dwutygodnik internetowy
8.02.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wspólne nie znaczy niczyje

Praktyka zbiorowego zarządzania zasobami pozwala ich użytkownikom otrzymywać łączne korzyści większe niż te, które otrzymywaliby działając niezależnie od siebie. Zarazem tworzy ona sytuację współzależności, w której kształtują się relacje bardzo odmienne od rynkowych transakcji.

ilustr.: Rafał Kucharczuk

ilustr.: Rafał Kucharczuk

Tekst pochodzi z 30. numeru papierowego Magazynu„Kontakt” pod tytułem „Dobra wspólne”.

Podwórko, jakich w warszawskim Śródmieściu wiele: trzepak, altanka śmietnikowa i skrawek zieleni ogrodzonej rdzewiejącym płotem. Kiedyś na jego miejscu stał kamienny murek, przez który bez trudu przeskakiwały grające w piłkę dzieci (niepomne, że „za szkody wyrządzone przez dzieci odpowiadają rodzice”) i biegające luzem psy (nieświadome, że „na trawniku psów wyprowadzać nie wolno”). Na murku w ciągu dnia przysiadywały na pogawędkę starsze panie, po zmroku gromadziła się przy nim młodzież.

Płot, choć wyższy, też dałoby się pewnie przeskoczyć, ale nie ma komu. Właściciele psów, nawiedzeni przez ducha lokalnego patriotyzmu, skrzętnie zbierają odchody swoich czworonogów do foliowych torebek, a po biegających wokół trzepaka dzieciach wszelki ślad zaginął. Tak oto z pewnym opóźnieniem spełniło się marzenie pomysłodawcy popularnego niegdyś hasła „szanuj zieleń”. Nawierzchnia z kostki Bauma, która zastąpiła asfaltową wylewkę, podkreśla estetykę późnych lat 90.

W dzieciństwie spędzałem sporo czasu na eksplorowaniu okolicznych podwórek. Wyobrażałem sobie, jak wychodzę z niejednej opresji, wykorzystując znajomość lokalnej topografii. Skręt w lewo, krótki sprint, skok przez parkan – i urywam się wyimaginowanemu pościgowi. Z pewnym smutkiem konstatuję, że dziś na taką ucieczkę nie miałbym żadnych szans. Odkryte przeze mnie przejścia zostały poprzecinane płotami z napisem „teren prywatny” i poprzegradzane bramami uzbrojonymi w zamki kodowe. Moje podwórko – to z trzepakiem, altanką śmietnikową i skrawkiem zieleni – należy do ostatnich w okolicy, na które można sobie tak po prostu wejść. Teren jest ogrodzony, bramę zamyka się na kłódkę (klucz u byłego dozorcy), ale furtka pozostaje otwarta.

Nieistniejąca wspólnota

Budynek, w którym mieszkam, jest jedną z nielicznych „plomb” przy mojej ulicy. Zbudowano go w latach 50. z myślą o pracownikach Instytutu Badań Jądrowych w Świerku. Jednym z nich był mój dziadek. Mieszkania, które zostały wykupione, po śmierci pracowników Instytutu przechodziły na własność ich rodzin. Spora część jest dziś wynajmowana, więc rotacja lokatorów jest duża. Znaczna część pracy wykonywanej wcześniej przez naszego dozorcę, pana Jurka, została zlecona zewnętrznej firmie sprzątającej, której pracownicy robią tylko tyle, ile muszą (a nawet trochę mniej). Sąsiedni budynek – wraz z częścią współużytkowanego przez mieszkańców czterech domów podwórka – został zreprywatyzowany, a jego nowy właściciel skokowo podniósł składkę na fundusz remontowy. Większości lokatorów nie było na to stać, więc musieli się wyprowadzić.

Remont zaczął się jakoś na wiosnę. Od tego czasu podwórko pełniło podwójną funkcję parkingu dla ekip remontowych i składowiska na worki z gruzem. Zaparkowanie samochodu w Śródmieściu to nie lada wyzwanie, a na dodatek trzeba za nie zapłacić i nosić sprzęt z miejsca postoju. Dużo łatwiej jest dorobić sobie klucz do bramy i trzymać auto na podwórku. Na jego stosunkowo niewielkiej powierzchni parkowało nieraz po pięć samochodów. Przeciśnięcie się między nimi z wózkiem dziecięcym lub wózkiem inwalidzkim graniczyło z cudem, a podejmowane z robotnikami pertraktacje kończyły się fiaskiem. Uzyskiwane odpowiedzi wahały się od unikowego „ja tu tylko na chwilę” po bardziej konfrontacyjne „i co mi zrobisz”. Brama stała otworem przez cały dzień, więc z wygodnego parkingu zaczęli korzystać niektórzy mieszkańcy i inni „pasażerowie na gapę”.

Jako że podwórko nie miało przyjętego planu organizacji ruchu drogowego, nie można było liczyć na wsparcie ze strony straży miejskiej. Stworzenie takiego planu zajęło pracownikom Administracji Domów Komunalnych raptem kilka miesięcy. I tak oto na początku jesieni obok trzepaka, altanki śmietnikowej i skrawka zieleni stanęły trzy znaki B-35 („zakaz postoju”), z tabliczkami T-24 („pozostawiony pojazd zostanie usunięty na koszt właściciela”) i T-22 („nie dotyczy rowerów”), dobrze widoczne ponad dachami zaparkowanych wokół nich samochodów. Mając prawo po swojej stronie, można było zacząć szukać pomocy u straży miejskiej, ale tak się jakoś złożyło, że w okresie poprzedzającym wybory samorządowe żaden patrol nie znalazł czasu na interwencję. Kilka dni po wyborach holowniki wymiotły podwórko do czysta, ale był to raczej jednorazowy pokaz siły. Samochodów jest zresztą ostatnio trochę mniej, bo remont ma się ku końcowi.

Degradacja podwórka nie zaczęła się bynajmniej od remontu zreprywatyzowanej kamienicy. Robotnicy mogli zawłaszczyć jego przestrzeń, nie napotykając na opór użytkującej je wspólnoty, ponieważ taka wspólnota po prostu nie istniała. Niegdyś wspólne podwórko już od dłuższego czasu było podwórkiem niczyim. Odkąd pan Jurek przestał odpowiadać za panujący na nim porządek, na jesieni zasypane jest ono gnijącymi liśćmi, w zimie pokrywa je warstwa błotnistego śniegu, a niezależnie od pory roku walają się po nim śmieci. Trudno oczekiwać od źle opłacanych pracowników zewnętrznej firmy sprzątającej, że będą dbali o to miejsce tak samo jak człowiek, który mieszka w nim na stałe. Takich ludzi jest zresztą coraz mniej. Krótkoterminowi najemcy coraz częściej wystawiają na zewnątrz gabaryty należące do dawnych lokatorów. Moknące na deszczu meblościanki z płyty wiórowej dobrze komponują się z rdzewiejącym płotem i z blaszanym dachem altanki śmietnikowej.

ilustr.: Rafał Kucharczuk

ilustr.: Rafał Kucharczuk

Tragedia wspólnego podwórka

Historię mojego podwórka można by przemyśleć jako wariant bardziej uniwersalnej opowieści, znanej jako „tragedia wspólnych zasobów”. Po raz pierwszy przedstawił ją amerykański biolog Garrett Hardin w artykule z 1968 roku. „Wyobraźmy sobie pastwisko otwarte dla wszystkich” – pisał Hardin. Każdy ze współużytkujących je hodowców, dążąc do maksymalizacji swojego zysku, będzie starał się trzymać na nim tyle zwierząt, ile to możliwe. Ponieważ jednak pastwisko jest zasobem podatnym na erozję, wszyscy oni staną wkrótce przed następującym dylematem: „Czy powinienem powiększać swoje stado, w krótszej perspektywie czerpiąc korzyść ze sprzedaży zwierząt, w dłuższej jednak ryzykując wyjałowienie pastwiska?”.

Hardin twierdzi, że każdy z hodowców odpowie na to pytanie twierdząco, ponieważ na sprzedaży zwierząt zarabia tylko on sam, natomiast koszty wynikające z nadmiernego wypasu rozkładają się na wszystkich użytkowników pastwiska. Do podobnych wniosków doszedł kilkanaście lat wcześniej ekonomista H. Scott Gordon: „W konserwatywnym powiedzeniu, że własność wszystkich to własność niczyja, jest trochę prawdy. Majątku bezpłatnie dostępnego dla wszystkich nikt nie ceni, ten bowiem, kto jest aż tak lekkomyślny, że czeka na właściwy czas jego wykorzystania, stwierdzi tylko, iż zabrał go ktoś inny. (…) Ryby w morzu są bezwartościowe dla rybaka, gdyż nie ma pewności, że skoro zostawił je tam dziś, będą dostępne dla niego jutro”.

Model przedstawiony przez Hardina daje się zastosować nie tylko do pastwisk i łowisk, lecz także do innych przypadków wspólnych zasobów. Wspólnych, to znaczy takich, których użytkowanie – w przeciwieństwie do użytkowania dóbr publicznych – ma charakter konkurencyjny (użytkowanie wspólnego pastwiska przez jednego hodowcę ogranicza możliwość użytkowania go przez innych hodowców), a zarazem takich, z użytkowania których – w przeciwieństwie do użytkowania dóbr prywatnych – nikogo nie można łatwo wykluczyć (żaden hodowca nie może legalnie zapobiec użytkowaniu wspólnego pastwiska przez innych hodowców). Definicję tę spełniają przede wszystkim zasoby naturalne, takie jak łąki, lasy, kanały nawadniające i zbiorniki wód gruntowych, ale także publiczne drogi, mosty i parkingi. No i podwórka.

Nie ma wątpliwości co do tego, że podwórko jest zasobem, ponieważ może być wykorzystywane do zaspokajania różnych ludzkich potrzeb. Dzieciom może służyć za boisko, właścicielom psów – za wybieg dla zwierząt, osobom starszym – za przestrzeń rekreacyjną, robotnikom – za parking dla samochodów, a wszystkim użytkownikom – za ciąg komunikacyjny. Użytkowanie tego zasobu ma charakter konkurencyjny, ponieważ nie wszystkie spośród wymienionych wyżej potrzeb mogą zostać jednocześnie zaspokojone. Podwórko nie może w tym samym czasie pełnić funkcji boiska i parkingu albo przestrzeni zielonej i składowiska na worki z gruzem. Z użytkowania podwórka nie można wreszcie nikogo niskim kosztem wykluczyć, bo furtka jest „otwarta dla wszystkich”.

Przewidywania Hardina zdają się sprawdzać. Osoby korzystające z podwórka, w tym przede wszystkim „pasażerowie na gapę”, przedkładają indywidualny zysk w krótszej perspektywie (wygodny parking, darmowy kontener na gabaryty) nad koszty wynikające z pogorszenia się stanu podwórka, które jego użytkownicy ponoszą i będą ponosić w przyszłości (utrudnienia w komunikacji, dewastacja przestrzeni rekreacyjnej). Hardin widział tylko dwa wyjścia z tej sytuacji: prywatyzację wspólnego zasobu lub centralne zarządzanie dostępem do niego. Czy istnieje jakaś trzecia droga?

Ani prywatne, ani państwowe

Analizując wyniki szeroko zakrojonych badań empirycznych, amerykańska ekonomistka Elinor Ostrom wykazała, że – wbrew przewidywaniom Hardina – państwo ani rynek nie umożliwiają zazwyczaj użytkownikom wspólnych zasobów produktywnego korzystania z nich w dłuższej perspektywie czasowej. W przypadku władzy centralnej problemem jest jej brak wiedzy o strukturze zasobu (na przykład o wydajności pastwiska lub o zróżnicowaniu głębokości łowiska) i o działaniach podejmowanych przez jego użytkowników. Ten brak wiedzy może skutkować błędnym określaniem dopuszczalnego zakresu korzystania z zasobu lub wymierzaniem jego użytkownikom nieadekwatnych kar.

Odnieśmy te uwagi do przypadku mojego podwórka. Przedstawiciele zewnętrznej władzy mogliby na przykład nie robić różnicy pomiędzy pozostawionym na zakazie samochodem „pasażera na gapę” a awaryjnie zaparkowanym tuż obok samochodem lokatora i odholować obydwa. Mogliby również nie umieć ustalić, który spośród lokatorów po kryjomu wystawia na podwórko gabaryty, i kosztem ich wywozu obciążyć wszystkich mieszkańców. Znajomość wewnętrznych reguł dotyczących użytkowania zasobu (na przykład: „lokator może zaparkować swój samochód na podwórku na nie dłużej niż kilka godzin, o ile pojazd nie tarasuje przejścia”) i wiedza o działaniach podejmowanych przez innych użytkowników (na przykład: „wymianę mebli przeprowadził w swoim lokalu najemca spod siódemki”), którymi dysponują stali mieszkańcy, pozwoliłyby znaleźć lepsze rozwiązanie obydwu problemów.

Prywatyzacja zasobu niesie ze sobą inne zagrożenia. Przyjrzyjmy im się na znanym już przykładzie pastwiska: „Hodowcy będą teraz musieli zainwestować w ogrodzenia i ich utrzymanie, a także w monitorowanie i stosowanie sankcji, aby wymusić respektowanie ich części terenu wypasu wynikającej z podziału – zauważa Ostrom. – Jeśli opady deszczu są nieregularne, jedna część terenu wypasu może być w jednym roku porośnięta bujną roślinnością, podczas gdy na innej części może nie starczyć paszy dla zwierząt. (…) Oczywiście hodowca mający w jednym roku nadmiar paszy będzie mógł ją sprzedać innemu hodowcy. (…) Koszty utworzenia nowego rynku lub przystąpienia do nowego schematu ubezpieczeniowego mogłyby jednak być znaczne i ponoszenie ich nie będzie konieczne, dopóki hodowcy dzielą się paszą i ponoszą ryzyko, gospodarując łącznie na większym obszarze wypasu”.

W swoich badaniach Ostrom wzięła pod uwagę tylko te zasoby, których wykorzystywanie stanowiło ważne źródło przychodu ich użytkowników. Myślę jednak, że jej uwagi dotyczące kosztów prywatyzowania wspólnych zasobów dają się odnieść również do przypadku mojego podwórka. Na nim także trzeba by wówczas zacząć utrzymywać rozbudowany system zabezpieczeń, nie wspominając o trudnościach związanych z podziałem stosunkowo niewielkiej przestrzeni pomiędzy wielu użytkowników.

Analiza przeprowadzona przez amerykańską ekonomistkę pozwoliła jej poddać krytyce stosowanie modelu „tragedii wspólnego pastwiska” do wszystkich przypadków zasobów wspólnych. „Powodem, dla którego modele te są tak niebezpieczne – czytamy – jest wiara w to, że ograniczenia zakładane jako stałe do celów analizy są stałe w warunkach empirycznych”. Takim założonym przez Hardina ograniczeniem była na przykład niezależność decyzji podejmowanych przez poszczególnych hodowców, spośród których każdy działał w warunkach niepewności odnośnie zamiarów pozostałych użytkowników pastwiska. O tym, że podobne warunki mogą zaistnieć, świadczy chociażby przykład mojego podwórka, którego użytkownicy przestali uzgadniać ze sobą sposób korzystania z niego na długo przed pojawieniem się robotników. Ale przecież nie musi tak być.

ilustr.: Rafał Kucharczuk

ilustr.: Rafał Kucharczuk

Zaatakowane społeczności

Patronem serii wydawniczej, w której ukazała się praca Elinor Ostrom, jest nie kto inny jak Leszek Balcerowicz. We wstępie do polskiego wydania książki stawia on tezę, że opisywana przez autorkę własność grupowa jest pod wieloma względami bardzo zbliżona do niekapitalistycznej formy własności prywatnej. Przez tę ostatnią rozumie Balcerowicz sytuację, w której właściciele niewielkiego z reguły przedsiębiorstwa są jednocześnie jego pracownikami. „Nie ma natomiast wątpliwości – czytamy – że własność grupowa zasadniczo różni się od własności państwowej oraz że centralistyczna państwowa regulacja jest [dla niej] wielkim zagrożeniem”. Czy rzeczywiście?

Ostrom podkreśla znaczenie zewnętrznego ustawodawstwa, które może legitymizować prawo użytkowników wspólnego zasobu do określania i egzekwowania przepisów określających tryb korzystania z niego. Na przykładzie mojego podwórka widać, że taka legitymizacja byłaby bardzo pomocna w sytuacji konfliktu z „pasażerami na gapę”. W tym przypadku okazali się nimi lokatorzy, którzy – wykorzystując nieudolność instytucji powołanych do ochrony interesów mieszkańców oraz bierną postawę swoich sąsiadów – zrobili z podwórka parking i kontener na gabaryty. Gdyby wspólnota sąsiedzka miała zewnętrzny mandat do określania sposobu użytkowania podwórka i we własnym zakresie sankcjonowała nadużycia, „jazda na gapę” nie stanowiłaby aż tak poważnego problemu.

Skuteczna samoorganizacja użytkowników wspólnego zasobu, pozbawiona legitymizacji ze strony władzy centralnej, jest jeszcze mniej prawdopodobna, gdy do gry wchodzą aktorzy zewnętrzni, którzy ograniczają dostęp do niego siłą (w tym przypadku ich rolę odegrali robotnicy). Mamy wtedy do czynienia z rabunkowym wywłaszczeniem legalnych użytkowników tego zasobu i niszczeniem go w imię realizowania czyichś partykularnych interesów (w tym przypadku są to interesy właściciela zreprywatyzowanej kamienicy). Takie praktyki bywają milcząco wspierane przez instytucje publiczne, które łakną i pragną prywatnych inwestycji (remont budynku i wymiana lokatorów wpływają pośrednio na podniesienie prestiżu okolicy), nie licząc się z ich społecznym kosztem.

W ten sposób dochodzimy do węzłowego punktu naszego rozumowania. Dobro wspólne – jak wykazuje jego badacz, David Bollier – nie jest po prostu zasobem. Oprócz zasobu składają się na nie również użytkująca je społeczność oraz zestaw oddolnych regulacji określających sposób jego użytkowania. Destrukcja zasobu, na przykład zaniedbanie podwórka wynikające z taniego outsourcingu usług związanych z jego konserwacją, wpływa na kształt relacji pomiędzy członkami użytkującej go społeczności (spadek poczucia współzależności i współodpowiedzialności). I odwrotnie, rozluźnienie więzi społecznych, spowodowane na przykład dużą rotacją nieprzywiązanych do miejsca lokatorów, skutkuje brakiem troski o wspólną przestrzeń (wzrost społecznego przyzwolenia na „jazdę na gapę”).

Tym, czego nie dostrzega Balcerowicz, kiedy próbuje zatrzeć granicę pomiędzy własnością grupową a własnością prywatną, jest fakt, że różne formy własności tworzą różne rodzaje relacji międzyludzkich. Inne relacje panują pomiędzy współwłaścicielami małego przedsiębiorstwa, którego funkcjonowanie nastawione jest na zysk, inne pomiędzy użytkownikami pastwiska, które stanowi nie tylko źródło ich przychodu, lecz także oś lokalnego systemu relacji społecznych, a jeszcze inne pomiędzy użytkownikami podwórka, współdzielącymi – jak pisze Bollier – długoterminowe i nierynkowe cele. „Grodzenia oznaczają nie tylko przywłaszczanie zasobów. Są również atakiem na społeczności oraz ich praktykę dobra wspólnego. Podstawowym celem grodzeń może być przejęcie zasobów, ale zawsze jest nim także «zmiana stylu życia» zaatakowanych społeczności. Grodzenia nakierowane są na zmiany systemu zbiorowego zarządzania i solidarności społecznej w układ rynkowy”.

Przestrzenie łączące

Jeśli któryś z moich sąsiadów dokonałby własnoręcznie jakiejś naprawy na podwórku, niech będzie to na przykład wymiana zawiasów w niedomykającej się furtce, na jego działaniu skorzystaliby wszyscy mieszkańcy, niezależnie od tego, czy życzyli sobie dokonania takiej naprawy i czy jakoś się do niej przyczynili. Wszyscy użytkownicy wspólnego zasobu są bowiem – jak pisze Ostrom – „połączeni siecią współzależności”. Dodajmy, że „współzależność nie znika, kiedy w rządzeniu i zarządzaniu zasobem wspólnym wykorzystuje się (…) reguły instytucjonalne”, których stosowanie może wpłynąć na skuteczność działań podejmowanych przez użytkowników tego zasobu. W modelu opisanym przez Hardina wszyscy hodowcy znajdują się w sytuacji współzależności, a mimo to swoje decyzje podejmują w sposób niezależny. To właśnie brak koordynacji przyjętych przez nich strategii – a nie sam fakt współużytkowania otwartego zasobu – prowadzi do tragedii.

Analizując przypadki wspólnot, które długotrwale i skutecznie zarządzają swoimi zasobami, Ostrom wyodrębniła szereg czynników, które pozwoliły im uniknąć „tragedii wspólnego pastwiska”. Z jednej strony, są to czynniki wewnętrzne, takie jak zdolność do porozumiewania się między sobą, wzajemne zaufanie, poczucie wspólnoty wynikające z przekonania o dzieleniu wspólnej przyszłości, brak zagrożenia ze strony „pasażerów na gapę” i aktorów zewnętrznych oraz poczucie bezpieczeństwa związane z istnieniem instytucji, które byłyby gotowe bronić lokalnej społeczności przed działaniami takich jednostek. Z drugiej strony, chodzi o czynniki zewnętrzne, w tym przede wszystkim o niezależność użytkowników zasobu, która pozwala im „zmieniać własne struktury instytucjonalne”, nie będąc powstrzymywanymi przez „władze zewnętrzne, obojętne wobec przewrotności dylematu wspólnych zasobów lub może nawet gotowe czerpać z niego korzyść”.

Wnioski płynące z badań przeprowadzonych przez Ostrom mogłyby stanowić cenną inspirację dla chrześcijańskiej refleksji społecznej. Zbyt często wykład na temat własności zaczyna się w niej od cytatu ze świętego Tomasza: „Każdy człowiek więcej dba o to, co jego własne, niż o to, co wspólne dla wszystkich lub dla wielu, gdyż unikając pracy, zostawia innym troskę o dobro wspólne”. To zdanie jest prawdziwe tylko przy założeniach, które przyjął dla swojego modelu Hardin. Praktyka zbiorowego zarządzania zasobami, której przypadki opisała Ostrom, pozwala ich użytkownikom otrzymywać łączne korzyści większe niż te, które otrzymywaliby działając niezależnie od siebie. Zarazem tworzy ona poczucie przywiązania do miejsca i sytuację współzależności, w której kształtują się relacje bardzo odmienne od rynkowych transakcji.

„Jakże piękne są miasta, które w swoich planach architektonicznych pełne są przestrzeni łączących, ułatwiających relację, sprzyjających uznaniu drugiego człowieka!” – pisał w adhortacji „Evangelii Gaudium” papież Franciszek. Nie będzie chyba nadużyciem, jeśli odniesiemy tę uwagę nie tylko do przestrzeni miejskiej, ale i do wszystkich innych „przestrzeni łączących”, których funkcję pełnią wspólne zasoby. Moralny obowiązek chronienia ich przed drenażem, a ich użytkowników przed wywłaszczeniem, daje się wyczytać z katolickiego nauczania o podwójnym charakterze własności. Zasada powszechnego przeznaczenia dóbr głosi, że zostały one stworzone dla wszystkich ludzi. Prawo do własności prywatnej, pozostając „podstawowym dla autonomii i rozwoju osoby”, nie ma więc charakteru absolutnego. Każdą własność, która zagraża dobru wspólnemu, można ograniczyć i na każdej – jak powtarzał Jan Paweł II – ciąży „społeczna hipoteka”.

*

Jeśli chodzi o tragedię wspólnego podwórka, to dość łatwo zrozumieć, jak do niej doszło. Scedowanie funkcji administracyjnych i kontrolnych na zewnętrzne instytucje, bierność służb powołanych do ochrony praw mieszkańców, outsourcing usług związanych z konserwacją przestrzeni wspólnej, pojawienie się silnych aktorów zewnętrznych, duża rotacja nieprzywiązanych do miejsca najemców – wszystkie te czynniki doprowadziły do zaistnienia sytuacji biegunowo przeciwstawnej warunkom rekomendowanym przez Ostrom.

Powtórzmy jednak, że to wcale nie musiało się tak skończyć. Historia mojego podwórka, choć smutna, dowodzi tylko jednego: wątpienie w możliwość efektywnego zarządzania dobrami przez lokalne wspólnoty jest samospełniającą się przepowiednią. Potencjał tkwiący we wspólnych zasobach, które – jak wykazała Ostrom – nie muszą mieć nic wspólnego z zasobami niczyimi, polega na ich relacyjnym i więziotwórczym charakterze. Wykorzystanie go wymaga jednak systemowej zmiany naszego myślenia o własności oraz wyzwolenia się, również na poziomie instytucji, z ideologicznej niewiary we wspólne.

 

Cytaty pochodzą z książki Elinor Ostrom „Dysponowanie wspólnymi zasobami” w tłumaczeniu Zofii Wiankowskiej-Ładyki (Wolters Kluwer, Warszawa 2013).