dwutygodnik internetowy
25.02.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Za wzgórzami

Motorem napędowym filmu jest oczywiście opozycja między religią a nowoczesnością, różnica w podejściu do moralności, świata, życia. Nadużyciem byłoby jednak powiedzenie, że „Za wzgórzami” to film antyreligijny

Christian Mungiu to reżyser, który rzadko staje za kamerą. Kiedy jednak już to robi, to w przeciwieństwie do innego twórcy, podobnie podchodzącego do filmów, za którym jednak nie przepadam (i tak, chodzi mi o Mallicka), kręci naprawdę dobre dzieło. Czego potwierdzeniem może być zresztą nagroda w Cannes za scenariusz.

 

Po długiej rozłące spotykają się dwie przyjaciółki, razem mieszkające kiedyś w sierocińcu. Alina (Christina Futur) to pracująca w Niemczech dziewczyna, która „przesiąkła” Europą Zachodnią i jej wartościami. Z kolei Voichita (Cosmina Stratan) odnalazła spokój w klasztorze, z którego Alina pragnie ją zabrać. Kiedy jednak zaczynają się u niej objawy choroby, przełożony klasztoru (Valeriu Andriuta) zaczyna podejrzewać, że za tym wszystkim kryją się znacznie mroczniejsze siły.

 

„Za wzgórzami” to przykład filmu, który, chociaż rozwleczony i w zasadzie ubogi w akcję, od pierwszego momentu wciąga niczym bagno. Wynika to, po pierwsze, ze znakomitej reżyserii, po drugie z tego, iż historia jest nie tylko ciekawa (i inspirowana prawdziwymi wydarzeniami), ale także zmuszająca do myślenia.

 

Motorem napędowym filmu jest oczywiście opozycja między religią a nowoczesnością, różnica w podejściu do moralności, świata, życia. Co jednak ważne, wcale nie jest ona pokazana w sposób oczywisty i jednostronny. Owszem, ksiądz reprezentujący religię jasno pokazuje, że często wykute na pamięć dogmaty nijak mają się do rzeczywistości i nie przystają do prawdziwego życia. A czasem wręcz mogą mu poważnie szkodzić. Do tego są tu elementy wskazujące na to, że religia to także sposób na kontrolowanie innych osób, przydawanie sobie prawa decydowania o tym, co jest dobre, a co złe, w istocie: ograniczanie wolności. Ważna w tym kontekście jest także postać Voichity, która w zasadzie przestała samodzielnie myśleć i większość z tego co mówi, jest wyłącznie powtórzeniem tego, co przeczytała w świętych księgach albo usłyszała od księdza.

 

Z drugiej jednak strony Alina też ideałem nie jest. Jej choroba może mieć wiele różnych przyczyn: mocno nieszczęśliwą przeszłość, to, że prawie nikt jej nigdy nie pomógł. Warto jednak zauważyć, że wyraźnie nie chce ona zrozumieć, czy uszanować poglądów sióstr przebywających w klasztorze. Odnosi się do nich ze swoistą pogardą, a także jest w stanie zrobić wiele, byleby tylko osiągnąć swój cel, jakim jest zabranie Voichity z tego miejsca. A motywy stojące za tym, choć zrozumiałe, są czysto egoistyczne.

 

Wydaje mi się więc, że nadużyciem byłoby powiedzenie, że „Za wzgórzami” to film antyreligijny. Tym bardziej, że nie od razu wiadomo, co dzieje się z Aliną, z czego wynikają jej dziwne zachowania. Wspomaga to kilka scen kręconych w zasadzie jak horror, które dodatkowo wzmacniają w widzu zaintrygowanie, ale też potrafią zaniepokoić.

 

Dodatkowym atutem są bardzo dobrze, przekonywające role wszystkich aktorów, a także bardzo ładne zdjęcia, świetnie skomponowane i przemyślane kadry.

 

„Za wzgórzami” nie jest filmem łatwym, tym bardziej, że trwa grubo ponad dwie godziny. Jednak według mnie warto to dzieło zobaczyć oraz dokładnie przemyśleć.

 

 

Przeczytaj inne teksty Autora.