabawy postrzeganej przez pryzmat „melanżu”.

Interesujące jest też zderzenie formuły święta alternatywy z kontekstem kulturowym Katowic i całego Śląska. Z jednej strony Artur Rojek wraz ze współpracownikami wspiera nim hasła „Katowice miasto ogrodów” i „Miasto muzyki”, które po instytucjonalizacji oraz wpisaniu w miejską politykę kulturalną (która w 2015 roku zaowocowała prestiżowym tytułem Miasta Muzyki UNESCO) zyskały wymierne kształty. Z drugiej – obserwowanie weekendowych odwiedzin kilkunastotysięcznego tłumu, który przeżywa letnie dolce vita w dekoracjach złożonych z wciąż widocznych „kosztów transformacji ustrojowej”, może skłaniać do etycznych rozterek. O ile centrum Katowic, dzięki konsekwentnej rewitalizacji, nabrało zdrowych i żywych kolorów, o tyle po drodze do Doliny Trzech Stawów mija się dość zaniedbane bloki, których mieszkańcy przez kilka dni muszą znosić wynikające z festiwalu niedogodności. Nie wydaje mi się, by stać ich było na kosztujące kilkaset złotych karnety i by mieli okazję bliżej zetknąć się z muzyką, której echa wprawiają w drżenie ich szyby przez kilka sierpniowych nocy. Trudno stawiać postulaty w ich imieniu, ale bardzo chciałbym, by OFF miał jakieś dodatkowe, „populistyczne” i darmowe pasmo stworzone z myślą o sąsiadach festiwalu. Taka propozycja pozwoliłaby im cieszyć się walorami, w imię których w połowie lata muszą znosić oblężenie, tłok i kolejki. Hipsteryzacja społeczeństwa mogłaby stać się alternatywą dla gentryfikacji przestrzeni miasta.

Super lajnap, prawie nikogo nie znam

Na OFF jeździ się dla kilku koncertów „legendarnych artystów” oraz odkrywania w sobie upodobania do dziwnych zjawisk muzycznych. To drugie dzieje się za sprawą nieszczególnie znanych zespołów, których występy w innych okolicznościach mogłyby uchodzić za rodzaj tortury. A w pierwszej kategorii mieszczą się zwłaszcza wykonawcy, którzy trwale zapisali się w historii światowego rocka, a w Polsce zna ich wąskie grono wtajemniczonych. Nawet jeśli legenda ma produktywne lata daleko za sobą, to jej pojawienie się na śląskim festiwalu pełni bardzo ważną funkcję edukacyjną. Rodzimi dziennikarze muzyczni mogą się zapoznać z historią muzyki. Dzięki pobytom na OFF-ie przestają ignorować nowe płyty ważnych zespołów i w kilka miesięcy po festiwalu, gdy ukazują się kolejne nagrania ważnych dla alternatywnego rocka grup, piszą o nich w tonie, który ma wskazywać, że zjedli zęby na tym brzmieniu. Tak było w przypadku pierwszych polskich występów Wire i The Fall. Scenariusz być może powtórzy się w tym rocku, po pierwszym polskim występie Turbonegro, choć trzeba przyznać, że norweskich prowokatorów dostrzeżono już przy okazji ostatniej płyty „Rock and Roll Machine”, kiedy ostatecznie porzucili wykreowany przez siebie deathpunk na rzecz brzmień kojarzących się z Twisted Sister i resztą glam metalu z lat 80. Przydałoby się odkrycie po latach The Brian Jonestown Massacre, chociaż pewnie skończy się na lokalnym mainstreamingu Ox Bow.

O tych powszechnie znanych w tym roku szkoda się rozpisywać. MIA ma w Polsce spore grono oddanych fanów, podobnie jak Coals, Charlotte Gainsbourg, Zola Jesus czy Ariel Pink. Ich występy przyniosą przyjemność zwolennikom i być może powiększą grono nowych. Cieszy także pierwszy polski koncert Turbonegro, choć obecna formuła zespołu, ogrywającego w ironicznym sosie patenty z najbardziej „sleazy” rejonów rocka, to nie to samo, co dawna dzikość i obrazoburczość. Bez oryginalnego wokalisty, niezapomnianego króla oblechów Hanka von Helvete, przestali być „zespołem zbójeckim”, a stali się rockowymi trefnisiami na miarę występującego parę lat temu na OFF-ie, Andrew WK. Tegoroczna edycja przynosi spore grono koncertowych pewniaków. Jednym przypadnie do gustu występ Adama Struga odkrywającego w rodzimym folklorze nieznane dotąd rejony piękna, innych ucieszy Furia, której muzycy robią coś podobnego, tyle że w black metalowym emploi. Przewidywalnych, nieszczególnie wysublimowanych przyjemności można się spodziewać po występie duetu Skalpel, rozbudowanego do rozmiarów big bandu, i rockowych wiarusów z Kultu, którzy odegrają „Spokojnie”, jeden ze swoich najlepszych albumów.

Trudno wyrokować, kto okaże się czarnym koniem turnieju, którego stawką jest miejsce w sercach (czy raczej: w uszach oraz smartfonach) fanek i fanów alternatywy. Gdyby przewidywano zakłady bukmacherskie, stawiałbym na petersburskich post punkowców z Shortparis, elektroniczno-popową Aurorę Aksne z Norwegii czy rodzimy ARRM, który muzycznie i personalnie wpisuje się w gusta bardziej poszukującej części widowni. Egyptian Lover, weteran elektro i hip hopu, ma z kolei paradoksalną szansę spodobać się wszystkim: nostalgikom i poszukiwaczom, miłośnikom przaśnej zabawy i muzycznym nerdom. Tym, dla których OFF jest źródłem inspiracji na kolejny rok, polecam wsłuchać się w to, co na scenie eksperymentalnej odstawi Harry Merry, holenderski ekscentryk, który jako bodaj jedyny z grona duchowych spadkobierców dekonstrukcyjnej pasji The Residents ma szansę powtórzyć ich sukcesy na polu walki z konwencjami muzyki pop.

Uzdrowisko Katowice

Zaliczanie kolejnych koncertów na OFF-ie nie powinno jednak przebiegać wedle wcześniej ustalonego planu. Najlepiej oddać się przypadkowi i badać wytrzymałość receptorów za pomocą zestawionych kontrastowo, przypadkowych doświadczeń. Wiem to z autopsji. Od wielu lat jeżdżę do Katowic jak do sanatorium w celu udrożnienia prywatnych playlist. Po wielu latach młodzieńczych zachwytów i dorosłych prób bycia na czasie trudno odkryć coś, co wytrąci z codziennych przyzwyczajeń i poszerzy muzyczną świadomość. Kolejne edycje OFF Festivalu stanowią jedną z rzadkich okazji do przełamania własnych nawyków. Jeśli stolica Śląska może pod jakimkolwiek względem pretendować do miana uzdrowiska, to właśnie poprzez zbawienny wpływ na aparat słuchowy kuracjuszy. Terapia odbywa się za pomocą beatów, chwytliwych refrenów i gitarowego hałasu.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć  tutaj

***

Polecamy także:

Acta Bryleviana

1976: Space Oddysey – powroty i przewroty / Gdzie waszych pąsów luba gratka?

“Telegaz”