dwutygodnik internetowy
25.11.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Zbędny lęk przed polskością

Projekt tożsamościowej „ucieczki do przodu” się nie powiódł, dał lewicy miejsce na marginesie społecznego odbioru. Za wykorzenieniem idzie wyobcowanie i rezygnacja: skoro „oni” wzięli sobie polskość, to niech już tak zostanie.

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Jestem przyzwyczajony, że w czasie dyskusji z ludźmi lewicy o polskości i patriotyzmie trafiam na mur niezrozumienia. Zwykle mam poczucie, że jest ono elementarne. Powyższe pojęcia traktowane są z nieprzejednaną niechęcią jako zamienniki słów „nacjonalizm”, „szowinizm”. Postawa ta bywa równocześnie mocno nielogiczna i opiera się na takim wnioskowaniu: „skoro prawica zabrała nam patriotyzm, to nie będziemy walczyć z nacjonalizmem i zostaniemy przy swoich tematach”.
 
Rzecz polega zwykle na aberracyjnym historycznie przekonaniu, że patriotyzm równa się szowinizm, a cała tradycja polskości zaczęła się z narodowcami i w ich programie się wyczerpuje. Niestety, umyka przy tym fakt, że deklarowany kosmopolityzm ludzi lewicy jest często banalnym wykorzenieniem z własnej kultury, a nie płomiennym spełnieniem wizji: „wszyscy ludzie będą braćmi”.
 

Czasem mam wrażenie, że każdy lewicowiec w Polsce, który zastanawia się, jakim cudem prawica święci takie triumfy w przestrzeni publicznej, powinien zacząć od lektury „Rodowodów niepokornych” prof. Bohdana Cywińskiego. Godzina czytania do poduszki, codziennie, przez rok, dwa, do skutku. Do tego choćby regularna lektura Żeromskiego i „Takimi będą drogi wasze” Krzywickiego. Nie chcę się nad nikim znęcać – to nie mają być odwiedziny w gabinecie figur woskowych, przyglądanie się zakurzonym figurom, żarliwe wzdychanie do minionych cieni. To ma być zachęta do przemyślenia, na jakie sposoby i dlaczego myśl radykalna społecznie łączyła się kwestią polską. Z jakich racji wzajemnie się dopełniały i dla jakich przyczyn znacznej części postępowych elit polskich nigdy nie przyszłoby do głowy, że można „oddać” patriotyzm i polskość endekom/prawicy, że można zdezerterować z polskości.
 

Nieudana ucieczka
 
Niestety, mam wrażenie, że młode pokolenie polskiej niewiele czyta o tych zagadnieniach, więc i niewiele z nich rozumie. Nie winię ich. To jasne, że gdy jeszcze niedawno chodzili do szkoły, poddanej już prawicowym interpretacjom historii, musieli się zbuntować. Alternatywą okazywała się jednak często ignorancja i intelektualne mody nieco starszych kolegów, także tych z mojego pokolenia. Jeszcze starsi mieli do zaoferowania na ogół po-PRL-owski nihilizm albo/i własną schizofrenię tożsamościową. Ciążyło na nich i ciąży do dziś brzemię wszystkich dwuznaczności Polski Ludowej. A gdy zajmują się już historią, rodzą się z tego jakieś dziwaczne potworki, w których kult PZPR łączy się z uznaniem niepodległościowego nurtu socjalizmu.
 

Dziś widać wyraźnie, że projekt tożsamościowej „ucieczki do przodu” po prostu się nie udał, że dał lewicy miejsce gdzieś na marginesie społecznego odbioru, a funkcję respiratora podtrzymującego lewicowe inicjatywy przy życiu pełnią często grantodawcy i zagraniczne fundacje akredytowane przy socjaldemokratycznych partiach. Za wykorzenieniem idzie wyobcowanie, gry i zabawy mniej lub bardziej wyrafinowanymi i zapożyczonymi teoriami, a wreszcie kompletna rezygnacja: skoro „oni” wzięli sobie polskość, to niech już tak zostanie.
 

Spójrzmy ponadto na pokolenie opiniotwórczych, kojarzonych z lewicą publicystów/publicystek, równolatków Rafała Ziemkiewicza: to studenci czasów schyłkowego PRL. Obrzydzono im polskość, do której nigdy nie wrócili jako do ważnego elementu tożsamościowego wyznawanych przez siebie doktryn. Polskość kojarzy im się z opresją, nie widzą w niej wyzwolenia. Ale narzucając ten pogląd jako wzorzec i dogmat, są równie ahistoryczni co prawicowcy, przekonani z kolei, że mają monopol na patriotyzm i Polskę. Ktoś wreszcie powinien powiedzieć jednym i drugim, że traumy z lat młodości przekuli na ideologiczny oręż, który nieco już przyrdzewiał. I dziwi mnie, że młodsze roczniki, tak rzekomo krytyczne, wciąż pozostają zakładnikami cudzych teorii, fobii i marzeń. Dotyczy to zarówno szeroko rozumianej lewicy, jak i prawicy. A przecież, ujmując rzecz eufemistycznie, pisanina pokolenia 40+ nadaje się w tej materii do lamusa. Dźwigają garb studenckich sporów z lat 80. i wciąż uchodzą za aktualnych! Tylko w kraju o tak konformistycznym intelektualnie podejściu do myśli jak Polska, mogła udać się ta sztuka.
 
TLK Żeromski
 
Gdy wsiadam do dalekobieżnych pociągów, zwykle sprawdzam, jak się nazywają. Ot, choćby TLK Żeromski. Lubię myśleć, że na obitych brudnoniebieską tkaniną siedzeniach przycupnęli Cezary Baryka z Szymonem Gajowcem. A ten pierwszy pośród stukotu kół, wśród pejzaży (nie)pięknych za niedomykającym się oknem gada trochę do siebie, trochę do towarzysza podróży: „Polsce trzeba na gwałt wielkiej idei! Niech to będzie reforma rolna, stworzenie nowych przemysłów, jakikolwiek czyn wielki, którym ludzie mogliby oddychać jak powietrzem. Tu jest zaduch. Byt tego wielkiego państwa, tej złotej ojczyzny, tego świętego słowa, za które umierali męczennicy, byt Polski – za ideę! Waszą ideą jest stare hasło niedołęgów, którzy Polskę przełajdaczyli: »jakoś to będzie«!”.
 

Tak, te słowa trzeba zaktualizować, zrozumieć w naszym „tu i teraz”. Ale nie można się od nich wciąż odwracać, ze śmieszną obawą, że kryją treść nacjonalistyczną, endecką, nie-lewicową. Zresztą, bardziej od narodowców boję się wciąż tych, co choćby z „Solidarnością” na ustach Polskę przełajdaczyli. Trzeba trochę dumy i nieco odwagi, trochę więcej szacunku i zrozumienia dla własnej historii, zamiast narzekań, że inni zabrali nam polskość. Inaczej zawsze będziemy przyczynkarskim dodatkiem do życia społecznego kraju, za który jesteśmy współodpowiedzialni. Bo jeśli chcemy więcej sprawiedliwości społecznej, bardziej egalitarnego porządku ustrojowego, lepszego życia dla przeciętnych obywateli tego państwa, to nie zbudujemy tego wszystkiego z własnych uprzedzeń i poczucia wyższości wobec Polaków z biało-czerwonymi flagami i chorągiewkami na Marszach Niepodległości. Jak możemy pracować dla dobra społeczeństwa, jakim ono jest, jeśli jesteśmy wykorzenionymi gadułami, uczestniczącymi w spotkaniach gromadzących garstkę współwyznawców tych samych przekonań? Załamujemy ręce nad rosnącą popularnością narodowców, ale kim jesteśmy dla własnych współobywateli, ludzi żyjących tutaj często bez nadziei na lepsze życie? Co mamy im do zaoferowania? Jakie idee, jakie wartości, jakie perspektywy? Kim jesteśmy dla tych starszych kobiet wyrzucanych z mieszkań przez kamieniczników, dla młodych ojców rodzin, którym sen z powiek spędzają niespłacone kredyty? Chcemy pomóc – ale często nie będzie to możliwe, jeśli nie zaakceptujemy także tego, że polskość jest istotna dla wielu z tych ludzi. I że możemy pokazać jej inne niż endeckie oblicze. Nie zrozumieją nas? Odrzucą? Będą zaskakiwać swoimi opiniami? Ale czy to oznacza, że jedyną strategią postępowania ma być ekskluzywizm i poczucie wyższości?
 

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz


 

Płacz po fladze
 
Kilka, albo już kilkanaście miesięcy temu spotkałem na ulicy Rydla w Krakowie nieznaną staruszkę. Zaczęliśmy rozmawiać przy schodach do apteki. Kobieta była drobna, oczy miała wyblakłe, ale żwawo gestykulowała i słała żart za żartem. Nagle zaczęła opowiadać o 1945 roku, jak do jej domu weszli obcy ludzie, kazali jej matce podrzeć biało-czerwoną flagę i zostawić tylko tę czerwoną część. Rozpłakała się – była małą dziewczynką. Jeśli chcecie zrozumieć lęk i obawę innych przed własną, lewicową tożsamością, to zrozumcie także tę opowieść i to historyczne doświadczenie wielu ludzi, z którego chętnie, a często cynicznie korzystają przeciw nam ideolodzy prawicy. Stąd lepiej zmierzyć się z prawdą i umieć odpowiedzieć, jak różne były lewicowe tożsamości i jak różne mogą być dziś, zamiast chować się za sloganami o supremacji faszyzmu i własnej nieugiętej postawie wobec nacjonalizmu. Im szybciej zaczniemy o tym na serio mówić – tym lepiej. Bo nie wiadomo, czy będzie kolejna szansa w kraju tak gruntownie meblowanym przez neokolonialny kapitalizm.
 

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Nie głoszę anachronicznego powrotu do przeszłości. Dziś stoją przed nami nowe wyzwania i ich część będzie odnosiła się już do symbolicznego uniwersum, w jakim kształtowane są najmłodsze pokolenia aktywnych w przestrzeni publicznej Polaków. Ale z przeszłości można wciąż wyciągać pożyteczne lekcje, tym bardziej, że wyraźnie widać, jak bardzo prawica wciąż chce wykorzystywać antylewicowe resentymenty by utrwalać bezalternatywność własnej wizji polskości i tutejszej odmiany kapitalizmu (tak, te kwestie mocno się łączą).
 

Gdy 7 listopada słuchałem Krakowskiego Chóru Rewolucyjnego pod pomnikiem upamiętniającym rodzime zrywy społeczno-niepodległościowe, czułem w każdym słowie tę zapoznaną jedność: ojczystych słów i radykalnego, lewicowego przesłania. To są rzeczy do pogodzenia i żadna z nich nie brzmi fałszywie w tym chórze, w tej pieśni. Trzeba tylko się wreszcie wyzwolić z cudzych i własnych przesądów i lęków. Nasze są i piękne, i ohydne sprawy, zapisane w dziejach naszego społeczeństwa i państwa. Lepiej je wszystkie zobaczyć, niż chować się przed polskością – lepiej ją współtworzyć, niż patrzeć, jak karłowacieje w cudzych rękach.

 

PS Wszystkim zainteresowanym tematem polecam także niedawno odkrytą książkę Marty Aleksandry Balińskiej, „Ludwik Rajchman. Życie w służbie ludzkości”. Myślę, że ta opowieść o PPS-owcu wyrosłym w zasymilowanym, żydowskim domu społeczno-radykalnych polskich patriotów może zdecydowanie przemówić do wyobraźni osób, które szukają innego niż neoendecki modelu polskości.