dwutygodnik internetowy
13.06.2016
magazyn papierowy


Z bioetyką nie ma żartów

Nie dzieje się nic, co mogłoby trwale podnieść poziom debaty bioetycznej w Polsce w krótkim czasie. Choć istnieją programy popularyzujące bioetykę, to wciąż za mało w obliczu galopującej niewiedzy i nieznajomości podstawowych pojęć.

ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

Niedawna dyskusja na temat klauzuli sumienia dla fizjoterapeutów nie była pierwszą sytuacją, gdy mogliśmy przekonać się, że poziom polskiej debaty dotyczącej spraw z zakresu bioetyki sięga bruku. Można mieć nadzieję, że to krańcowy przykład tego, do czego prowadzi ignorancja w sprawach tak delikatnych i zawiłych. Obawiam się jednak, że to nadzieja płonna.

Nie dzieje się bowiem nic takiego, co mogłoby trwale podnieść poziom debaty bioetycznej w Polsce w krótkim czasie. W coraz większej liczbie szkół uczy się filozofii – to dobrze, warto to rozwijać. Powstają kierunki uniwersyteckie o nazwie „Bioetyka” (jak powstałe trzy lata temu studia magisterskie w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego) – jeszcze lepiej, być może za jakiś czas osób przygotowanych do rzetelnej dyskusji będzie w Polsce po prostu więcej. Istnieją programy popularyzujące bioetykę – znakomicie. Ale to ciągle za mało w obliczu galopującej niewiedzy i nieznajomości podstawowych choćby pojęć.

Kłopot z dyskusją, która odbyła się na posiedzeniu Komisji Zdrowia, podczas której pani poseł Bernadeta Krynicka próbowała bronić postulatu klauzuli sumienia dla fizjoterapeutów, nie polegał przecież na różnicy poglądów. Problem tkwił w mieszaniu klauzuli sumienia i zwykłych przeciwwskazań terapeutycznych do wykonania zabiegu. Argumentacja pani poseł, która przekonywała, że jeżeli wkładka wewnątrzmaciczna może wykluczać pacjentkę z danych zabiegów, to fizjoterapeuta powinien móc powołać się na klauzulę sumienia (a nie na przeciwwskazania medyczne!), dobrze obrazowała pomieszanie z poplątaniem, jakie obecne jest w polskiej debacie bioetycznej.

To samo obserwowaliśmy w ogniu dyskusji o nadużywaniu klauzuli sumienia przez lekarzy. Przez opinię publiczną przetoczyła się wtedy fala głosów, spośród których naprawdę nieliczne można było uznać za merytorycznie sensowne. Większość z nich nie miała wiele wspólnego z rzetelnym dyskursem. Łatwość, z jaką rozmaici publicyści i politycy – od prawa do lewa – brali owych lekarzy w obronę lub stawiali ich pod pręgierzem, wyraźnie ujawniała, że większość z nich nie dostrzegła złożoności problemu. A klauzula sumienia, zakres jej obowiązywania, wyjątki od niej – to temat trudny, kontrowersyjny i tym bardziej wymagający precyzji oraz merytorycznej wartości wypowiedzi. Lekarz nie powołuje się na nią wszak przy wycinaniu migdałków, a jedynie wobec trudnych kwestii bioetycznych i moralnych, dotyczących często – bez cienia patetyzmu – życia i śmierci.

Przykłady można mnożyć, przypominając choćby dyskusję nad in vitro, dostępnością badań prenatalnych czy tak zwanym „kompromisem aborcyjnym”. Trudno spodziewać się, że doprowadzimy do zgody pomiędzy przedstawicielami skrajnie różnych światopoglądów i wyznawcami drastycznie różnych antropologii. Dyskusje wokół obecnie obowiązującej ustawy, przez jednych nazywanej „aborcyjną”, przez innych „anty-aborcyjną”, dobitnie tego dowodzą.

Tym większa odpowiedzialność spoczywa na tych, którzy odpowiadają za kształt debaty publicznej, a zwłaszcza na tych, którzy tworzą prawo. Niewiele trzeba, by się doszkolić. Na dobry początek polecałbym posłom i posłankom lekturę choćby jednej książki, zatytułowanej po prostu „Bioetyka” (pod redakcją Joanny Różyńskiej i Weroniki Chańskiej). To rodzaj pożytecznego kompendium dotyczącego rozmaitych, najczęściej podnoszonych i dyskutowanych dylematów bioetycznych wraz z przedstawieniem klasycznych stanowisk i argumentów. Wiem, że moja propozycja brzmi protekcjonalnie. Ale polscy parlamentarzyści sami się o ten protekcjonalizm proszą.

Proszą się także przedstawiciele rządu. Czasami naprawdę niewiele trzeba, by dobrze się przygotować do dyskusji albo żeby wycofać się zawczasu z pomysłów jawnie absurdalnych (jak nieszczęsna klauzula sumienia dla fizjoterapeutów, która do pewnego momentu miała poparcie rządu). Często wystarczyłoby poprosić o radę kogoś, kto się na danym temacie po prostu zna. Tyle tylko, że obecny Minister Zdrowia, Konstanty Radziwiłł, lekką ręką zlikwidował Komisję do spraw etyki w ochronie zdrowia. A była to komisja, warto dodać, w której działali i profesor Paweł Łuków, i siostra profesor Barbara Chyrowicz, dając znakomity przykład fachowej i jednocześnie pluralistycznej współpracy. Nie jest przecież tak, że bioetycy stanowią spójną grupę o określonych przekonaniach – wręcz przeciwnie. Nie brakuje wśród nich zadeklarowanych utylitarystów, wyznawców etyki Kantowskiej, ale także osób w habitach i sutannach. Tym, co ich łączy, nie są przecież poglądy, a merytoryczne przygotowanie. Pluralizm nie jest jednak w modzie – chyba że na uniwersytetach.

Rozwój debaty akademickiej nie zastąpi jednak odrobiny odpowiedzialności po stronie komentatorów, dziennikarzy, a zwłaszcza polityków. Jak słusznie napisali profesorowie Maria Boratyńska i Przemysław Konieczniak w jednym z rozdziałów wspomnianej „Bioetyki”: „Milczenie etyki w pewnej kwestii jest milczeniem; milczenie prawa jest już odpowiedzią”. Odpowiedzią, która wpływa na życie i przestrzeganie praw konkretnych ludzi. Z bioetyką nie ma żartów. Niski poziom debaty na tematy jej dotyczące może doprowadzić do bardzo konkretnych, ludzkich tragedii.