dwutygodnik internetowy
18.12.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Z kocem i bez. Kulturalne rekomendacje na grudzień

Pomysły na kulturalne eskapady w okresie poświątecznym dla każdego – również bez potrzeby ruszania się spod koca – przygotowała redakcja dwutygodnika „Kontakt”.

Ilustr.: Andrzej Dębowski

Ilustr.: Andrzej Dębowski

Kiedy opadnie kurz świątecznych porządków, a ciepło rodzinnych i spokojnych świąt (czego jako redakcja serdecznie wszystkim życzymy) otoczy nas chociaż na chwilę, przyjdzie wyczekiwany czas na nadrabianie zaległości kulturalnych. Z myślą o swoich czytelnikach redakcja „Kontaktu” przygotowała kilka rekomendacji kulturalnych na poświąteczny czas. Część z nich możliwa do zrealizowania nawet bez ruszania się spod ciepłego koca!

Płynąc delfinem pośród malin

„Delfin w malinach. Snobizmy i obyczaje ostatniej dekady”, wyd. Czarne, Wołowiec 2017.

„To działanie wbrew prawu Lavera – zgodnie z którym musi minąć zwykle około dwudziestu lat, aby jakiś styl w modzie z niemodnego dziadostwa stał się pożądanym gadżetem retro” – tak Olga Drenda opisuje sytuację kupowania przez mężczyznę w sklepie szklanek z logiem Euro 2012 na kilka lat po tym pamiętnym polskim święcie sportu. Słowa te z powodzeniem odnieść można do wielu zjawisk opisywanych przez autorów w książce „Delfin w malinach. Snobizmy i obyczaje ostatniej dekady”. Niby nie tak dawne, a u wielu wywołujące już teraz łezkę nostalgii w oku, a dla innych (w tym dla autorki tego komentarza) będące historią być może nawet przeżytą, ale na bieżąco często nieuświadamianą.

Jako że redakcja (Łukasz Najder i zespół „Dwutygodnika”) nie ukrywa, że rezygnuje z jakichkolwiek podziałów na kulturę wyższą i tę w wydaniu pop, w zbiorze znajdziemy wszystko, co emocjonowało przez ostatnie dziesięć lat z górką zarówno koneserów sztuki, jak i przeciętnych internautów. Pojawiają się więc: Tęcza z placu Zbawiciela, autorzy związani z Lampą, memy, fascynacja estetyką PRL-u, kultowe miejsca takie jak CDQ czy Raster, narracje smoleńskie…

Przegląd tyle szeroki, co pewnie i tak wciąż elitarny – ograniczony do centrów polskiego życia kulturalnego, modnych instytucji i person. Tym samym wpisujący się w charakter dekady, którą Agata Pyzik, jedna z autorek tekstów zawartych w książce, opisuje: „Nikt wtedy jeszcze (a nawet nadal) nie mówił o «Dystynkcji» Pierre’a Bourdieu i polu literackim, nie pokazywał, jak olbrzymie, nieuświadomione i bezdyskusyjne uprzywilejowanie nas cechowało”.

„Delfin w malinach” również nie ma ambicji tego robić, ma stanowić jedynie „gabinet osobliwości, niekompletny zestaw wytrychów do teraźniejszości”. Szczególnie cenny, jeśli intuicja pojawiająca się na kolejnych kartkach książki okaże się słuszna i pierwsza dekada XXI wieku wraz ze swymi nierzadko kuriozalnymi wytworami przejdzie w całości do historii.  

Nocne koszmary jednego procenta

Serial „Dynastia”, Netflix.

Jeśli jesteś Carringtonem w Ameryce 2017 roku, niewiele rzeczy jest równie prostych, jak w latach 80. ubiegłego wieku – latynoskie pochodzenie nie czyni ludzi z automatu służbą, a homoseksualizm i proekologiczne poglądy syna nie są wystarczającym powodem do wydziedziczenia go.

Wir społecznych zmian zmusił twórców nowej wersji „Dynastii” do symbolicznego progresywnego liftingu – żona protagonisty z all-American girl Krystle zmieniła się w pochodzącą z Ameryki Łacińskiej businesswoman, a ród Colbych okazał się czarnoskóry. Zza tej zmiany wyłania się jednak brutalna prawda. Samo dopuszczenie mniejszości do kapitalistycznego panteonu nie rozwiązuje problemów, z którymi całe grupy społeczne wciąż muszą się mierzyć. To nic, że w pierwszym sezonie odświeżonej serii scenarzyści obciążają głowę rodu Carringtonów walką z tabloidami, z którymi udaje mu się jeszcze porozumieć znanym mu językiem pieniędzy i koneksji. Prawdziwym horrorem jest stan ciągłego oblężenia ze strony tych, przed którymi dotychczas tłumaczyć się nie musiał – doprowadzoną do szaleństwa żoną pracownika elektrowni, zamordowanego w wyniku korporacyjnego spisku; porzuconą na pożarcie wenezuelskim gangsterom imigrantką czy córką, która stroi sobie żarty z niekwestionowanej dotychczas rodzinnej lojalności i samodzielnie wypływa na biznesowe wody.

Trudno nie czerpać pewnej satysfakcji z desperackich prób utrzymania władzy przez archetypicznego przedstawiciela amerykańskiego jednego procenta, jakim jest Blake Carrington. Kto z tego pojedynku wyjdzie z tarczą – stary pieniądz czy nowo nabyta sprawczość dotychczas wykluczonych?

Nieznośna trywialność miłości

Serce miłości”, reż. Łukasz Ronduda, 2017.

Chociaż zwiastunami i promocją „Serce miłości” obiecywało mocne psychologiczne napięcie między dwojgiem charyzmatycznych artystów – Zuzanną Bartoszek i Wojtkiem Bąkowskim – w rzeczywistości film Łukasza Rondudy uwodzi czymś zupełnie innym. Opowiedziana historia jest de facto trywialna – spotkanie-związek-rozstanie – ot, oklepana triada fabularna. Dobrze znane nie tylko ze sztuki motywy (kłótnie, zazdrość i przemoc przeplatające się przez wzajemne wsparcie, fascynację i bliskość kochanków) nie nabierają żadnej niezwykłości przez fakt, że główni zainteresowani to artyści. Sama oprawa estetyczna sprawia jednak, że ten z pozoru odgrzewany kotlet smakuje nad wyraz dobrze. Można powiedzieć, że ubierając ten oklepany motyw w nietypowe, intrygujące szaty, Ronduda wynosi go do nowego wymiaru. Bardziej adekwatne wydają mi się jednak odwrotne metafory: dzięki bezwzględnej szczerości bohaterów, krótkim, wręcz ascetycznym scenom i inteligentnie lapidarnym dialogom do kości obnażona zostaje struktura zaczynającego się i kończącego związku. Jak na dłoni widać, że bycie artystą niczego tutaj nie zmienia – może tylko to, że da się o naszym wspólnym doświadczeniu piękniej opowiedzieć.

Skok w dal – wbrew szarej codzienności

Wystawa: Radość nowych konstrukcji. (Po)wojenne utopie Mariana Bogusza, 7.11.2017–4.02.2018, Zachęta.

„Na naszych placach prawie nie ma sztuki współczesnej” – czytaliśmy na otwartej do niedawna wystawie o placach Warszawy. Otoczenie Pałacu Kultury woła o pomstę do nieba i potrzebuje gruntownej rewitalizacji. Sztuka współczesna jest hermetyczna i niezrozumiała dla większości społeczeństwa, a edukacja estetyczna niewystarczająca, czego skutki widać w przestrzeni miejskiej. To problemy nadzwyczaj aktualne, o których od wielu lat głośno. Wszystkich ich był świadom Marian Bogusz i – zanim to było modne – postulował szeroko idące zmiany, propagował ideę popularyzacji sztuki współczesnej, wierzył w jej oddziaływanie na przemiany społeczne.

Otwarta do lutego wystawa w Zachęcie przypomina tę zapomnianą postać charyzmatycznego wizjonera, aktywnego członka Klubu Młodych Artystów i Naukowców, współzałożyciela Galerii Krzywego Koła (sekcji plastycznej Klubu), podziwianego przez dziś tak często przypominanego i cenionego Oskara Hansena. Jego silna, utopijna wręcz wiara w realny wpływ sztuki na społeczeństwo zaowocowała w szereg projektów przebudowy wsi między innymi na „Ziemiach Odzyskanych”. Miarą jego wizjonerstwa jest jednak projekt przeprowadzony potajemnie podczas pobytu w Mauthausen – ileż trzeba było samozaparcia i odwagi, by w obozie koncentracyjnym po kryjomu na kocu organizować wystawę projektu modernistycznego osiedla i wydawać tam albumy słynnych malarzy. Tym uporczywym dążeniem do realizowania swoich awangardowych wizji inspirował i ożywiał jemu współczesnych. Warto wybrać się do Zachęty, by dać się ponieść jego wizjonerskim pomysłom. A także po to, by zobaczyć doskonały (choć również utopijny) projekt aranżacji przestrzeni wokół Pałacu Kultury. Bez wątpienia lepszy od zwycięskich projektów tegorocznego konkursu.

Opracowali: Ala Budzyńska, Kuba Szymik, Ida Nowak, Wanda Kaczor i Ania Dobrowolska.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Listopadowi wbrew. Propozycje kulturalne na najbliższe tygodnie

Przenośny, domowy wehikuł czasu. „Duchologia polska” Olgi Drendy

Place są nasze!

Między Bogiem a papieżem. O serialu „Młody papież”