dwutygodnik internetowy
31.10.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wołyń 1943. Nigdy więcej

Mieszkańcy Wołynia, zarówno Ukraińcy, jak i Polacy, obserwują przez kolejne lata wojny dokonywane przez komunistów i nazistów w pełnym majestacie bezprawia zbrodnie. W tych okolicznościach życie ludzkie traci swą wartość, człowiek staje się zwykłym kawałkiem mięsa, morderstwo najprostszym sposobem rozwiązywania problemów.

materiały prasowe

Film zaczyna się powoli. Około piętnastominutowa sekwencja scen z polsko-ukraińskiego, odbywającego się tuż przed wybuchem II wojny światowej ślubu i następującego po nim wesela jest wyraźnym wprowadzeniem – zarówno na polu historycznym, jak i fabularnym. To pierwsze – choć zapewne potrzebne – dla widzów znających realia stosunków polsko-ukraińskich od XVI wieku do czasów II RP może być nieco nużące. Drugie, z przeplatającymi się scenami miłosnych uniesień głównej bohaterki Zosi Głowackiej (Michalina Łabacz) i Petra (Wasyl Wasylik) oraz małżeńskiej transakcji zawieranej w tym samym czasie przez ojca Zosi (Jacek Braciak) i miejscowego sołtysa (Arkadiusz Jakubik), wydaje się zbyt naiwne.

Potem, proporcjonalnie do rosnących obaw widzów, akcja nabiera tempa. Kampania wrześniowa, agresja sowiecka, rozbudzający się ukraiński nacjonalizm, represje Sowietów wobec Polaków, atak hitlerowskich Niemiec na ZSRR, Holokaust, wreszcie rzeź wołyńska. Wydarzenia te obserwujemy z perspektywy kolejnych bohaterów. Kamera podąża tuż za nimi, przez co obraz uzyskiwany przez odbiorców nabiera jednostkowej perspektywy, co jeszcze bardziej buduje dramaturgię. Najważniejszym narratorem jest oczywiście Zosia, która – podobnie jak główna bohaterka „Idy” Pawlikowskiego – jest przede wszystkim obserwatorką rzeczywistości. Niewiele mówi (lecz gdy już zabiera głos, jej słowa mają znaczenie), stara się przetrwać w otaczającym ją brutalnym świecie, zachować resztki człowieczeństwa, ocalić dziecko i wspomnienie miłości.

Smarzowskiemu udało się oddać całą grozę stosunków na kresach II RP w czasie II wojny światowej. Na podstawowy konflikt etniczny (polsko-ukraińsko-żydowski) nakładają się kolejne: religijny (katolicko-unicko-prawosławny), ekonomiczny (Polacy, wykorzystując politykę państwa, spychają Ukraińców w zależność gospodarczą) i rasowy (niemiecko-żydowski). W tej sytuacji żaden bohater nie może czuć się bezpieczny. Po kolei przemijają zarówno nosząca znamiona kolonialnej władza II RP, komunistyczna ZSRR i nazistowska III Rzesza. Nikt nie jest tu bez winy – ani uważający się za lepszych od ukraińskich sąsiadów Polacy, ani budujący na swojej krzywdzie nienawiść prowadzącą do okrutnej rzezi Ukraińcy, ani tworzący historyczne ramy konfliktu, zabijający bez skrupułów Ukraińców, Polaków i Żydów Naziści i Sowieci.

II wojna światowa nie wszędzie wyglądała tak samo. Niemcy nie traktowali Francuzów i Anglików jak podludzi; Duńczycy mimo nazistowskiej okupacji ocalili około 90 procent mieszkających w ich kraju Żydów. Światowy konflikt przybrał najstraszliwsze oblicze na ziemiach należących w czerwcu 1941 do ZSRR. Tam zaczął się Holokaust, Hitlerowcy nie tworzyli tam gett, ale mordowali Żydów natychmiast po zajmowaniu kolejnych miast. Na kresach II RP, Litwie, Łotwie i w Estonii, w ciągu dwóch lat dwukrotnie doszło do zniszczenia – w 1941 roku ostatecznego – dotychczasowych struktur państwowych. Ta, opisywana przez amerykańskiego historyka Timothy’ego Snydera, rzeczywistość zostaje zobrazowana przez Smarzowskiego.

Mieszkańcy Wołynia – zarówno Ukraińcy, jak i Polacy – obserwują przez kolejne lata wojny dokonywane przez komunistów i nazistów w pełnym majestacie bezprawia zbrodnie. W tych okolicznościach życie ludzkie traci swą wartość, człowiek staje się zwykłym kawałkiem mięsa, morderstwo najprostszym sposobem rozwiązywania problemów. Między odnajdującymi się w czasie wojny mężem i żoną czy dwiema siostrami nie ma czułości, a jedynie strach o to, czy to spotkanie nie sprowadzi na kogoś śmierci. Jedyną relacją wolną od wojennej traumy pozostaje uczucie Zosi i Petra. Nie ma w tym nic dziwnego. Jak pisze o II wojnie Snyder: „Były to czasy, gdy bycie dobrym nie oznaczało po prostu unikania złych czynów, lecz pełną determinację do działania na rzecz obcej osoby na planecie, gdzie odpłatą za dobro było piekło zamiast nieba”.

Poza Zosią mało kto wzbudza więc naszą sympatię. Będący ofiarami Polacy nie są kreowani na bohaterów. Ojciec jest gotów sprzedać swoją córkę za kawałek ziemi, konia i krowę. Mąż potrafi uderzyć ciężarną żonę. Żołnierzy Armii Krajowej wyróżnia bezsilność i naiwność. Zosia pozostaje więc całkowicie samotna. W tej rzeczywistości ochronę może zapewnić nawet powracający z frontu wschodniego niemiecki oddział, a przede wszystkim las, w którym spotkanie z przysłowiowym wilkiem jest mniej niebezpieczne niż natknięcie się na człowieka.

Zgodnie z intencjami autora „Wołyń” nie jest więc filmem antyukraińskim, choć rosnący banderowski nacjonalizm i dokonywana przez UPA rzeź są jego głównym wątkiem. Smarzowski, znany z naturalistycznego czy wręcz okrutnego portretowania świata, tym razem zachowuje pewną powściągliwość. Bardziej niż na samych mordach koncentruje się na odmalowaniu krajobrazu po rzezi. W tych momentach kamera zastyga, a widzowie oglądają obrazy przywodzące na myśl malarstwo Hieronima Boscha.

Najnowszy film Smarzowskiego to krytyka nie tylko samego nacjonalizmu, ale ideologicznego fanatyzmu w ogóle, zarówno etnicznego, komunistycznego, jak i religijnego. Zabijający się nawzajem członkowie jednego narodu, sąsiedzi, rodzeni bracia – tę dramatyczną historię próbuje nam przypomnieć „Wołyń”. Nie dlatego, abyśmy zapragnęli zemsty ani chyba nawet wielkiego zadośćuczynienia (choć tak jak warto przepraszać za Jedwabne, tak warto usłyszeć „przepraszam” za Wołyń). Chodzi o to, żeby po prostu pamiętać. Pamiętać, jak trudno, w krańcowych warunkach, jest zachować człowieczeństwo. Pamiętać, aby Wołyń już nigdy się nie powtórzył.