dwutygodnik internetowy
27.02.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

“Wstyd” widowni

Kiedy czyta się o „Wstydzie”, w wielu miejscach można znaleźć przymiotniki „kontrowersyjny” lub „odważny”. Nie wiem, z czego to wynika. Wydaje mi się, że większość z nas jest już na tyle świadoma, że kilka scen seksu ponad filmową normę nie powinno nas szokować.

 

Steve McQueen to reżyser odważny, niebojący się poruszać w swoich filmach tematów trudnych, które nie pojawiają się zbyt często na ekranach. Po świetnym „Głodzie”, pokazującym historię walki o ideały poprzez wyniszczanie samego siebie – niezłomność, ale i pewien bezsens tego typu działań, McQueen w swoim najnowszym filmie „Wstyd zdecydował się wziąć na warsztat problem nieco inny.

 

Brandon (Michael Fassbender) to człowiek pozornie zadowolony z życia. Mieszkanie, dobra praca, w której nikt nie czyni mu wyrzutów z racji spóźnień, a szef jest bardziej kumplem, z którym się wspólnie imprezuje, niż przełożonym. Jego jedynym problemem (choć to widz tak to postrzega, nie zaś sam Brandon) jest uzależnienie od seksu (nie ma oporów przed masturbacją nawet w pracy). Pewnego dnia w jego mieszkaniu zjawia się siostra, Sissy (Carey Mulligan), dziewczyna całkowicie zagubiona, rozpaczliwie potrzebująca bliskości i ciepła, wprowadzając do ułożonego życia Brandona coraz więcej chaosu.

 

Kiedy czyta się o „Wstydzie, w wielu miejscach można znaleźć przymiotniki „kontrowersyjny” lub „odważny”. Nie wiem, z czego to wynika. Wydaje mi się, że kilka scen seksu ponad filmową normę nie powinno nas szokować. McQueen podchodzi do tematu, nie pokazując seksu w negatywnym świetle, mając świadomość (pewnie żywi nadzieję, że ma ją również widz), iż seks uprawiamy prawie wszyscy i nie jest to, wbrew tytułowi, powód do wstydu. Zachowanie Brandona nie jest pokazane jako złe, a reżyser nie piętnuje swojego bohatera. Mocniej wręcz oskarża odbiorcę, starając się przełamać tkwiące wciąż gdzieś w nas tabu, jakim bywa seks. Zachowanie Brandona jest desperacką, rozpaczliwą wręcz, próbą poczucia czegokolwiek, przez co w pewnym momencie całkowicie traci kontrolę (za największy przejaw czego można uznać wycieczkę do klubu gejowskiego). Ważne jest też to, że Brandon początkowo nie zdaje sobie sprawy z tego, co się z nim dzieje, nie widzi w tym, co robi, problemu, nie zauważa pustki swojej egzystencji, wręcz przeciwnie – wydaje mu się, że jest królem życia, przez co ciągle rani Sissy, nie mogąc dać jej tego, czego potrzebuje, wykazując się do tego kilka razy hipokryzją. Po incydencie z jej udziałem stara się jednak podjąć próbę zbudowania normalnego związku z koleżanką z pracy, a mając z tym spore problemy, orientuje się, że może już być za późno.

 

Na nic jednak zdałby się świetnie skonstruowany scenariusz oraz skomplikowany bohater, gdyby nie wspaniałe aktorstwo. Michaela Fassbendera lubię i cenię – prawie każdy kolejny film z jego udziałem (a jest ich w ostatnim czasie sporo) tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że aktor ten ma ogromne możliwości. Jego kreacja jest doskonała, jest to jeden z tych przypadków, kiedy zaciera się granica między bohaterem, a odtwórcą roli, który po prostu nim się staje. Warto podkreślić to, jak wiele Fassbender potrafi wyrazić samymi oczami, w których widoczna jest cała złożoność charakteru Brandona. Także dzięki Fassbenderowi bohater nie jest odpychający i bardziej mu współczujemy, niż czujemy do niego obrzydzenie. Carey Mulligan również wykonuje swoje zadanie perfekcyjnie – grana przez nią Sissy to dziewczyna targana skrajnymi emocjami, a aktorka potrafi to świetnie pokazać. Warte zapamiętanie jest jej piękne wykonanie piosenki „New York, New York”, której tekst mocno kontrastuje z życiem dwójki bohaterów. Nieprzypadkowo najlepsze sceny to te, w których Fassbender i Mulligan występują razem. Ich relacje są skomplikowane, wyczuwa się istniejące między nimi napięcie i tlący się w środku konflikt, który jeszcze bardziej wyniszcza oboje. Oglądanie tych, nazwijmy je, rodzinnych scen to przyjemność sama w sobie.

 

Wielkie znaczenie dla odbioru filmu ma również muzyka. Przyznam, że już dawno żadna ścieżka filmowa nie zapadła mi w pamięć tak, jak ta skomponowana przez Harry’ego Escotta. Gdy piszę tę recenzję, z głośników sączy się spokojny, lecz jednocześnie przejmujący motyw przewodni filmu, doskonale współgrający z życiową pustką Brandona – w jakiś przewrotny sposób jeszcze bardziej ją powiększający.

 

Im bliżej było końca filmu, tym bardziej się go obawiałem. Bałem się, że McQueen zakończy „Wstyd w sposób banalny. Na całe szczęście tak się nie stało. Niejednoznaczne zakończenie uważam za duży atut obrazu. Kolejne wydarzenia wpływają coraz bardziej na Brandona i następuje w nim swego rodzaju przełamanie, bo w końcu orientuje się, jak puste jest jego życie, lecz ostatnia scena, będąca częścią klamry spinającej film (Brandon spotyka w metrze tę samą kobietę zarówno na początku, jak i na końcu), sprawia, że choć dla bohatera światełko w tunelu istnieje, to jednak ludzie, jak sądzę, tak szybko się nie zmieniają. Życie nie jest tak proste i raczej przyniesie Brandonowi więcej wstydu niż radości.

  • BangBang

    Bardzo zaskakujący tytuł recenzji i chyba niezupełnie trafiony.  Wstyd z filmowego dzieła to nie wstyd odbiorcy, choć niezaprzeczalnie wielowymiarowość tytułu pozwala na różne formy interpretacyjne i szeroko otwarte oko oraz wszechstronny umysł interpretatora, jednak nie tędy droga. 

    Dziwi mnie także, że w pierwszych zdaniach nazywa się, całkiem słusznie, reżysera odważnym i poruszającym tematy trudne, zaś za chwilę wykazuje się niezrozumienie dla recenzji mówiących o tym, iż film jest “kontrowersyjny i odważny”. Otóż jest właśnie kontrowersyjny i odważny, albowiem ów wstyd jest bardzo niejednoznaczny, i wyczuwalny bardziej intuicyjnie, bez możliwości idealnej werbalizacji emocji. Narracja prowadzona bardzo umiejętnie, a jednak w sposób zaskakujący niewprawionego widza, sprawia, że odbiorca czuje i wierzy, a szkiełko i oko pozostawia na inną okazję.
    Warto również odnotować gdzie ów film można zobaczyć. A w tym przypadku sprawa nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać i zaskakuje mnie, że w tak obszernej recenzji (choć to bardziej opowiadanie o filmie) się o tym nie wspomina. Zatem w woli uzupełnienia- film McQueena (bardzo słusznie okrzyknięty wielkim nieobecnym Oscarów) to produkcja, która nie jest przeznaczona dla typowych popkornowców, a jednak można ją zobaczyć w multipleksach, co jest dość mylące. Takiego filmu spodziewać się można raczej w kinach studyjnych.

    Dobrze, że autor zwrócił uwagę na doskonałą ścieżkę dźwiękową, jednak zamiast rozpływać się zachwycie  należałoby napisać o niej coś konkretniejszego.  Warto zauważyć, że wszystkie utwory Bacha wykonane zostały przez rewelacyjnego Glenna Goulda znanego przecież z nieszablonowych interpretacji utworów kompozytora.
    Kompletnie nieuzasadnionym jest stwierdzenie, że wykonanie “New York, New York”  przez filmową Sissy zdaje się być mocno kontrastujące z życiem dwójki bohaterów. Przecież utwór w wykonaniu Sinatry jest cudownie optymistyczny, zaś interpretacja Carey Mulligan, przygnębiająca i wzruszająca (także, jak widzimy, dla głównego bohatera) to idealne preludium do poznania jej postaci i doskonałe wypełnienie postaci Brandona.
    I w tym filmie owa nieszablonowość interpretacji rzeczywistości (także muzyki) jest kluczowa.

    Strach przed zamkniętym, banalnym zakończeniem był chyba strachem niedowiarka, który nie zrozumiał, że ma do czynienia z kinem artystycznym, którego jedną z naczelnych cech jest właśnie otwarte, niejednoznaczne zakończenie. Zakończenie, które pozostawia widza z fantastycznym poczuciem nienasycenia.

    • Jędrzej Dudkiewicz

      Witam i dziękuję za tak długi komentarz. Z chęcią odniosę się do poruszonych w nim kwestii.

      Po pierwsze, skoro tytuł pozwala na różnorodne interpretacje, to moja jest właśnie taka. Nie musi się zgadzać z Pańską, wydaje mi się więc, że “nie tędy droga” to nienajlepsze stwierdzenie. Z jednej strony można film różnorako interpretować, ale jeśli nie zgadza się z Pańską interpretacją to “nie tędy droga”? To jak to w końcu jest?

      Co do następnego zarzutu, to akurat się zgadzam. Umknęła mi ta sprzeczność, powinienem był napisać tylko, że reżyser porusza tematy trudne, które w końcu nie muszą być automatycznie odważne i kontrowersyjne. Mój błąd. Podtrzymuję jednak opinię, że często się pisze o Wstydzie jako o filmie kontrowersyjnym, ponieważ tematy seksu, uzależnienia od niego są chyba wciąż sporym tabu, a już zwłaszcza masturbacja. Dla mnie temat kontrowersyjny nie jest, a jeśli już to dlatego, że tak nam mówi kultura, w której żyjemy, nie zaś dlatego, że jest to naprawdę kontrowersyjne. Mam nadzieję, że dobrze wyraziłem o co mi chodzi.

      Moim zdaniem dobrze się dzieje, że takie filmy są pokazywane w wielkich kinach. Gdyby były pokazywane tylko w małych kinach, specjalizujących się w pokazywaniu filmów artystycznych, to wiele ludzi nie wiedziałoby pewnie nawet, że taki obraz powstał. Oczywiście, część ludzi pewnie wyjdzie z kina będąc zawiedzionymi, że nie jest to rozrywka jakiej oczekiwali. Jednak część ludzi może jednak Wstyd skłonić do refleksji. I mam nadzieję, że tak było.

      Zgadzam się, że kompletnie nieuzasadnionym byłoby stwierdzenie, że wykonanie przez Sissy “New York, New York” kontrastuje z życiem bohaterów. Tyle, że nic takiego nie napisałem. Napisałem, że tekst piosenki (którą też znam w innych wykonaniach, stąd pewnie to odczucie) kontrastuje z życiem bohaterów, nie zaś samo wykonanie.

      Że obcuję z kinem artystycznym myślę, że zrozumiałem. Zdarzają się świetne filmy, których większa część jest zankomita, artystyczna właśnie, a potem przychodzi beznadziejne zakończenie, rujnujące wszystko to, co zostało pokazane wcześniej. Na szczęście ze Wstydem tak nie było, jednak stwierdzić to mogłem dopiero po napisach końcowych.