dwutygodnik internetowy
26.03.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wstyd i zgorszenie

Kościół powinien uznać, że w sprawie pedofilii jawność i uczciwość będą źródłem mniejszego zgorszenia niż zasłanianie się dyskrecją instytucji.

materiały prasowe

materiały prasowe

Według ostrożnych szacunków podawanych przez Marcina Przeciszewskiego, redaktora naczelnego KAI, w każdej diecezji jest od kilku do kilkunastu księży, którzy dopuścili się pedofilii. Przy 41 diecezjach daje to setki postępowań i potencjalnie tysiące ofiar. Mniej konserwatywne obliczenia odwołujące się do doświadczeń z innych krajów wskazywałyby, że pedofilii dopuściło się nawet do kilku procent duchownych. Te bardzo niedokładne szacunki przytaczane w książce Artura Nowaka i Małgorzaty Szewczyk-Nowak „Żeby nie było zgorszenia” nie dają możliwości precyzyjnej oceny zjawiska, lecz pokazują, że z pewnością nie ogranicza się ono do przypadkowych sytuacji.

Książka jest serią rozmów z ofiarami nadużyć seksualnych i wywiadów z ekspertami, a także szerokim opisem zjawiska na świecie. Pokazuje między innymi, że część polskich księży ma na sumieniu przestępstwo pedofilii, a polski Kościół ukrywa sprawców lub stara się odsunąć od siebie odpowiedzialność za te czyny.

Z zamieszczonych świadectw wyłania się pewien schemat. Typowy ksiądz sprawca był dla ofiar bardzo ważną postacią w życiu, na przykład animatorem grup młodzieżowych, opiekunem ministrantów bądź bliskim spowiednikiem. Cieszył się zaufaniem otoczenia, rodziców, społeczności parafialnej, co dodatkowo utrudniało dzieciom ujawnienie i powstrzymanie jego nadużyć. Ofiarami były osoby w wieku dojrzewania seksualnego, dla których działania księży stanowiły rodzaj inicjacji seksualnej i które nie umiały jednoznacznie ocenić, co się dzieje. Nie mogły też przeciwstawić się kapłanowi, który przekonywał, że „to nic złego”, że „tak właśnie wygląda miłość” albo że to jest „taka mała tajemnica przyjaciół”. Ponadto księża wykorzystywali pieniądze, zależności społeczne w parafii czy też autorytet moralny, aby wikłać swoje ofiary w długotrwałe relacje. W skrajnych przypadkach relacje te trwały nawet kilka lat.

***

Wydawca reklamuje książkę jako „polski Spotlight”. Amerykański film pokazywał, jak grupa śledczych lokalnej gazety na podstawie zebranych relacji wyjaśniła sposoby ukrywania pedofilii przez Kościół i ujawniła skalę zjawiska. Twórcy książki optymistycznie wierzą, że prędzej czy później – tak jak stało się w Niemczech, Irlandii, Stanach Zjednoczonych – atmosfera wokół Kościoła doprowadzi do masowych zgłoszeń przestępstw i zmusi tę instytucję do ujawnienia prawdy na temat księży pedofilów.

Oczekiwania wobec osób poruszających ten problem są ogromne. Ale książka nie odegra roli podobnej do jej filmowego odpowiednika. Siłą „Spotlight” było nie tylko opisanie mechanizmu ochrony Kościoła przed ujawnianiem pedofilii, lecz także dowody pozwalające na postawienie zarzutów wobec konkretnych księży i wskazanie udziału określonych hierarchów w ukrywaniu całego procederu. Ofiary pedofilii, do których dotarli autorzy, mają za sobą wstrząsające historie – każda z nich wystarczyłaby, aby rozpętać burzę na całą Polskę. Jednak żadne ze świadectw nie obciąża konkretnych osób z imienia i nazwiska.

Jak dotąd próżno oczekiwać od instytucji wyciągnięcia konsekwencji z wieloletnich zaniedbań. Głos w imieniu Episkopatu zabiera w książce ks. Adam Żak, koordynator ds. ochrony dzieci i młodzieży przy Konferencji Episkopatu Polski. Chętnie mówi o działaniach prewencyjnych podejmowanych przez Kościół, szkoleniach, programach edukacyjnych. Przyznaje, że do oczyszczenia atmosfery trzeba jakiegoś wstrząsu, „wiele czasu i gorzkich rozczarowań”. Ale gdy przechodzi do rozliczania przeszłości, niechętnie odnosi się do statystyk i dystansuje się od odpowiedzialności instytucji za stan rzeczy.

Przełomem w walce z pedofilią w Kościele może być obowiązujący od 2017 roku zapis, który zobowiązuje przełożonego wiedzącego o nadużyciach, aby złożył doniesienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. Jednak zanim słowo stanie się ciałem, Kościół musiałby uznać, że w sprawie pedofilii jawność i uczciwość będą źródłem mniejszego zgorszenia niż zasłanianie się dyskrecją instytucji.

Póki co dysponujemy świadectwami z książki, w których możemy przeczytać, jak Tomek – jedna z ofiar – na audiencji u biskupa był proszony o ściszenie głosu, żeby nikt nie usłyszał, jak mówi o ewidentnych nadużyciach swojego dawnego spowiednika. Co więcej, po zgłoszeniu swojej sprawy do prokuratury Tomek spotykał się z groźbami i falą dyskredytujących go plotek we własnej parafii.

***

Chociaż w książce znajdziemy oskarżenie wobec instytucji, nie jest to książka antykościelna. Autorzy wysyłają natomiast ostrzeżenie, że sprawy pedofilii nie można rozwiązać poprzez zamiatanie kolejnych przypadków pod dywan. Postaw antykościelnych nie można też odczytać ze świadectw ofiar – większość pozostała wierząca i wciąż bierze czynny udział w życiu Kościoła.

Na razie status quo chroni księży. Nic nie zapowiada przełomu, po którym miałaby ruszyć lawina zgłoszeń nadużyć seksualnych kleru. Czytając książkę „Żeby nie było zgorszenia”, każdy katolik może poczuć wstyd, a świadomość, że kolejne nadużycia mogą dziać się w tym momencie w wielu miejscach Polski, powinna budzić gniew.

Kościół powinien się pospieszyć z wypracowaniem skutecznej ochrony przed pedofilią, włączyć do dyskusji o problemie przedstawicieli ofiar oraz wzmocnić stanowisko pełnomocnika zajmującego się walką z nadużyciami. Powinien także rozliczyć się z dotychczasowymi sprawcami i ofiarami – zanim media i opinia publiczna nie zrobią tego na swój własny, dużo ostrzejszy sposób.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy:

Zmartwychwstanie w naszych rękach

Życie zakonne jest dla dorosłych