dwutygodnik internetowy
17.11.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wolny strzelec: Dobry news, to zły news

Lou przekracza kolejne granice, byle tylko to co kręci było jak najbardziej szokujące. W tym celu nie cofnie się przed przesunięciem ciała na jezdni, by było ono lepiej oświetlone, a nawet przed zatajaniem ważnych informacji przed policją.

Dan Gilroy do tej pory zasłynął jako całkiem solidny scenarzysta. Często jednak zdarza się tak, że funkcja ta przestaje wystarczać i dlatego pisarze biorą się za reżyserię. Wielokrotnie kończy się to porażkami, jednak na szczęście debiut Gilroya, „Wolny strzelec”, do nich nie należy.
 
Lou Bloom jest młodym, desperacko poszukującym pracy człowiekiem. Ima się najróżniejszych zajęć, zazwyczaj nielegalnych, chociaż sam twierdzi, że najważniejsza w życiu jest ciężka praca. Pewnej nocy Lou jest świadkiem wypadku samochodowego i widzi, jak dwóch ludzi filmuje całe zdarzenie, które rano ogląda w telewizji. W ten sposób wpada na pomysł, by samemu zająć się kręceniem tego typu materiałów.
 
„Wolny strzelec” jest więc przede wszystkim krytyką mediów, które coraz bardziej się tabloidyzują. Nie chodzi już przecież o to, żeby pokazać daną sprawę rzetelnie i kompetentnie – wiadomości mają działać na emocje. Bo tego przecież chce widz. Lou doskonale to rozumie i wraz z upływem czasu przekracza kolejne granice, byle tylko to co kręci było jak najbardziej szokujące. W tym celu nie cofnie się przed przesunięciem ciała na jezdni, by było ono lepiej oświetlone, a nawet przed łamaniem prawa i zatajaniem ważnych informacji przed policją. Jeśli komuś będzie się wydawać, że twórcy filmu przesadzają i za bardzo uderzają w telewizję, niech przypomni sobie, że ostatnio paparazzi bardzo starali się zrobić w kostnicy zdjęcia martwej Annie Przybylskiej.
 
Nie tylko ten brak jakichkolwiek zasad i podporządkowanie oglądalności oraz pieniądzom są w filmie Gilroya przerażające. Równie duże uderzenie powoduje fakt, jak łatwo jest być w dzisiejszych czasach freelancerem. Wystarczy w zasadzie kamera, brak zahamowań, trochę determinacji i śmiało można zajmować się tym, co robi Lou. W czasach kryzysu, gdy o płatne zajęcie jest coraz ciężej, ludzie zaczynają robić wszystko, byle tylko zarobić. Przy okazji kilka scen w „Wolnym strzelcu” ośmiesza system pracy – rekrutacja, którą przeprowadza główny bohater oraz jego gadki motywacyjne są naprawdę komiczne.
 
Warto podkreślić również inne zalety „Wolnego strzelca”. Do największych należy zdecydowanie Jake Gyllenhaal, od dłuższego czasu będący w bardzo dobrej formie aktorskiej. Do tej roli specjalnie się odchudził, dzięki czemu jego postać jest jeszcze bardziej straszna. Lou jest nie tylko nie liczącym się z nikim i niczym, odpychającym dupkiem, ale ma też w sobie coś z szaleńca, a patrzenie na niego coraz bardziej niepokoi. Film Gilroya jest też bardzo dobrze zrobiony – ma porządne muzykę, zdjęcia i tempo, które sprawia, że nawet przez chwilę nie można się nudzić. Kiedy trzeba, pojawia się też napięcie.
 
„Wolny strzelec” jest zatem bardzo dobrym debiutem. Nawet jeśli jego zakończenie z logicznego punktu widzenia jest nieco naciągane, to jednak w swojej wymowie jest takie, jakie być powinno. Film Dana Gilroya jest przygnębiający nie tylko z powodu wizerunku okrutnych mediów, lecz głównie dlatego, że winni tej sytuacji jest każde z nas. W końcu ktoś te materiały chce oglądać.