dwutygodnik internetowy
09.09.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Zabrali mi kraj. O emigrantach z Wenezueli

Z Wenezueli doby kryzysu ucieka więcej niż jeden na dziesięciu mieszkańców. To obecnie druga największa fala migracyjna na świecie. Reportaż „Zabrali mi kraj” przedstawia ten proces poprzez historie osobiste Wenezuelczyków żyjących dziś w Ekwadorze, Peru, Boliwii, we Włoszech i Irlandii, a także w Polsce.

wenezuela

Publikujemy pierwszy rozdział e-booka autorstwa Wojciecha Ganczarka.

 

Już nie tylko sklepowe półki: także mieszkania zaczynają świecić pustkami. Blisko cztery miliony Wenezuelczyków właśnie uciekło z kraju.

 

Czy powinnam

— To była duża, ciemnawa sala. Podzielono ją na niewielkie komórki dziurawymi zasłonami — opowiada Nelsyn. — Chorzy,  dorośli i dzieci, leżeli na brudnych materacach, bez pościeli. Niektórym aplikowano jakieś lekarstwa, inni patrzyli w pustkę. Wielu z nich — w samotności. W ich oczach malował się ból.

Nelsyn ma 30 lat i czarne, ciasno poskręcane loki, które raz po raz odgarnia z jasnej twarzy. Ściślej: odgarniała je cztery lata temu w Caracas, gdy późnymi popołudniami kończyła prace administracyjne w Najwyższym Trybunale Sprawiedliwości. Kilkadziesiąt minut, które pozostawały do zmroku, wykorzystywaliśmy na rozmowy. Bo po zmroku, wiadomo: natychmiast do domu, kryj się, kto może.

— Mojżesz co chwilę wpadał w konwulsje — dodaje.

W tamtym czasie Mojżesz, syn znajomej Nelsyn, zachorował na AIDS i — dzięki kontaktom i błaganiom — trafił do Szpitala Uniwersyteckiego w Caracas. To tam chodziła go odwiedzać. Dziś mieszka w Urugwaju, półtorej godziny od stolicy, Montevideo. Zanim wyjechała, nabawiła się problemów z plecami.

— Wówczas okazało się, że moje ubezpieczenie wystarczało zaledwie na kilka godzin opieki w szpitalu prywatnym — wspomina. — Jasne, mogłeś iść do publicznego, ale tam nie mieli rękawiczek, strzykawek, bandaży, niczego. A w aptekach jakikolwiek lek kosztował cię trzy czwarte miesięcznej pensji.

 

Był rok 2017, w sklepach brakowało ryżu, mąki i papieru toaletowego, a Miguelowi* — młodemu studentowi architektury z Barquisimeto — nie starczało na kserówki.

— Któregoś dnia podeszła do mnie matka i powiedziała, żebym lepiej znalazł sobie pracę — mówi.

Jeszcze niedawno nie należeli do rodzin, którym by czegokolwiek brakowało. Matka Miguela, oprócz zajęć WF-u w okolicznej szkole, prowadziła cztery lokale handlowe: kafejkę internetową, sklep odzieżowy, warsztat rowerowy i restaurację. W kolejnych latach kryzysu zamykała je jeden po drugim.

— Pamiętam, jak rozdrabnialiśmy mięso kurczaka na coraz mniejsze porcje, żeby wystarczyło na dłużej — opowiada Miguel. — A potem jadło się już tylko ryż i smażone banany.

Siedzimy w kawiarni na rogu rynku w Santa Cruz de la Sierra na wschodzie Boliwii. Miguel odpowiada niemrawo, sennie. Pracuje na nocnej zmianie w magazynie kosmetyków i chociaż śpi osiem godzin w ciągu dnia, jeszcze się nie przyzwyczaił do nowego trybu życia. Ziewa, gdy opowiada, jak to wspólnie z mamą i babcią stali dwie doby w kolejce do spożywczego po butelkę oleju. Zmieniali się co kilka godzin.

— A dlaczego Boliwia? — pytam, bo Boliwia to dość mało popularny kierunek emigracji.

— Czytałem w internecie, że tu jest łatwiej — rzuca krótko.

— W jakim sensie łatwiej? — dopytuję.

— No, że jedzenie — Miguel zaczyna, zaraz urywa i precyzuje, że to o tym przede wszystkim myśli Wenezuelczyk, gdy wyjeżdża z kraju — że jedzenie jest najtańsze w Boliwii.

 

Kryzys w Wenezueli zaczyna nabierać rytmu krótko po śmierci Hugo Chaveza w 2013 roku. Trzy lata później cena baryłki ropy spada w okolicę 20 dolarów — to ogromna zmiana w porównaniu do ponad 140 dolarów w rekordowym roku 2008 — i naftowy gigant chwieje się na glinianych nogach. Lwią część produktów pierwszej potrzeby Wenezuela sprowadza z zagranicy i opłaca właśnie zyskami z ropy. Sprzedaż surowca to praktycznie jedyne źródło dewiz: według danych Banku Centralnego na rok 2012 — ostatnich, jakie opublikowano — ropa naftowa odpowiada za 96,1% wpływów z eksportu. W konsekwencji, gdy cena surowca spada, w sklepach zaczyna brakować wszystkiego: mydła, ryżu, mleka czy kawy.

Kawa nie pojawia się tu przypadkiem: jeszcze przed stuleciem Wenezuela żyła z jej sprzedaży. Wszystko zmieniło się po odwiertach w dnie jeziora Maracaibo w latach 20. XX wieku. Już w 1935 roku kraj wspina się na sam szczyt rankingu eksporterów czarnego złota, a 15 lat później rolnictwo — niedawny filar gospodarki narodowej — kurczy się do mizernych 10% PKB.

Lokalna waluta utrzymywana przez dziesięciolecia na stałym, wysokim kursie wobec dolara, nie pomaga w rozwoju produkcji krajowej: kupno wyrobów zagranicznych jest po prostu dużo tańsze. Jakby tego było mało, w latach kryzysu lat 80. i ponownie w 2003 roku — już za czasów Chaveza — rząd w Caracas wprowadza zróżnicowane kursy wymiany walut. W obu przypadkach importerzy dostają dolary po najniższym kursie na zakup żywności, przez co uprawa ryżu czy hodowla kurczaków w Wenezueli staje się jeszcze mniej opłacalna: producent krajowy nie jest w stanie konkurować z subsydiowaną żywnością z zagranicy. Gdy do tego dochodzą odgórnie narzucone ceny — często niższe od realnych kosztów produkcji — coraz większe rzesze producentów zmieniają branżę na handel zagraniczny, a konkretnie na import. Rzeczywiście: dziś na wenezuelskiej wsi zobaczymy więcej nieużytków niż pól i pastwisk. Niski poziom produkcji krajowej w połączeniu ze ścisłą zależnością eksportu od ropy naftowej od lat były bombą z opóźnionym zapłonem. Ta bomba właśnie wybuchła.

Dziś nie chodzi już tylko o braki na sklepowych półkach.  W dużych miastach coraz częściej nie ma wody i prądu, szpitale nie dysponują elementarnymi lekami, a na ulicach dzieje się, co chce: mówimy o państwie w stanie rozkładu. Według szacunków Organizacji Narodów Zjednoczonych odsetek ubóstwa w Wenezueli wyniósł w 2018 roku 87% — to poziom nienotowany dotąd w historii kraju ani niespotykany w innych krajach regionu. Alarmujące wskaźniki notuje się także w przypadku przestępczości: Wenezuelskie Obserwatorium ds. Przemocy podaje, że w 2017 roku w Wenezueli każdego dnia dochodziło do 75 morderstw.

 

— Przy rabunku sprawa jest prosta — wyjaśnia Yohana — podjeżdżają, mówią: daj mi wszystko, co masz, i do widzenia.

Tamtym razem było inaczej: czterech mężczyzn na motorach śledziło samochód, którym jechała.

— Chodziło o porwanie — zapewnia. — Cudem udało nam się uciec: taksówkarz przyspieszył, skręcił w boczną uliczkę i zdołał zgubić napastników.

Ojciec Yohany miał mniej szczęścia: przyszło mu zobaczyć na własne oczy jak w drodze na wspólny obiad zamordowano jego przyjaciela.

— Po tych dwóch wydarzeniach zapytałam sama siebie: czy warto się tak narażać, zostając w kraju?

Dziś Yohana, trzydziestoletnia drobna brunetka, mieszka w Limie, stolicy Peru. W Caracas projektowała i szyła stroje kąpielowe. Z czasem import tkanin stawał się coraz trudniejszy, spadła sprzedaż i firma stanęła na krawędzi upadku: wariant emigracji zyskiwał coraz szersze uzasadnienie. Yohana postanowiła wyjechać w podróż, ale po kraju.

— Przez cztery miesiące odwiedzałam miejsca, w których nigdy wcześniej nie byłam — wspomina — karaibskie plaże, andyjską Meridę czy masyw Roraimy. I cały czas zastanawiałam się, czy rzeczywiście powinnam, czy potrafiłabym opuścić Wenezuelę.

Po powrocie Yohana spróbowała jeszcze otworzyć nowy sklep w centrum miasta, ale nieustające zamieszki i protesty w okolicy zmusiły ją do wycofania się z inwestycji.

— Decyzja została podjęta — mówi.

Poprosiła znajomych za granicą, by kupili jej bilet z Kolumbii do Peru. Połączenia bezpośrednie z Wenezueli były niemal dwa razy droższe, a samo opłacenie biletu lotniczego w kraju to ciąg niekończących się komplikacji związanych z brakiem dostępu do swobodnej wymiany walut. Yohana na granicę pojechała autobusem.

— Spojrzałam po raz ostatni na wenezuelskie Andy i tak to się skończyło.

 

* Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.