dwutygodnik internetowy
3.12.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Zielona rewolucja na hamulcu

Aby zrealizować tak potrzebny, zielony scenariusz w energetyce, nie wystarczy poradzić sobie z pohukiwaniami radykalnych obrońców „węglowej reduty Ordona”. Odpowiedzialne przeprowadzenie tej rewolucji wymaga przede wszystkim uwzględnienia szeregu strukturalnych wyzwań, które obecnie ograniczają rozwój tego sektora w Polsce.

ilustr.: Antek Sieczkowski

ilustr.: Antek Sieczkowski

Tekst pochodzi z 37. numeru papierowego magazynu „Kontakt” pod tytułem „Ekolodzy będą zbawieni”.

ZAMÓW NUMER

W prasowych, eksperckich i dyplomatycznych rozmowach o energetyce sprawa wydaje się dość prosta. Unia Europejska, realizując założenia swojej polityki klimatycznej, określa wymogi, do których sektory energetyczne poszczególnych państw członkowskich muszą się dostosować. Elektrownie konwencjonalne, bazujące na paliwach kopalnych, niedługo staną się nieopłacalne i będą musiały ustąpić miejsca rozwijającej się dynamicznie energetyce odnawialnej. Jeżeli, mimo wprowadzanych regulacji, elektrownie konwencjonalne byłyby w stanie się utrzymać (na przykład dzięki wprowadzaniu kontrregulacji na poziomie krajowym), nowe rozporządzenia unijne będą kształtowane tak, aby im to uniemożliwić, aż do osiągnięcia zakładanego poziomu redukcji emisji i pełnej „dekarbonizacji” gospodarki.

W jednej opowieści na polskiej, zależnej od węgla, energetyce nieuchronnie zaciska się pętla. Przerwać można ją jedynie przez zaciśnięcie zębów i dostosowanie się do wymogów Wspólnoty, nawet za cenę rewolucyjnych i kosztownych przemian w energetyce. W drugiej, przedstawianej przez przeciwników takiej „rewolucyjnej adaptacji”, opowieści pojawia się zazwyczaj propozycja obrony „węglowej Reduty Ordona” – oparcie się na krajowych zasobach paliw kopalnych i odrzucanie, odkładanie oraz ograniczanie do granic możliwości postulatów klimatycznych Unii Europejskiej.

Zwolennicy obydwu podejść w centrum stawiają rosnące koszty energii ze źródeł konwencjonalnych, które zduszą najpierw rodzimą energetykę, a następnie całą gospodarkę. Zdaniem największych zwolenników unijnej polityki klimatycznej będzie to dla Polski i tak znacznie lepszym rozwiązaniem niż utrzymywanie systemu petryfikującego szkody, które wyrządzili emitenci dwutlenku węgla – tacy jak Elektrownia Bełchatów – doprowadzając do zachwiania klimatycznej równowagi. Najzacieklejsi obrońcy „energetycznej suwerenności” widzą w tym natomiast ostateczną realizację ukrytych założeń polityki energetycznej dominujących krajów Unii. Obie opowieści sugerują, że jesteśmy w stanie i powinniśmy „iść na całość”: polska energetyka i polskie społeczeństwo muszą pilnie dostosować się do wspólnotowego kierunku rozwoju energetyki i zaakceptować koszty zmian albo przeciwnie – stawić im zdecydowany opór.

Polskie EnergiewendeEnergiewende w Polsce

Istnieje oczywiście trzecia i to stosunkowo prosta możliwość – wybrać import, rezygnując z krajowej energetyki. Ekologicznie wytwarzany prąd z już istniejących elektrowni wiatrowych w Niemczech oraz elektrowni atomowych Szwecji, Białorusi i Ukrainy, znacznie tańszy od nowych, wieloletnich inwestycji w energetykę, mógłby, po rozbudowaniu sieci międzynarodowych połączeń, zredukować niedobory energii, które wynikłyby z odchodzenia od węgla brunatnego i kamiennego. Problem w tym, że energia elektryczna bardziej niż towarem jest zasobem o charakterze krytycznym, warunkującym stabilne funkcjonowanie państwa i gospodarki. Postawienie na import może stać się źródłem uzależnienia od państw dostawców. Co gorsza, w sytuacji kryzysowej o charakterze regionalnym lub globalnym państwa dostawcy w pierwszej kolejności skupią się na realizacji zobowiązań wobec własnych obywateli, a dopiero w drugiej na realizacji umów handlowych z sąsiadami. Aby uniknąć tego typu zagrożeń, nasze państwo musiałoby albo nauczyć się skutecznie wpływać na kształt polityk przynajmniej niektórych spośród wymienionych państw (do czego nie wydaje się mieć zasobów i możliwości organizacyjnych), albo zrezygnować z politycznej autonomii, jaką obecnie dysponuje.

Alternatywą dla wyboru: „rewolucyjna adaptacja – węglowa Reduta Ordona” nie powinna być więc likwidacja polskiej energetyki, ale całościowe i przemyślane przekształcenie tego sektora. Przykładem takiej transformacji może być niemiecki Zwrot Energetyczny (Energiewende). Od 2011 roku Niemcy konsekwentnie realizują politykę zastępowania energii jądrowej oraz pochodzącej z węgla i ropy przez Odnawialne Źródła Energii (OZE) i energię z gazu. Główną cechą pozytywną tej polityki nie jest jednak jej, podkreślany przez zwolenników, jasno określony kierunek i ambitne plany zwiększenia udziału OZE w produkcji energii elektrycznej aż do 60 procent w 2050 roku, ale umiejętność świadomego uwzględnienia w jednej wizji interesów własnego państwa, biznesu, lokalnych ruchów społecznych i całościowo rozumianego sektora energetycznego. Przestawiona na OZE niemiecka gospodarka ma stać się pionierem zielonych technologii opartych o rozwój rodzimego przemysłu, nowe miejsca pracy i kompetencje w sektorze OZE oraz przemyślane łańcuchy dostaw, wspierające niemieckich producentów i podwykonawców. Jest to działanie nie tyle adaptacyjne do zmian klimatycznych, co raczej ofensywne, nastawione na eksport wypracowanej wiedzy i technologii.

Oczywiście realizacja tak ambitnej strategii generuje wysokie koszty. W 2017 roku niemieccy producenci energii ze źródeł odnawialnych otrzymali dotacje w łącznej wysokości ponad 30 miliardów euro. Koszty prowadzenia tej polityki ponoszą niemieckie gospodarstwa domowe, płacąc jedne z najdroższych opłat za energię elektryczną w UE, co pozwala chronić konkurencyjność niemieckich przedsiębiorstw, dla których utrzymane zostały niskie ceny energii. Rozsądne wydaje się więc założenie, że koszty „polskiego zwrotu energetycznego” byłyby znaczne, nawet przy uwzględnieniu faktu, że obecnie Polacy zużywają mniej energii w przeliczeniu na mieszkańca. Pracując nad kształtem krajowego budżetu, zwolennicy zielonej transformacji musieliby więc stoczyć w świetle reflektorów szereg nierównych walk politycznych – w szczególności biorąc pod uwagę długi okres wdrażania rozważanych zmian. Nie oznacza to co prawda, że w polskiej gospodarce tych zasobów w ogóle nie ma, ale należy pamiętać, że stworzenie i realizacja takiej strategii wymagałyby nie tylko woli politycznej (której niestety brakuje przedstawicielom formacji mających realne szanse na sprawowanie władzy w Polsce w najbliższym dziesięcioleciu), tak często wskazywanej przez zwolenników „zielonej energii”, ale także rzeczywistych politycznych możliwości uruchomienia i kontroli znacznych zasobów w sektorze energetycznym.

Cała władza spółek

W polskiej energetyce niemal wszystkie zasoby – tak kompetencyjne, jak i finansowe – ulokowane są na poziomie państwowych spółek energetycznych. Upraszczając: co prawda decyzje zapadają na górze, ale pieniądze (oraz, przede wszystkim, skarbnicy i majstrowie) są na dole. Formalne deklaracje polityczne wytwarzają obraz w pełni zhierarchizowanej i centralnie administrowanej energetyki. Choć są regularnie komunikowane w mediach – i to w sposób niepozostawiający obywatelowi cienia wątpliwości, „kto tu rządzi” – nie zawsze przekładają się na dające się wyegzekwować i rozliczyć plany postępowania poszczególnych podmiotów. W obecnej strukturze kontroli wydatkowania krajowych zasobów, spółce skarbu państwa łatwiej jest wydać milion złotych na okolicznościowe przyjęcie integracyjne dla załogi niż Ministerstwu Energii kilkanaście tysięcy na zakup ekspertyzy potrzebnej do stworzenia długoterminowej strategii. Decydenci polityczni mogą co prawda wpływać na powoływanie i odwoływanie zarządów i rad nadzorczych spółek skarbu państwa, ale taką zmianę zazwyczaj poprzedza przydługi, wieloaktowy balet odtańczony przez różnych wpływowych aktorów i – co więcej – nie zawsze przekłada się ona na konkretne działania podejmowane przez te spółki. W tym sensie Polska energetyka jest „zależna od szlaku” nie tylko na poziomie istniejących elektrowni, kopalni i sieci, ale także wyuczonych i utrwalonych sposobów działania, które przez lata zapewniały polskiemu państwu względne energetyczne bezpieczeństwo.

Dlatego realizacja postulatów politycznych, czy to krajowych, czy partykularnych (niekoniecznie bezpośrednio związanych z energetyką), stanowi przede wszystkim rodzaj gry, próby sił, w której stawką jest przejęcie i wykorzystanie zasobów spółek. Przykładem może być to, co działo się przy tworzeniu Polskiej Fundacji Narodowej, korzystającej ze zmobilizowanych zasobów spółek energetycznych. Ale na podobnych zasadach powstaje (lub nie – realność takich megaprojektów na tym etapie realizacji pozostaje otwarta) także bardziej długoterminowy projekt budowy polskiej Elektrowni Jądrowej, którego powodzenie zależałoby między innymi od skuteczności uzyskania rzeczywistego wsparcia spółek takich jak PKN Orlen i Lotos.

Na poziomie kompetencji różnica potencjałów między ministerstwami i spółkami skarbu państwa jest jeszcze bardziej wyrazista. Nie warto zbyt łatwo ulegać stereotypowemu obrazowi „zrzutów z góry” – pod dobrze znanym z prasowych doniesień, stosunkowo cienkim nalotem niekompetentnych prezesów i dyrektorów kryją się głębokie pokłady fachowców z wieloletnim doświadczeniem, którym spółki skarbu są w stanie zapłacić kilkanaście tysięcy złotych pensji oraz finansować ich dalsze szkolenie i rozwój. Zatrudnienie tej samej klasy fachowca w ministerstwie, czego warunkiem byłaby możliwość zapewnienia mu pensji choćby zbliżonej do wielkomiejskiej średniej, wymaga uzyskania dodatkowego „dyrektorskiego” etatu, co – nawet jeżeli okaże się możliwe – wymaga od decydenta bardzo wysokiej politycznej pozycji i zaangażowania.

Pracujące „na dole” spółki skarbu państwa są więc co najmniej równoległym kanałem, którym mogą być wprowadzane realne zmiany, i powinny aktywnie uczestniczyć w debacie o przyszłości polskiej energetyki. Przekonywać je należy merytorycznie i stopniowo, równolegle do wywierania krajowych i międzynarodowych nacisków na energetycznych decydentów. O czysto politycznej, odgórnie planowanej przez polityków rewolucji raczej nie może być mowy. Tak potrzebny zielony scenariusz, w którym kluczowi dla funkcjonowania systemu przedstawiciele spółek i analitycy stają się cichymi sojusznikami OZE, jest możliwy, choć wydaje się, że wymagałby stosowania równolegle nowych, często zakulisowych strategii.

Słaba pozycja ministerstw – i administracji publicznej w ogóle – w obecnej strukturze polskiej energetyki ma jeszcze jeden skutek: skazuje spółki skarbu państwa jako najwyraźniejsze manifestacje siły politycznej decydentów na długie, upolitycznione konflikty o często „honorowym” podłożu. Zaangażowane w konflikty spółki, pomimo dysponowania znacznymi zasobami, nie są przez to w stanie ich aktywnie wykorzystać. Zdarza się, że ciągnące się spory o to, „kto zapłaci dziesięć tysięcy”, paraliżują na lata milionowe inwestycje. Taka sytuacja krótkoterminowo wzmacnia administrację i decydentów, którzy po wejściu w pajęczynę intryg mogą zyskać uprzywilejowaną (choć mało konstruktywną) pozycję rozjemców, ale długoterminowo bardzo ich osłabia. Nawet najlepsi rozjemcy, angażując się w rozgrywki, nie mają już czasu na realizację ambitnej, całościowej Polityki Energetycznej. Jeżeli jakakolwiek zmiana w sektorze energetycznym w Polsce jest w ogóle możliwa, powinna uwzględniać z jednej strony restrukturyzację sektora energetycznego, która ograniczałaby odradzające się konflikty, a z drugiej – aktywnie wykorzystywać wiedzę wytworzoną przez (docelowo) skoordynowane lub scentralizowane spółki skarbu państwa.

Wiatraki bez Putina

Jeśli pojawi się kiedyś w Polsce siła społeczna zdolna do przeprowadzenia daleko idących, a jednocześnie w dłuższej perspektywie niezbędnych zmian w energetyce, warto zastanowić się nad potencjalnym kształtem zielonego „miksu energetycznego”, który mógłby stać się podstawą nowej Polityki Energetycznej.

W polskich warunkach najistotniejsza pod względem możliwości dalszego rozwoju OZE jest energia wiatrowa – zarówno lądowa, jak i morska – oraz słoneczna (znacznie mniej rozpowszechniona, ale lepiej dopasowująca się do letnich szczytów konsumpcji, związanych między innymi z pracą klimatyzatorów). Najefektywniejsze ekonomicznie, a jednocześnie względnie neutralne ekologicznie hydroelektrownie wymagają rzeźby terenu przypominającej bardziej szwajcarskie Alpy i norweskie fiordy niż urokliwy, ale przeważnie równinny krajobraz Polski. Biomasę z kolei oprócz wysokiej (jak na OZE) emisyjności cechują dość ograniczone możliwości dalszego rozwoju jej produkcji w kraju, a jej import oznaczałby najprawdopodobniej wzrost zależności ekonomicznej od wschodnich sąsiadów.

Elektrownie wiatrowe i słoneczne także mają swoje minusy. Największym z nich jest to, że nie zawsze wytwarzają tyle energii, ile akurat jest potrzebne – wiatr i nasłonecznienie zmieniają się w zależności od pory roku i warunków atmosferycznych, a zużycie energii rośnie i maleje w zależności od społecznej i gospodarczej aktywności konsumentów. Dla zapewnienia stabilnego funkcjonowania systemu elektroenergetycznego elektrownie wiatrowe i słoneczne muszą zatem mieć pewne i łatwo uruchamialne rozwiązanie alternatywne. Takim wsparciem mogłyby być stosunkowo niskoemisyjne elektrownie gazowe – przy dzisiejszym stanie technologii OZE dla każdego gigawata zainstalowanych mocy lądowych elektrowni wiatrowych, pracujących bez wsparcia obecnych elektrowni konwencjonalnych, potrzeba około 0,75 gigawata zainstalowanej mocy elektrowni gazowych (dla słonecznych – ponad 0,8 gigawata). Choć w przypadku elektrowni wiatrowych na morzu jest znacznie lepiej – wiatr w warunkach morskich jest bardziej przewidywalny – to jednak wciąż każdy zainstalowany gigawat mocy morskich elektrowni wiatrowych powinno równoważyć co najmniej 0,5 gigawata zainstalowanej mocy elektrowni gazowych.

Na podstawie dostępnych danych można oszacować, że pokrycie przez czystszą, wiatrowo-słoneczno-gazową energetykę połowy obecnego maksymalnego zapotrzebowania Polski na moc wymagałoby znacznego zwiększenia zużycia gazu, choć należy zaznaczyć, że eksperci bardzo różnią się w opiniach co do skali tego wzrostu. Niestety ze względu na wyjątkowo w naszym regionie polityczny charakter tego surowca, wykorzystywanego w międzynarodowych podchodach przez zależny od Kremla Gazprom, taki wzrost importu mógłby oznaczać długotrwałe i głębsze niż obecnie uzależnienie Polski od Rosji Władimira Putina. Odpowiedzialny, zielony krok w energetyce musi być poprzedzony żółtym krokiem w gazownictwie. Sprowadza się to do skutecznej realizacji kluczowych projektów, takich jak gazociąg Baltic Pipe (a nawet, przy założeniu tak „skandynawsko” wysokiego udziału OZE w miksie, czysto hipotetyczny Baltic Pipe II), dalsza rozbudowa możliwości importowych terminala LNG w Świnoujściu oraz rozwijanie rodzimych technologii zwiększających efektywność produkcji biogazu.

Wyjść w sieci

Tak wytworzony, zielony prąd z OZE trzeba jeszcze rozprowadzić do konsumentów. Nowe źródła energii oznaczają nowe elektrownie, których powstanie zazwyczaj wiąże się z koniecznością dostosowania i podjęcia trwającej wiele lat rozbudowy sieci przesyłowej, często pomijanej w energetycznych analizach. Ze względu na „terenowy” charakter elektrowni wiatrowych i słonecznych – zazwyczaj powstają tam, gdzie wytwarzają najwięcej prądu – odpowiedzialny rozwój OZE wymaga dodatkowej rozbudowy sieci. Niestety już teraz, na skutek wieloletnich zaniedbań, Polska należy do najgorzej „usieciowionych” państw Unii Europejskiej. Zmiana tej sytuacji, nawet bez podłączania nowych źródeł, co najmniej do 2027 roku będzie stanowić główne, choć najmniej uświadomione społecznie, wyzwanie inwestycyjne krajowej energetyki. Budowa sieci elektroenergetycznej, oskarżanej o dewastację krajobrazu i „ogólnie zły wpływ na zdrowie”, dla lokalnej społeczności stanowić może rozdzierający dramat, którego częstymi elementami są tak oskarżenia lokalnego samorządu o „Targowicę”, jak i desperackie akcje protestacyjne przeciwko represyjnym władzom centralnym oraz spółkom realizującym inwestycję. W walkach tych nierzadko dochodzi do rękoczynów, a nawet „ostrzegawczych strzałów w powietrze”, oddawanych przez członków lokalnego koła łowieckiego.

Nawet w Niemczech, społecznie lepiej niż Polska przygotowanych na energetyczne inwestycje, budowa linii przesyłowych okazała się najsłabszym – a zdaniem krytyków wręcz dyskwalifikującym – punktem Energiewende. W latach 2013–2017 z planowanych 1800 kilometrów linii przesyłowych zbudowano jedynie 650. Brak potrzebnych połączeń generuje olbrzymie koszty dodatkowe i trudności z balansowaniem systemu zarówno w samej Republice Federalnej, jak i w krajach sąsiednich (przede wszystkim w Polsce i w Czechach), co umacnia sąsiedzkie kontrnarracje energetyczne, przedstawiające Energiewende jako kolonialne przerzucanie kosztów energetyki niemieckiej na sąsiadów, i zagraża ekonomicznej oraz politycznej wiarygodności projektu. Realizowana na szeroką skalę rozbudowa polskiej sieci przesyłowej musi zatem przebiegać równolegle do „zielonego” i „żółtego” kroku, a na poziomie strategicznym nawet go poprzedzać. Nie ma wątpliwości, że oprócz podjęcia wysiłku koordynacyjnego i finansowego wymagałoby to olbrzymiej, niewidocznej pracy na poziomie samorządowym oraz społecznej komunikacji.

Zwolennicy energetycznej transformacji polskiej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym muszą się dziś mierzyć z szeregiem rzadko dyskutowanych ograniczeń technicznych, ekonomicznych, strukturalnych i geopolitycznych, które pozornie umieszczają nasze państwo w dyplomatycznym i ekonomicznym szachu. Stawienie czoła tym problemom wymagać będzie zalet najrzadziej spotykanych w polskim myśleniu o państwie, czyli rozpoznania układu sił przed działaniem, a następnie przyjęcia strategii i ponadpartyjnej konsekwencji w jej realizacji. Pochopne uleganie „nieuchronnej presji zmian klimatu” i wynikającej z niej rewolucyjnej „konieczności dostosowania się do unijnych regulacji” może, podobnie jak „konieczności obrony polskiego węgla za wszelką cenę”, trwale wprowadzić Polskę w długoletnią, głęboką zależność od rosyjskiego gazu z jednej strony, a zachodnioeuropejskich i chińskich technologii OZE – z drugiej. Jedynie cierpliwe wypracowywanie odpowiedzi na wyzwania związane z energetyką umożliwi stworzenie takiej polityki, która nie będzie dla Polski ucieczką do przodu, tylko szansą na zbudowanie nowej pozycji w naszej części Europy.

***

Julita Pezus jest analityczką i ekspertką sektora energetycznego specjalizującą się w kosztach społecznych transformacji energetycznej. Związana z sektorem publicznym.

 

***

Polecamy także:

Barca: Uratować i zmienić świat

Ekologia życia i śmierci

Annett: Wybór ekonomiczny jest wyborem moralnym