dwutygodnik internetowy
29.01.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Z dzieckiem wśród ludzi

Niedawno widziałam reklamę pensjonatu: „No TV, no WiFi, no children”. Dwa lata temu chętnie bym się tam zatrzymała. Dziś nikt by mnie tam nie wpuścił.

ilustr.: Marek Rybicki

ilustr.: Marek Rybicki

Tekst pochodzi z 35. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Czyje są dzieci?”.

Och, jak dobrze, że nasza cywilizacja stworzyła place zabaw! Można w nich zamknąć najbardziej irytującą i najbardziej nudną część społeczeństwa. Bachory biegające bez wyraźnej logiki od zjeżdżalni do karuzeli. Machające kończynami. Wpadające na siebie. Mało tego, robiące siku pod tym krzaczkiem, kupę pod tamtym drzewkiem, gdzie jeszcze przed chwilą bawiły się w chowanego. Podkradające sobie nawzajem piłki, hulajnogi i wafle ryżowe. I jeszcze płaczące bez powodu. No bo, proszę państwa, płakać to można z powodu wojen, które trawią nasz świat. Albo dlatego, że panda jest gatunkiem wymierającym. Wielka Brytania z Europy wzięła i sobie poszła. A te małe na placu zabaw to czemu płaczą? Ojej, ojej, bo plastikowa kosiarka z supermarketu jest jedna, a chętnych kosiarzy kilku. Albo wlezie takie pod huśtawkę i już ryczy, bo niby nie widziało, że ktoś na niej się huśta, niby takie zaskoczenie, że nogami w buźkę okrągłą dostało, taka niesprawiedliwość dziecię spotkała. Jeden drugiemu piachem w oczy sypnie i już szloch. Wdrapie się w spodniach z goreteksu na zjeżdżalnię. Nie pomyśli, że wczoraj miało na sobie gacie z pluszu i żeby zjechać, to dorosły musiał go za nogawki w dół ciągnąć, poślizgu nie było żadnego. A tu po deszczu siada i jak torpeda leci, jak Małysz za młodu. Z tą różnicą, że Małysz po skokach raczej się cieszył, a małe ryczy wniebogłosy. Do tego umorusani wszyscy, bo nawet gdyby tę dzieciarnię w ciuchy od Chanel ubrać, szyku żadnego z tego nie będzie, bo i kasztanem potrafią się wymazać.

Dzieci do getta?

A posłuchaliby państwo dorosłych, którzy razem z bachorami się na tym placu zabaw zamknęli! Jakiż to dają popis poprawnej polszczyzny i wzór. Jakichże konstrukcji uczą, jakiegoż słowotwórstwa, jakże często wołacz i tryb rozkazujący uskuteczniają, jak wielce przyszłość przepowiadają: „Stój, bo upadniesz!”, „Znowu będziesz płakać”, „Nie leź tam, bo nie wleziesz”. Jakiejże logiki pokracznej nauczają: „Wyłaź z piaskownicy i siadaj na rower. Nie po to wzięliśmy rower z domu, żeby teraz siedzieć w piachu. Albo jedno, albo drugie. Zostawimy rower, wtedy wrócimy do piaskownicy” (tak, tak, to autentyk). I te popisy polszczyzny zrzędliwej: „Co ty, dzidzia jesteś, huśtaj się sam! Zobacz, jak dziewczynka ładnie się buja, a ty co?”, „Zaraz będzie padać i zmokniesz, jakie brzydkie chmury”, „Nie wziąłeś czapeczki, a taki straszny upał, krew ci pójdzie z nosa”, „Nie umiesz się ładnie bawić, to wracamy do domu”, „Liczę do dziesięciu i wychodzimy”. Poza tym jakże ci opiekunowie aktywnie pracują nad dyskopatiami swojej szyi, każdego dnia opuszczając ją niżej i niżej, coraz bliżej smartfonu, który przenosi ich do świata ciekawszego, do świata, który istnieje gdzieś hen za placem zabaw. Jakże wszyscy fizjoterapeuci przechodzący przez osiedle się cieszą, stawki z miesiąca na miesiąc podnoszą, jakże im te szyje nienaturalnie w kierunku pępków opuszczone nastrój poprawiają. A dialogi między dorosłymi osobnikami? „To dziewczynka czy chłopczyk?”, „Z jakiego jest miesiąca?”. I tak w nieskończoność można. Więc rozumieją państwo, o co mi chodzi, prawda? Dobrze, że ich tam zamknęliśmy.

Jak już obywatel będzie na tyle uformowany, że da się z nim niezależności sądów bronić, to może wejść w przestrzeń publiczną. Albo jak jego rodzic już się otrząśnie z tych „papu”, „bam”, „tuli tuli” i „mniam mniam”, to i jego przyjmiemy z otwartymi ramionami. A do tego czasu, na litość boską!, niech się hodują gdzieś w zacisznym miejscu, z dala od poważnych spraw (wspominałam już, że pandy wymierają?). Nie mają źle, w takiej Warszawie nawet paręnaście odpowiednio odpornych knajp powstało, gdzie ta cała ekipa z placu zabaw może się przenieść. Nawet seanse filmowe są dla takich, jakieś baseny i zajęcia fitness. Szczęść im Boże, niech tam chodzą. Nikt im nie broni.

No, mniej więcej tak myślałam sobie. Jeszcze w ciąży. Pewna byłam swego, że hej. Do dnia, w którym urodziła mi się córka. Miała cztery kilo i była bardzo inteligentna. A my z mężem tak jak kiedyś o kondycji demokracji, tak teraz w zaciszu domowym zaczęliśmy prowadzić dysputy o pomarszczonych rączkach, mikroskopijnych dziąsełkach i zawartości pieluchy powszedniej. Przed światem zewnętrznym jednak nieco swój entuzjazm powstrzymywałam, żeby mnie przypadkiem ktoś bezdzietny do jakiegoś getta nie wysłał. Nie powiedział: „Masz, babo, klubik, masz, babo, specjalny seans dla matek, masz, babo, fitness «Baba i bobas». Wara od naszego placu Zbawiciela, stolicy hipsterstwa polskiego”.

Nie chciałam się spotykać jedynie z rodzicami małych dzieci. Chciałam być wśród ludzi wszelkiej maści. Kupiłam więc chustę i ruszyłam w tournée po Warszawie.

ilustr.: Marek Rybicki

ilustr.: Marek Rybicki

Lwiątka czy dorosłe lwy?

Pierwszy raz córa w kawiarni była, kiedy miała tydzień. Wernisaż wystawy? Promocja książki? Ależ proszę państwa: w czym problem? Dziecię przecież w chuście śpi, nikogo nie gorszę, nie zmieniam pieluchy przy stoliku restauracyjnym w przerwie między rosołem a schabowym z kopytkami, nie gadam o kupkach (a na zapleczu, na przewijaku, musiałam nadrabiać: „Moja malusia, moja kicia kocia, moja córusia, nioch, nioch, nioch”). Pierś do buzi, chusta do karmienia na szyję i kontynuujmy tę przerwaną na minutkę konwersację na poziomie. Nie, żaden problem, naprawdę. Impreza w piątek o 20? Świetnie! Kąpiel, dobranocka? No, bez żartów. Podróże zagraniczne. Spanie w domach obcych ludzi. W namiotach. Puby. Baseny. Góry. Nie widziałam żadnego, absolutnie żadnego powodu, dla którego miałabym się w przestrzeniach dla dzieci i ich mam (można by napisać: mam i tatów, ale na Boga, żyjemy w Polsce, wiedzą państwo, jak jest) zamykać. I to było fajne. Bezdzietnym koleżankom bardzo imponowało, że jestem taka „normalna”, że mi „nie odbiło” po porodzie, że „światowe życie” prowadzę. Dziwili się i podziwiali.

Tyle tylko, że mogłam sobie chojraczyć, bo moje niemowlę nie zachowywało się (jeszcze) w sposób, który najbardziej irytuje dorosłych: nie piszczało, nie ciągnęło za spódnicę, nie przerywało w pół zdania. Leżało sobie w jednym miejscu i zachęcało do ogólnonarodowej adoracji. Tak, jakby go nie było. Problemy towarzyskie zaczęłam mieć, kiedy córa skończyła rok i coraz bardziej stawała się dzieckiem z placu zabaw. Odkryła możliwości związane z posiadaniem dwóch kończyn zakończonych butami. Uporczywie chciała być w ruchu. Iść przed siebie, biec, wspinać się, dotykać, żądać. Zaczęło nam być ciasno w miejskiej dżungli.

Agnieszka Stein w bardzo mądrej książce „Dziecko z bliska” opisuje sposób polowania stada lwów. Zasadzają się na antylopę wszystkie razem: i dorosłe osobniki, i takie, które dopiero się urodziły. Często zdarza się, że małe toto swoje: „Wrr, wrr jestem baldzo stlaszny lew i zalaz ciebie zjem” do antylopy za wcześnie rzuci. Antylopa weźmie swoje antylopie nogi za pas i nici z polowania, nici z kolacji, nici ze śniadanka dla całego stada. Nie znam się na lwach, ale Stein mówi (nie wiem, czy jest dobrym zoologiem, ale na pewno jedynym w Polsce ekspertem od dzieci, któremu ufam), że dorosłe lwy się nie obrażają, bo wiedzą, że tak wygląda nauka polowania. Zanim lew będzie mógł jakąś gazelę schwytać, musi ileś tych gazel przepłoszyć. Jak przez niezdarność polowanie się nie udaje, to nikt lwiątkom nie robi z tego powodu przykrości.

Myślę, że dzieciom w Polsce jest o wiele trudniej, bo oczekuje się od nich, że w autobusie i na przyjęciu u cioci będą dorosłymi lwami. Jak dziecko piszczy w kościele, to rozmodlone spojrzenia wiernych momentalnie stają się mniej pobożne. Jak rozleje zupę w knajpie, to wstyd. Jak ma swoje zdanie, to jest nieposłuszne. Jak już umie po polsku, ale jeszcze nie „w dyplomację”, to obciach. Jak się nie dzieli zabawką, to egoista. Jak puści bąka w filharmonii – tego się nie dowiemy, bo nikt go tam nie wpuści.

Nie ma w Polsce przyzwolenia, by dziecko zakłóciło dorosły porządek. Janusz Korczak tak dawno i tak ładnie pisał: „Jeśli podzielić ludzkość na dorosłych i dzieci, a życie na dziecięctwo i dojrzałość, to tego dziecka na świecie i w życiu jest bardzo, bardzo dużo. Tylko że zapatrzeni we własną walkę, własną troskę nie dostrzegamy go, jak dawniej nie dostrzegaliśmy kobiety, chłopa, ujarzmionych warstw i narodów. Urządziliśmy się tak, by nam dzieci najmniej przeszkadzały” („Dziecko w rodzinie”). Mamy Rzecznika Praw Obywatelskich i osobno Rzecznika Praw Dziecka – tak jakby dziecko człowiekiem było nie do końca. Jakby miało się nim dopiero stać. Do tego czasu należy do rodziców.

Utarło się, że rodzic dziecko posiada, dlatego może mówić to swoje: „Nie śmiej się”, „Cicho bądź”, „Wstawaj, wychodzimy”. Wbrew naturze sadzamy małe dzieci w ławkach i każemy im trwać nieruchomo na nudnych lekcjach. Cieszymy się, że są „grzeczne”, czyli wytresowane i posłuszne, choć to w większym stopniu powód do zmartwienia niż do radości. Wieszamy na osiedlach znaki „Zakaz gry w piłkę”, ale, na Boga, gdzie one mają tę piłkę kopać? Izolujemy. Dzieci, ale też ich rodziców (a potem lamentujemy: „Ojej, ojej, niż demograficzny, nie wiedzieć czemu, nas wziął i spotkał”). Niedawno na wakacjach zobaczyłam reklamę pensjonatu: „No TV, no WiFi, no children”. Dwa lata temu chętnie bym się tam zatrzymała, dziś nikt by mnie tam nie wpuścił.

***

Już się przed państwem wyspowiadałam z tego, że mnie te dzieciaki tak strasznie denerwowały. Zastanawiam się: dlaczego? Bo żyłam w przestrzeni, gdzie dzieci nie było. Kiedy tylko w swoim własnym dziecku zobaczyłam człowieka, jednocześnie cała dzieciarnia naszego wątpliwie pięknego kraju przestała być denerwująca. No i place zabaw nie są nudne. Można tam chodzić boso, uprawiać jogę i ćwiczyć się w tak popularnym „mindfulnessie”. Jest to też najwygodniejsze miejsce do spotkań dzieciatych z niedzieciatymi. Bezczelnie ściągam tam ludzi, którzy dotąd omijali je szerokim łukiem – tak jak ja kiedyś. Dzwoni bezdzietna koleżanka, że na kawusię byśmy razem poszły: „Jest taka knajpka w centrum, tuż przy metrze, bardzo modna teraz”. A ja tak jakby się waham: „A wiesz, może gdzieś bliżej. Przy innej stacji metra jest taki duży, fajny park i budka z kawusią – też modną. No i wiesz, wydaje mi się, choć nie jestem pewna (he, he, akurat), że przy tej budce jest też taki modny plac zabaw. Dziecko by było na nim samoobsługowe, to może jednak spotkajmy się tam…?”.

Koleżanka zgadza się. I niby „ha, udało się!”, mogę sobie pogratulować, ale cały czas podświadomie zastanawiam się, jak ja i moja córa wypadniemy. Udaję przed koleżanką, że nic się w moim życiu nie zmieniło, odkąd wydałam dziecię na świat. Że pogadać na wszystkie tematy ze mną można. Siedzimy więc sobie na ławeczce jak kiedyś przy stoliku w kawiarni. Przyjaciółka mi o swoim nowym partnerze opowiada, o seksie, o zazdrości, o ufności. Ja słucham, radzę, komentuję, starając się wyraz twarzy mieć odpowiednio nowoczesny. Ale moje oczy, uszy moje, ba, cała moja dusza jest kilkanaście metrów dalej i ciągle się przemieszcza. Dusza moja jest na hulajnodze, którą córa właśnie podkrada, jest na drabince, na którą się wspina, jest przy karuzeli, która kręci się za szybko… I dopiero kiedy dusza zbyt rychło przemieszcza się w kierunku rozhuśtanych huśtawek i pędzi, pędzi, krzycząc w duchu „na pohybel prawom fizyki!”, mówię: „Przepraszam, zaraz wracam!” i lecę ku córze swojej, zostawiwszy koleżankę na ławce, nie pozwoliwszy nawet zdania skończyć. Sorry, koleżanko, jestem matką. Bardzo cię przepraszam, taki etap w życiu. A dziecinie na uszko: „Moja ty, najmojsza z najmojszych, moja ty najcałuśniejsza z najcałuśniejszych i najprzytulańsza z najprzytulańszych. Przepraszam, mama powinna być obok”.

Przyjaciółka sugeruje, że może następnym razem wyjdziemy gdzieś same. Chętnie (znają państwo taki dowcip? Siedzą dwie koleżanki. Jedna mówi: „To żadna impreza, po prostu pijemy herbatę”. Druga: „Wyszłam z domu bez dzieci. To JEST impreza”). Ale nie chodzi o to, by zostawiać dzieci w domu zawsze. Miasto nie jest przestrzenią przyjazną dla małych dzieci i ich rodziców, ale trzeba wychodzić do przestrzeni takiej, jaka jest, bo inaczej skiśniemy na tych placach zabaw sami.

Bo, proszę państwa, problemem nie są dzieci, tylko to, że my – naród, mamy odpustową mentalność, która każe się zastanawiać, co inni powiedzą. Co powiedzą, co pomyślą, co zrobią, jak dziecko krzyknie w tramwaju: „Chcem cyca”, jak mu glut z nosa wylezie, jak zaśmieje się głośno, widząc kogoś na wózku, jak się rozpłacze, rozżali, rozśpiewa. Jak pokaże, że jest bardzo małym lwem.

Na takie sytuacje warto sobie napisać na karteczce słowa pisarza, Jana Kurczaka. I powtarzać je sobie często: „Nigdy dzieci nie mogą zrobić rodzicom takiego wstydu, jak rodzice dzieciom”.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także inne teksty:

Górski: Uwierz w dzieci!

Dzieci jak planety

Nawratek: Dzieci potrzebują zwyczajnych historii

 

  • Kasia

    Bardzo dobry tekst. Mam takie marzenie, żeby autorka zmierzyła się z jeszcze jednym zagadnieniem, które prześlizgnęło się powyżej – z problemem poświęcania uwagi znajomym/przyjaciołom. Bo to nie jest kwestia że wstyd z dzieckiem i że dziecko puści bąka – tylko właśnie to NIESŁUCHANIE, że uwagą i duszą jest się przy dziecku. Jaki sens ma to spotkanie? Czy nie można raz w miesiącu poprosić kogoś o opiekę nad dzieckiem? A drugi raz w miesiącu – poprosić drugi raz by wyjść z partnerem/ką?

    • Ewa Małgorzata

      No tak, tylko że… matka ma ochotę i prawo wyjść z dzieckiem nieco częściej, niż dwa razy w miesiącu, a nie zawsze ma kogo poprosić o opiekę (do tego często opieka zwyczajnie kosztuje niemałe pieniądze).
      Ten tekst jest o wszystkich tych sytuacjach, w których matka o tę opiekę nie mogła poprosić. O tych wszystkich nawet i kilku razach w tygodniu, do których matka, jak każdy inny człowiek, także ma prawo.

      • Paulina

        Zgadzam się. Myślę, że warto wychodzić i się spotykać i przede wszystkim ze sobą być, a nie – mówić. Być. Z koleżanką również. Nie trzeba ciągle gadać, o wszystkim. Można razem lepić pierogi, grać w karty, piłkę, być. Cholera, być – i być zauważanym, tak dużo i tak mało…