dwutygodnik internetowy
12.02.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wspólne dzieci

Nie chodzi o to, by odbierać pierwszeństwo w wychowywaniu dzieci ich rodzicom. Chodzi o to, by zauważyli oni obecność w procesie wychowawczym innych aktorów, którzy byliby gotowi się weń zaangażować. I nie dotyczy to wcale tylko państwa.

ilustr.: Łukasz Drzycimski

ilustr.: Łukasz Drzycimski

Tekst pochodzi z 35. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Czyje są dzieci?”.

Duńska prowincja. Kilkuletnia dziewczynka, Klara, oskarża swojego opiekuna z przedszkola o molestowanie seksualne. Dyrektorka poważnie traktuje jej słowa, a przesłuchujący ją specjalista nie stara się ich weryfikować. Klara nie jest co prawda pewna tego, co się wydarzyło, ale to nieważne. Lokalna, tradycyjna społeczność natychmiast wydaje wyrok na oskarżonego, nikt nie staje w jego obronie. Przesłuchiwane są kolejne dzieci, wszystkie potwierdzają, że również były molestowane. Miało do tego dochodzić w piwnicy domu bohatera. Pojawia się problem: piwnica nie istnieje. Klara w rozmowach z rodzicami wycofuje się z oskarżeń, ale tym razem nikt jej już nie wierzy. Opiekun jest szykanowany przez sąsiadów i dotychczasowych przyjaciół. Nie może robić zakupów, zostaje pobity, a jego pies zabity. W końcu do ojca dziewczynki dociera, że może nic się nie stało, a jego dawny przyjaciel mówi prawdę.

Duńsko-szwedzki film „Polowanie” opowiada co prawda historię małej, konkretnej społeczności, ale sygnalizuje przy tym niejednoznaczne konsekwencje skandynawskiego podejścia do dzieci. Podejścia przez wielu uznawanego za mroczną utopię.

Dzieci nie kłamią

W książce „Dzieci Norwegii” Maciej Czarnecki mierzy się natomiast z faktami i mitami dotyczącymi norweskiego modelu wychowawczego, a przede wszystkim wszechwładzy Barnevernetu (urzędu kontrolującego rodziny i mogącego odbierać rodzicom dzieci). Pierwsza z przywołanych przez niego historii dobrze koresponduje z „Polowaniem”. Na pytanie nauczycielki, skąd wzięła się ranka na jej skroni, ośmioletnia Natalia stwierdziła, że została uderzona przez mamę i że nie był to pierwszy przypadek przemocy, której była ofiarą. Zapytana, czy była dotykana przez rodziców w miejscach intymnych, po dłuższym milczeniu odpowiedziała, że nie pamięta. To wystarczyło, aby do oskarżenia o przemoc dodać podejrzenie molestowania. Według mamy Natalii ranka na skroni powstała po uderzeniu dziewczynki zabawką przez młodszego brata, Karola.

Zgodnie z norweskimi procedurami Natalka i Karol natychmiast zostali odebrani rodzicom. Barnevernet ma do tego prawo w sytuacji, gdy dziecku może grozić fizyczna krzywda. Jego działania zawsze podlegają weryfikacji, której dokonuje komisja wojewódzka – fylkesnemnda. Od jej decyzji można z kolei odwołać się do sądu. W przypadku Natalii zarówno komisja, jak i sąd podtrzymały decyzję urzędu, chociaż badania lekarskie mające pomóc ustalić prawdę przeprowadzone zostały dopiero miesiąc po zabraniu dzieci i nie stwierdziły śladów przemocy ani molestowania. Pomiędzy kolejnymi rozprawami rodzicom przysługiwało prawo do spotkań z dziećmi raz w tygodniu. Z reakcji Natalki wynikało, że bardzo chce wrócić do domu, a zdaniem matki urzędnicy fałszowali raporty ze spotkań i nastawiali dziecko przeciw rodzicom. Przed fylkesnemndą odbyła się druga, ostateczna rozprawa. Komisja miała rozstrzygnąć, czy rodzice Natalki i Karola mają na stałe stracić prawo do opieki nad dziećmi. Wyrok był jednogłośny: dzieci mają wrócić pod ich opiekę. W uzasadnieniu napisano: „Natalii nigdy nie spytano, czy to możliwe, by została zraniona w sposób, który opisała. Przeciwnie, została pochwalona za opowiedzenie o tym. Komisja uważa za prawdopodobne, że to spowodowało, iż opowiadała później o stosowanej w domu przemocy, również wobec jej brata. Wizja, że rodzice bili ją i brata, stała się dla niej prawdą. Powtarzała to przed rzecznikami, a żaden nie postawił jej krytycznych pytań”. Fylkesnemnda nie wykluczyła, że dzieci mogą być poddane przemocy fizycznej, nie znalazła jednak na to żadnych dowodów.

Przyczyną obu pochopnych oskarżeń, filmowego i rzeczywistego, było to samo przekonanie: dzieci nie kłamią. Jeśli więc twierdzą, że były poddane przemocy, to tak było, a do odpowiednich służb należy tylko zebranie potwierdzających ich wersję wydarzeń dowodów.

Norweska utopia

Norwegowie podchodzą do wychowania inaczej niż większość otaczającego ich świata. U podstaw stworzonego przez nich systemu stoi kilka założeń. Po pierwsze, traktują wychowanie bardzo poważnie. Po drugie, w procesie wychowawczym za najważniejsze uznają dobro dziecka. Po trzecie, są przekonani, że nikt nie zadba o dziecko lepiej niż państwo. W konsekwencji zmianie ulega tradycyjnie pojmowana rola rodziny. Jej istnienie przestaje być najważniejszą wartością, a zdefiniowany przez państwo rozwój dziecka staje się istotniejszy niż biologiczna więź łącząca je z rodzicami. Norwegowie nie uznają rodziny za niepotrzebną, a więzi łączącej biologicznych rodziców z ich dziećmi za nieistotną. Stwierdzają jednak, że jeśli odebranie dziecka rodzinie będzie służyć jego rozwojowi, należy to uczynić. W efekcie wychowanie przestaje być opartą na genetycznym podobieństwie intuicyjną praktyką, której tajników każdy rodzic uczy się samodzielnie poprzez kontakt ze swoim dzieckiem, staje się zaś dziedziną wiedzy. Bycie rodzicem zaczyna przypominać zawód, który można wykonywać w mniej lub bardziej kompetentny sposób. A skoro tak, to rodzicielstwo zostaje poddane daleko idącej kontroli.

Brzmi strasznie? Oprócz kontroli państwo oferuje jednak rodzicom także wielopoziomową pomoc. Jednym z podstawowych celów całego systemu społeczno-ekonomicznego Norwegii jest zapewnienie mieszkańcom wolnego czasu. Systemowe ograniczenia i kulturowe wzorce sprawiają, że godziny pracy są ściśle ograniczone. Rodzice mają więc czas i energię, żeby zajmować się swoimi dziećmi. Państwo stara się zapobiegać problemom zamiast walczyć z ich skutkami. Wbrew złowrogim opowieściom, odbieranie dzieci jest w Norwegii ostatecznością. Poza domem rodzinnym wychowuje się tam niewiele więcej dzieci niż w Polsce (dane na tysiąc mieszkańców). Szkoła, instytucje pomocy społecznej, a nawet Barnevernet starają się – we współpracy z rodzicami – poszukiwać rozwiązań najlepszych dla ich dzieci, oferując wsparcie finansowe i pomoc pracowników. Wywiadówki zastąpione są przez indywidualne rozmowy, podczas których nauczyciele przekazują konkretne obserwacje: „Twoje dziecko ma problem z nawiązaniem kontaktów z rówieśnikami, bo za słabo zna język. W domu mówicie po polsku, może przydałyby mu się dodatkowe lekcje norweskiego?”.

Wyjątkowa rola norweskiego państwa – i związana z nią zmiana funkcji rodziny – budowana jest na kulturowym i prawnym uznaniu daleko idącej autonomii dziecka. Młodzi mieszkańcy Norwegii właściwie od urodzenia uczeni są samodzielnego podejmowania decyzji. Jeśli chcą wyjść na dwór nieodpowiednio ubrani, proszę bardzo, sami szybko stwierdzą, że jest im za zimno. Ich opinie brane są również pod uwagę w sprawach o wiele większej wagi. Już siedmiolatki mogą wyrażać swoje zdanie w kwestiach, które ich dotyczą (na przykład w sporach dotyczących przyznania praw do opieki), a sąd, wydając wyrok, powinien wziąć je pod uwagę. Z systemu wychowawczego wyeliminowane zostają kojarzące się z przemocą słowną czy fizyczną kary – zastępują je konsekwencje. Rodzice przestają być decydentami, stając się raczej doradcami i przewodnikami swoich potomków.

Z tak idealistycznym podejściem do dzieci wiąże się wiele problemów. Jak pokazują historie – filmowa Klary i rzeczywista Natalii – traktowanie dzieci na poważnie wcale nie jest takie proste. Łatwo może przerodzić się we wspomniane wcześniej i przyjmowane bezkrytycznie założenie, że dzieci nie kłamią, które z jednej strony ignoruje ukryte motywacje, jakie mogą kierować młodymi obywatelami, z drugiej zaś ich zdecydowanie większą w porównaniu z dorosłymi podatność na bodźce zewnętrze (na przykład wpływ, jaki wywierali na Natalię pracownicy Barnevernetu), skłaniające dzieci do określonych zachowań. Jak widać, urzędnicy, których celem jest ochrona praw dzieci, ulegają czasem pokusie i zamiast zweryfikować ich słowa rozpoczynają walkę z oskarżonym. Wydaje się, że nie zawsze to dziecko jest w niej najważniejsze. Przecież Klara bardzo szybko wycofała swoje oskarżenia wobec opiekuna. Wtedy jednak nikt z dorosłych nie chciał jej już słuchać.

ilustr.: Łukasz Drzycimski

ilustr.: Łukasz Drzycimski

Rodzina jest najważniejsza

Czy norweski model może być dla nas inspiracją, czy raczej powinniśmy unikać go jak zła wcielonego? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zastanowić się nad tym, czym jest i czym chcemy, żeby była dla nas rodzina i jaka ma być jej rola w procesie wychowawczym.

Mając w pamięci norweskie podejście do przemocy w rodzinie, zobaczmy, jak kwestia ta wygląda w Polsce. Choć bicie dzieci uznawane jest za zjawisko zdecydowanie negatywne (CBOS 2010), wedle raportu stworzonego przez Rzecznika Praw Dziecka w 2014 roku wciąż 28 procent badanych (w 1994 roku – 47 procent) zgadzało się ze stwierdzeniem, że „«lanie» jeszcze nikomu nie zaszkodziło”, a 61 procent przyznało, że są takie sytuacje, kiedy trzeba dać dziecku klapsa. Prawie 30 procent respondentów uznało bicie za możliwą do stosowania metodę wychowawczą, a połowa biorących udział w ankiecie rodziców przyznała się do wymierzenia przynajmniej raz klapsa swojemu dziecku. 39 procent respondentów zgodziło się ze stwierdzeniem, że sposób postępowania rodziców z dzieckiem, w tym posługiwanie się karami fizycznymi, jest wyłącznie ich prywatną sprawą.

Z wstępnych wyników tegorocznego raportu „Kary fizyczne wobec dzieci” opracowanego przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę płyną podobne wnioski. Tylko 52 procent Polaków popiera prawny zakaz stosowania kar fizycznych, 22 procent uznaje, że stosowanie kar fizycznych to prywatna sprawa każdej rodziny, a 26 procent stosuje je w praktyce. Co ciekawe, wśród osób deklarujących stosowanie kar fizycznych tylko 24 procent z nich jako przyczynę posługiwania się nimi wskazuje skuteczność tej metody wychowawczej, 18 procent uznaje, że jest to dobre dla dziecka, zaś ponad połowa deklaruje utratę panowania nad sobą/zdenerwowanie (56 procent), 37 procent temperament dziecka, a 36 procent poczucie bezradności. Mówimy tu więc nie tylko o takim lub innym poglądzie dotyczącym stosowania przemocy wobec dzieci, ale przede wszystkim o nieumiejętności radzenia sobie z problemami wychowawczymi, a więc zapewne również o deficycie wsparcia, które nie jest rodzicom oferowane lub którego nie wiedzą, gdzie szukać.

Przyjrzyjmy się jeszcze modelowi rodziny. Choć Polki i Polacy coraz częściej preferują model partnerski (w 1997 roku 37 procent respondentów za preferowany model uznało partnerski, a 38 procent tradycyjny; w 2013 roku 46 procent partnerski, 23 – tradycyjny), w rzeczywistości realizowany jest on tylko w 27 procentach przypadków. Z bardziej konkretnych pytań wynika, że rodzice w zdecydowanej większości byliby skłonni wspólnie bawić się z dziećmi (96 procent), pomagać mu w nauce (89 procent), kontaktować się z nauczycielami (83 procent), chodzić z dzieckiem do lekarza (82 procent) czy nawet pielęgnować niemowlę (72 procent). W praktyce wygląda to jednak znacznie gorzej. W każdym z podanych przykładów odsetek rodzin, w których faktycznie dochodzi do równego podziału obowiązków, jest od dziesięciu do dwudziestu kilku punktów procentowych niższy. Nietrudno zgadnąć, że zajmowanie się potomkiem spada w efekcie przede wszystkim na matki.

Z prowadzonych przez CBOS badań, deklaracji polityków i głosu Kościoła wynika, że rodzina jest dla Polaków najważniejsza. Polska, podpisując Konwencję o prawach dziecka, jako jedyny kraj zastrzegła, że prawo do swobody myśli, sumienia i wyznania, zrzeszania się, wyrażania własnych poglądów, ochrony przed arbitralną lub bezprawną ingerencją w sferę życia prywatnego dziecka i występowania w sprawach go dotyczących, w postępowaniu administracyjnym i sądowym „dokonuje się z poszanowaniem władzy rodzicielskiej, zgodnie z polskimi zwyczajami i tradycjami dotyczącymi miejsca dziecka w rodzinie i poza rodziną”.

Analizując wspomniane badania czy obwarowania, jakimi obudowaliśmy Konwencję o prawach dziecka, łatwo stwierdzić, że polskie podejście do wychowania jest, delikatnie mówiąc, odległe od modelu norweskiego. Rodzina wciąż jest często rozumiana jako instytucja hierarchiczna, w której dzieci pozostają przedmiotem nieograniczonej, uzurpującej sobie niemalże boskie kompetencje władzy rodziców, podobnych raczej do Sędziego, który „za dobre uczynki wynagradza, a za złe karze”, niż partnera. Autonomia dziecka zastąpiona zostaje „suwerennością” rodziny, czyli w praktyce rodzicielskiej władzy, której zakres i sposób sprawowania, zdaniem wielu z nas, nie powinien podlegać kontroli państwa. Próba utrzymania niezależności od państwa również niesie za sobą zagrożenia. Polska rodzina, wolna od „norweskiej” kontroli, pozbawiona jest również wystarczającej opieki, której brak przekłada się chociażby na dramatycznie niską dzietność.

Opiekuńcze państwo wzmacnia rodzinę?

Choć wizja tradycyjnej, hierarchicznej, niezależnej od państwa rodziny wciąż uzyskuje silne poparcie społeczne na poziomie deklaracji, a w wielu przypadkach realizowana jest również w praktyce, trudno nie zauważyć przynajmniej ewolucyjnych zmian zachodzących w naszym myśleniu o wychowaniu i prawach dzieci. Świadczyć o tym może zwiększenie liczby przeciwników stosowania kar fizycznych i rosnące poparcie dla partnerskiego modelu rodziny. Warto wykorzystać tę tendencję i zastanowić się, czy da się zaproponować podejście do wychowania mieszczące się pomiędzy rozwiązaniami zakładającymi wszechwładzę państwa a wizją w pełni od niego autonomicznej rodziny.

Po pierwsze, warto zdać sobie sprawę, że wiara w pełną autonomię władzy rodzicielskiej jest zwykłą utopią. Wychowanie to proces, na który wpływ ma całe otoczenie dziecka: od rodziny, poprzez szkołę – nauczycieli i rówieśników – sąsiadów, przypadkowo poznanych ludzi, po coraz bardziej wszechobecną przestrzeń wirtualną. Próby odcięcia dziecka od wszystkich bodźców dochodzących do niego spoza rodziny są więc skazane na porażkę, a nawet jeśli zakończyłyby się sukcesem, nie byłoby to wcale zjawisko pozytywne. Przekazanie pełnej, niekontrolowanej władzy nad dzieckiem rodzicom całkowicie ogranicza jego autonomię. W efekcie, gdy staje się dorosłym obywatelem, pełnoprawnym członkiem społeczeństwa zostaje osoba przyzwyczajona do hierarchicznych relacji, nienauczona współpracy, skoncentrowana na własnym, bądź ograniczonym do najbliższych sobie osób, interesie, a więc także niemyśląca w kategoriach dobra wspólnego.

Wszyscy, w mniejszym lub większym stopniu, wychowujemy otaczające nas dzieci. A skoro tak, to warto wreszcie zdać sobie z tego sprawę i wziąć za to odpowiedzialność. Zamiast tego wciąż traktujemy kluczową w tym względzie instytucję, a więc szkołę, jako placówkę przekazującą wiedzę, dbającą o intelektualny rozwój dziecka, ale zarazem mającą nie wtrącać się w zarezerwowane dla rodziny kwestie wychowawcze (czego przykładem jest kwestia podejścia do edukacji seksualnej). Tyle tylko, że nawet jeśli jako społeczeństwo nie stworzyliśmy zaplanowanego programu wychowawczego szkoły, nie znaczy to, że on nie istnieje. Pozostaje ukryty, ale przez to wcale nie mniej oddziałujący na dzieci (więcej na ten temat można przeczytać w rozmowie z Anną Dzierzgowską).

Sam nowy sposób myślenia o szkole to jednak o wiele za mało, aby realnie wziąć odpowiedzialność za otaczające nas dzieci. Aby pójść krok dalej, musimy odejść od traktowania rodziny i państwa jako przeciwników walczących o władzę nad dziećmi i poszukać przestrzeni do współpracy. Trudno nie zauważyć zmian, jakie zaszły w polskiej polityce rodzinnej w ostatnich latach: zarówno wzrostu dostępności przedszkoli i żłobków w ostatnich latach rządów koalicji PO-PSL, jak i programu 500+ wprowadzonego przez Zjednoczoną Prawicę. Są one jednak wciąż niewystarczające. Z wydanego w 2014 roku raportu „Niska dzietność w Polsce w kontekście percepcji Polaków” wynika, że polityka prorodzinna powinna koncentrować się na: polepszeniu dostępu do pracy i warunków łączenia pracy z rodziną, zmniejszeniu niepewności zatrudnienia, poprawie warunków mieszkaniowych i promocji partnerskiego modelu rodziny.

Aby rynek pracy stał się przyjazny dla rodziców, nie wystarczy czasowe zmniejszenie się bezrobocia, z którym mamy obecnie do czynienia. Konieczna jest zmiana sposobu myślenia o pracy i roli pracownika. Musimy przestać traktować go jak kolejny z zasobów produkcji, który należy wykorzystać w najbardziej efektywny sposób, a zacząć widzieć w nim człowieka, którego praca powinna kończyć się o określonej porze, pozwalając mu na prowadzenie życia rodzinnego. Warunki zatrudnienia i płaca powinny umożliwić mu zaś spokojne planowanie przyszłości. Kluczowym zadaniem stojącym przed każdym polskim rządem jest również przygotowanie oczekiwanego od lat programu zwiększającego dostęp do mieszkań – bo także w kontekście polityki prorodzinnej należy rozpatrywać jakość i skuteczność programów takich jak Mieszkanie Plus. Nie tylko pozytywnym efektem, ale również celem prorodzinnej polityki powinno być więc polepszenie warunków życia, a przede wszystkim zapewnienie rodzicom czasu na wychowywanie dzieci. To najlepszy sposób, w jaki opiekuńcze państwo może przyczynić się do wzmocnienia roli rodziny.

Oprócz tego konieczne jest również większe wsparcie wyspecjalizowanych pracowników socjalnych, psychologów i pedagogów, którzy – reprezentując różne instytucje – mogliby wspierać rodziców w procesie wychowania, a zwłaszcza w rozwiązywaniu problemów, na które napotykają. Do tego potrzebne jest zwiększenie nakładów na podobne działania, a także zaufanie. To kolejny powód, dla którego rola państwa nie może się ograniczać do kontroli bez zapewniania rodzinie potrzebnego jej wsparcia.

Wychowywanie przez wspólnotę

Trudno jednak oczekiwać cudów. W przewidywalnej przyszłości nie staniemy się drugą Norwegią w zakresie poziomu płac, warunków zatrudnienia czy czasu pracy. Jesteśmy na innym etapie rozwoju gospodarczego, nie posiadamy też pozwalających z większą łatwością programować politykę społeczną złóż ropy. A skoro tak, to powinniśmy w wychowanie i opiekę nad dziećmi włączyć trzeciego – oprócz państwa i rodziny – partnera: wspólnotę, a precyzyjniej rzecz ujmując – wspólnoty.

Mogłyby to być na przykład samoorganizujące się grupy sąsiedzkie, w których opiekę nad dziećmi sprawowaliby kolejni rodzice. Takie rozwiązanie ułatwiłoby organizację dodatkowych zajęć dla dzieci, pozwoliło na częstsze wycieczki do teatru, kina czy muzeum. Same dzieci zyskałyby kolejną grupę rówieśniczą, a także naocznie obserwowały pozytywne efekty międzyludzkiej współpracy. Choć przestrzeń naszego życia jest coraz bardziej podzielona, a grodzone osiedla zamieszkują rodziny w większości homogeniczne klasowo, wspólnoty sąsiedzkie, przynajmniej w niektórych przypadkach, umożliwiałyby również spotkanie się dzieci z różnych warstw społecznych. Poznanie rówieśników o innych doświadczeniach mogłoby zaś stać się podstawą większej wrażliwości w dorosłym życiu. Podobna współpraca w ramach wspólnoty sąsiedzkiej przyniosłaby korzyść również rodzicom. Ułatwiłaby budowanie wzajemnego zaufania, a w trudnych sytuacjach mogłaby stać się podstawą wzajemnego wsparcia. Tworzyłaby także środowisko, w którym łatwo znaleźć poradę w trudnej sytuacji wychowawczej. Budowanie podobnych wspólnot powinno być i bywa również celem Kościoła – na przykład w obrębie parafii.

Największą, jak się zdaje, pułapką norweskiego podejścia do dzieci, pomimo deklarowanego, a często zapewne rzeczywistego zwrócenia uwagi na ich autonomię, jest przeniesienie władzy nad nimi z rodziny na wszechwiedzące państwo. By wyeliminować nadużycia, których w wychowaniu może dopuszczać się zarówno państwo, jak i rodzina, zamiast przenosić władzę, należy ją rozproszyć. Wymuszałoby to na każdym z podmiotów zaangażowanych w proces wychowawczy zastąpienie „polityki kar i nakazów” podjęciem rozmowy i próbą przekonania wychowywanego do swoich racji. To w rzeczywisty sposób budowałoby autonomię dziecka. W przypadku rodziny rozproszenie polegałoby na budowie partnerskiego modelu, w którym oboje rodziców w podobny sposób włącza się w opiekę nad dzieckiem. Pojawienie się zaangażowanych w wychowanie wspólnot mogłoby natomiast łagodzić zawsze istniejące między rodziną a państwem napięcie w kwestii kontroli nad z jednej strony potomkiem, z drugiej – obywatelem. Większa odpowiedzialność ze strony sąsiadów przeciwdziałałaby tak zwanej „znieczulicy” w sytuacjach rodzinnych dramatów, która jest skutkiem postawy niewtrącania się w pozornie nieswoje sprawy. Zaangażowanie rodziców w pracę szkoły oraz z drugiej strony wrażliwość nauczycieli na sytuację uczniów i uczennic w domu pozwoliłyby wcześniej identyfikować rozmaite problemy czy nadużycia – niezależnie od tego, gdzie by do nich dochodziło. I tak dalej. Rozproszenie władzy mogłoby więc wnieść nie tylko wartość dodaną w proces wychowania, ale także skuteczniej przeciwdziałać patologiom i dziecięcej krzywdzie.

Ostatecznie nie chodzi o to, by odbierać pierwszeństwo w wychowywaniu dzieci ich rodzicom, ale o to, by zauważyli oni obecność w procesie wychowawczym innych aktorów, którzy – świadomi swojej odpowiedzialności – byliby gotowi się weń zaangażować. Warto więc, by zarówno rodzina, jak i państwo, a także rozmaite wspólnoty i po prostu społeczeństwo wzięło sobie do serca przynajmniej jedno z norweskich założeń i zaczęło traktować wychowanie naprawdę poważnie. Bo wszyscy mamy wpływ na otaczające nas dzieci. I wszyscy powinniśmy je chronić.

***

W tekście przytaczałem informacje i dane pochodzące z następujących raportów i badań opinii społecznej:

„Co jest ważne, co można, a czego nie wolno – normy i wartości w życiu Polaków”, CBOS, lipiec 2010.

„Bicie dzieci po polsku… czyli postawy społeczne wobec przemocy w wychowaniu”, Raport Rzecznika Praw Dziecka, 2014.

„Kary fizyczne wobec dzieci”, Kantar Millward Brown S.A. dla Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, 2017.

„Dzieci się liczą 2017. Raport o zagrożeniach bezpieczeństwa i rozwoju dzieci w Polsce”, Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, 2017.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także inne teksty z 35. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Czyje są dzieci?”:

Z dzieckiem wśród ludzi

Górski: Uwierz w dzieci!

Dzieci jak planety