dwutygodnik internetowy
30.05.2016
magazyn papierowy


Zmień samorząd, zmienisz państwo

Druga izba parlamentu powinna zostać przekształcona w reprezentację samorządów. To zresztą model funkcjonujący w wielu krajach europejskich – na przykład Francji, Holandii czy Chorwacji, a więc nie tylko tych o wielowiekowych tradycjach demokratycznych.

ilustr.: Piotr Karski

ilustr.: Piotr Karski

Prezentujemy tekst pochodzący ze zbliżającego się wielkimi krokami, 31. numeru papierowego magazynu “Kontakt” poświęconego problematyce państwa. 

Każdy działacz lokalny i społecznik, który próbuje zmieniać rzeczywistość swojej miejscowości, prędzej czy później zderzy się ze ścianą, na której wypisane są trzy słowa: NIE DA SIĘ. Zdobycie przychylności władz, skuteczna presja medialna, zorganizowanie mieszkańców wokół wspólnych postulatów – wszystko, co wydaje się kluczem do przeprowadzenia zmiany społecznej, w wielu przypadkach okazuje się nie wystarczać. Przyczyna jest prosta: wiele zmian lokalnych wymaga zmiany na poziomie prawa krajowego. Władze samorządowe w takich sytuacjach rozkładają ręce i mówią: „Chcielibyśmy, ale krępują nas przepisy”.

Dobrym przykładem ilustrującym ten problem jest historia walki z nielegalnymi reklamami zewnętrznymi, szpecącymi polskie miasta i wsie. Całe lata zajęło zwrócenie uwagi samych mieszkańców, a następnie władz lokalnych na to, że należałoby poddać większej kontroli reklamy outdoorowe. A gdy już „masa krytyczna” społecznego niezadowolenia została osiągnięta, okazało się, że „się nie da”. Bo tak naprawdę samorząd nie dysponuje narzędziami pozwalającymi w skuteczny sposób ujarzmiać zapędy zarówno lokalnych przedsiębiorców, jak i wielkich międzynarodowych firm, dla których przestrzeń publiczna jest atrakcyjna głównie jako „powierzchnia reklamowa”.

Wieloletni impas udało się przełamać dopiero w 2015 roku, kiedy w życie weszła tak zwana ustawa krajobrazowa. I ona jednak omal nie osiągnęłaby sukcesu, bo okazało się, że w Sejmie większe przebicie od samorządowców, czekających na narzędzia do walki z reklamami, mieli lobbyści firm „outdoorowych”. W efekcie ustawę wykastrowano, a zęby przywrócił jej dopiero Senat, który ugiął się pod presją ogólnopolskiej kampanii „Posprzątajmy reklamy”.

Tak nie musi, a nawet nie powinno być. To, że tak oczekiwane na poziomie lokalnym zmiany rozbijają się o przepisy prawa ogólnopolskiego, a z kolei zmiana tych przepisów napotyka na opór ze strony rządu i posłów (podsycany przez lobbystów, działających w interesie prywatnych firm), kompromituje państwo i podważa zaufanie do niego. Trudno o bardziej wymowny symbol tego kryzysu niż wiszące na budynkach wielkoformatowe płachty reklamowe, których nie da się zdjąć mimo wypracowanej w pocie czoła zgody mieszkańców i lokalnych władz.

Dlatego nie sposób wyobrazić sobie naprawy państwa bez wzmocnienia pozycji samorządów w procesie stanowienia prawa. Jak w praktyce to wzmocnienie mogłoby wyglądać? Droga jest w zasadzie jedna i wiąże się z inną postulowaną przez różne środowiska polityczne zmianą: przekształceniem Senatu. Druga izba parlamentu powinna zostać przekształcona w reprezentację samorządów. To zresztą model funkcjonujący w wielu krajach europejskich – na przykład Francji, Holandii czy Chorwacji, a więc nie tylko tych o wielowiekowych tradycjach demokratycznych. Oznaczałoby to być może koniec wyborów powszechnych do Senatu (we Francji senatorowie wybierani są przez radnych gminnych oraz posłów).W obecnym jednak kształcie, nawet mimo funkcjonowania JOW-ów, Senat i tak jest zupełnie zdominowany przez działaczy największych partii. Stanowi „czyściec” dla bardziej doświadczonych działaczy przed udaniem się na polityczną emeryturę.

Ale polskie prawo nie tylko krępuje władze samorządowe przed wprowadzaniem zmian. Działa ono także na niekorzyść samych zmian politycznych w samorządzie. Obecnie obowiązująca ordynacja wyborcza, wraz ze stosowanym w Polsce przelicznikiem liczby oddanych głosów na mandaty (tzw. metoda D’Hondta), zdecydowanie premiuje duże ugrupowania, kosztem małych lokalnych komitetów. Teoretycznie próg wyborczy w wyborach samorządowych jest taki sam jak w ogólnopolskich i wynosi 5 procent. Ale w praktyce stosowanie metody d’Hondta sprawia, że komitet wyborczy może otrzymać nawet dziesięć procent głosów i nie zdobyć żadnego mandatu! (Przypadek komitetu My-Poznaniacy w wyborach do rady miasta w 2010 roku)

Tymczasem wiele krajów rozwiniętych decyduje się nie tylko na stosowanie innego, bardziej sprawiedliwego przelicznika, ale także na obniżanie progu w wyborach lokalnych, na przykład do 3 procent. Wysoki próg wyborczy w wyborach krajowych można uzasadnić tym, że „wpuszczenie” zbyt dużej liczby małych ugrupowań do parlamentu może skutkować paraliżem, polegającym na konieczności zawierania wielkich-małych koalicji złożonych z dużego gracza i kilku małych partii. Ten sam argument nie powinien jednak dotyczyć samorządu. Po pierwsze na poziomie lokalnym nie ma ryzyka „osłabienia wizerunku na zewnątrz”, które dotyczy polityki krajowej, gdzie ważny jest kontekst międzynarodowy. Po drugie o ile w przypadku wyborów krajowych obniżenie progu skutkowałoby wejściem do parlamentu partii radykalnych, o tyle w wyborach samorządowych oznaczałoby to raczej dopuszczenie do udziału w decyzjach komitetów lokalnych: ruchów miejskich czy organizacji mieszkańców, bo to one najczęściej padają ofiarą obecnej, niesprawiedliwej ordynacji. Dominujące dzisiaj poczucie odcięcia od „świata władzy” zamieniłoby się więc na poziomie lokalnym w przekonanie o realnej sprawczości i współodpowiedzialności. Łatwo można się domyślić, jak dobry miałoby to wpływ na budowanie społeczeństwa obywatelskiego i poczucia zaufania do władz, w których mogliby zasiadać prawdziwi lokalni liderzy zmiany społecznej.

Wprowadzenie tych dwóch zmian – prostych, ale głębokich – dałoby szansę na naprawę relacji mieszkańców z władzą samorządową oraz relacje samorządu z państwem. A bez tego trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek odbudowę zaufania do państwa.