dwutygodnik internetowy
13.02.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Zapchana pamięć. Kilka pytań o „Latakię” Szymona Słomczyńskiego

Wydany w ostatnim miesiącu minionego roku tom finalisty Nagrody Nike Szymona Słomczyńskiego jest zbiorem gęsto zaszyfrowanych tekstów, które wymagają wielokrotnej, uważnej lektury. Warto zmierzyć się z ważnymi pytaniami, które ta poezja uporczywie zadaje zarówno czytelnikowi/czytelniczce, jak i samej sobie.

materiały prasowe

materiały prasowe

Nowe wiersze Szymona Słomczyńskiego nie należą do łatwych. Ta poezja (tak samo zresztą jak jej lektura) utkana jest z niepewności, zwątpień i momentów zatrzymań językowej maszyny, która odgrywa tutaj jedną z głównych ról. Napisane w wysokim, eleganckim rejestrze utwory są jednocześnie organizowane i dezorganizowane przez specyficzną (nad)produkcję zaciemnionych znaczeń, które często kumulują się w polisemii. Obcujemy z nią przecież nawet w samym tytule zbioru – Latakia, a zatem portowe miasto w Syrii, jest także latakią, czyli gatunkiem tytoniu. Już na wstępie nasuwa się pierwsze pytanie o relację, zależność między Latakią i latakią oraz o to, jakie znaczenia to napięcie przynosi. Odpowiedzi na te pytania nie tylko nie muszą być jasne, ale także – tak to już u Słomczyńskiego wygląda – mogą w ogóle nie nadejść.

W tym ogromnie gęstym tomie mamy do czynienia z otchłannym wirem odniesień, kontekstów,  różnorakich hiperłączy. Ta gra ma swoje znaczenie, jeśli można tak powiedzieć, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne – a zatem nie tylko stanowi pewną metodę prezentacji treści, ale także wydaje się komentować samą siebie. Poza ogromną erudycją i niewątpliwym talentem pozwalającym mu na budowanie skomplikowanych intertekstów Słomczyński ma także umiejętność dokonywania głębokiej poetyckiej autorefleksji – większa część pomieszczonych w „Latakii” utworów traktuje (również) o poezji i o możliwości stosowania różnych poetyckich strategii.

Dzieje się tak chociażby w otwierającym tom wierszu „Ostatki”: bohaterka wybiera się na tańce, które mogą być szyframi albo szarżami. A może mowa tu nie tylko o tańcach? Może uprawnione będzie przypuszczenie, że mamy tu do czynienia z zalążkiem prowokacyjnej ars poetica? Być może to właśnie pomiędzy szyframi i szarżami zawiera się ta poezja – z jednej strony enigmatyczna i hermetyczna, z drugiej jednak – nigdy nierezygnująca z zadawania pytań, chociażby o możliwość funkcjonowania poezji zaangażowanej. Poeta wydaje się tutaj zresztą wikłać w bardzo ważną dla współczesnej polskiej poezji dyskusję o lirycznych reprezentacjach doświadczeń uczestnictwa w zdarzeniach o charakterze społeczno-politycznym, ale unika zajmowania wyraźnego stanowiska, wybierając raczej pozycję nieufnego obserwatora.

Ulubiony krytyczny zabieg Słomczyńskiego polega na uruchomieniu „maszyny zaangażowania”, a następnie zepsuciu jej, co powoduje – choćby czasową – utratę zaufania w polityczną moc oddziaływania wiersza. Przyjrzyjmy się większemu fragmentowi utworu „Casino Loyal”, który wydaje się mieć dla tej jego strategii poetyckiej charakter emblematyczny:

Zachód jest hazardzistą.

Wschód jest krupierem. Rozwiń

wprawne, mandarynkowe

chmury w zasięgu tarczy.

Krajobraz się ogrywa

 w pogodnych rekwizytach.

Słońce byłoby płaskie.

Tarcza to metonimia.

 

Nie udawaj malarza.

Malowane nie działa.

O słońcu się milczy przy

uczulonych na światło.

[…]

Co szepczą latakianki

cichym latakijczykom

w wyciszonej Latakii?

 

Od wschodu, od zachodu

bezdźwięczne bombowce

w bezszelestnej obstawie.

Tekst zaczyna się od klarownego rozdzielenia ról, które wpisują się w metaforykę zwiastowaną, jak się z początku zdaje, przez jego tytuł. A jednak wnet obraz zostaje rozmontowany – tarcza to metonimia, a wizerunek jest tylko fatamorganą, którą zmalował poeta. Malowane nie zadziała, a Latakia pozostanie obszarem ciszy, którego dosięgnąć być może nigdy nie zdołamy.

Metoda Słomczyńskiego polega na ironicznym rozdzieraniu wartkich toków łatwych wywodów, które stają się na drodze drobnych – wydawałoby się – przesunięć całkowicie niemożliwe. Nie da się tu nie wpaść w tradycyjną pułapkę ironii, która neguje znaczenie tak dalece, że neguje także i samą negację, powodując, że obie strony poetyckiego kontraktu stają się całkowicie bezradne, ponieważ wytracony zostaje jakikolwiek punkt zaczepienia. Ta świadomość zmusza Słomczyńskiego do ciągłego zadawania pytań sygnalizujących przeczucie ryzyka relatywizacji:

debiutuje

Tu-160

z animuszem,

amunicją kasetową.

 

Czy to istnieje

ostrzej niż społeczeństwo,

strzygi albo jednorożce?

(„Ponad głowami przechodniów”)

Tak niewiele tutaj wiary w możliwość jakiejś synchronizacji, jakiegoś uzgodnienia, które mogłoby funkcjonować w ramach  dwóch podstawowych poetyckich paktów: między czytelnikiem/czytelniczką i autorem/autorką oraz między, powiedzmy, słowem, obrazem i rzeczywistością. Zamiast tego mamy do czynienia z jakąś dziwną przestrzenią nieoznaczoności:

Czarnowidzenie o pisaniu

całkiem blisko granicy z Litwą:

nie wiedzieć, kto do kogo pije,

co z czym się gryzie, nie znać nawet

obrazów z własnych ścian, a zresztą

jakie one własne?

(„Archiwum rdzeni wiertniczych”)

Wydaje mi się, że właśnie przestrzeń ma w „Latakii” kluczowe znaczenie. Słomczyński nieustannie tworzy jej gęste mapy – topograficzne palimpsesty skupiające w sobie niejasne, fragmentaryczne wizerunki. Nierzadko ma się wrażenie, że nazwy, imiona, przedmioty, miejsca składają się na jeden ciemny nurt, który anuluje podział na zmyślone i istniejące. Oznaczałoby to chyba także niemożność stworzenia jakiejś spójnej mapy pamięci, która pozwoliłaby na okiełznanie wiru słów i zdarzeń. Możliwość archiwum zostaje przekreślona; sądzę, że projekt Słomczyńskiego ciąży raczej ku czemuś, co określić można mianem ANarchiwum. Mowa tu o pewnym krytycznym projekcie pamięciowości, ale nie jej entropii – autorowi „Latakii” daleko bowiem do poznawczego nihilizmu. Nigdy nie zaniecha zadawania pytań, nigdy także nie zadowoli się beztroską konstatacją o przygodności języka i istnienia w stylu Richarda Rorty’ego. Właśnie o tym wydaje się pisać Słomczyński w świetnej „Hydrotechnice”:

To nie jaz i piętrzę na

odświeżanie starych numerów;

nieczysto gram na szkodę,

a mogło być tak rzewnie:

trzecia nad ranem, Młynówka Królewska

(dawno zasypana) w roli, odpowiednio,

nieprzyzwoitej pory i pustego parku,

czyli czasu i miejsca, plus właściwa zwłoka

zamiast powetowanej szkody, no i pięknie!

 

To by nie drażniło, tak jak drażni teraz, tylko tyle

śluz otwarto, tyle wody przelano, a imiona rzek

są wciąż trwalsze od naszych. Pamięć się zapycha,

nowe numery nie wchodzą i bądź tu zrozumiały.

Jaz jest hydrotechniczną budowlą służącą do stałego utrzymywania poziomu wody w zbiorniku. Słomczyński chce anulować możliwość – mam tu świadomość nazewniczego ryzyka – „jazowej geopoetyki pamięci”, polegającej na prostej prezentacji wspomnienia umocowanego w konkretnej i jasnej czasoprzestrzeni. Nie da się już niczego w ten sposób przywołać; Młynówka Królewska nie może już stać się symbolem, „odpowiednio, nieprzyzwoitej pory i pustego parku”. Słomczyński nie chce i nie może porzucać pamięci, ale ma świadomość tego, że jawi się ona przede wszystkim jako gęsty amalgamat, że jest ona „zapchana” mimo wszelkich prób udrażniania jej za pomocą poetyckich śluz. Hydrotechnika, a raczej hydrokrytyka Słomczyńskiego wymaga odrzucenia także literackiej strategii polegającej przede wszystkim na bezrefleksyjnym wytwarzaniu archiwów czasów i miejsc. Taka strategia skutkuje bowiem wyłącznie powstaniem katalogu pozbawionych referencjalności „imion rzek”, które zapychają pamięć, nie zaś realnym upamiętnieniem.

Otwarte pozostają pytania zupełnie kluczowe, a mianowicie – czy w ogóle możliwa jest inna geopoetyka pamięci? Czy ANarchiwum funkcjonuje wyłącznie w trybie krytycznym, czy też ma związek z jakimś projektem pozytywnym? Czy jesteśmy skazani na utopienie w wirze symulakrów? Czy można upamiętnić Latakię w taki sposób, aby nie stała się tylko jedną z pustych nazw? Czy może zaistnieć jej obraz, a nie tylko obrazek? Słomczyński nie pozostawia łatwych odpowiedzi ani na powierzchni, ani w gęsto zaszyfrowanej głębi swoich tekstów – „wybieram doraźne domknięcie i uchylam je szeptem”, pisze w jednym z utworów z poprzedzającego „Latakię” tomu „Dwupłat”. To sprawia niewątpliwie, że lektura „Latakii” jest poniekąd doświadczeniem frustrującym. Chyba jednak także właśnie na otwieraniu nowych rejonów niepewności polega praca, którą ma do wykonania poezja w ogóle, a już poezja współczesna w szczególności.