fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Wolność 2.0, czyli obywatel w czasach ACTA

W konsekwencji wdrażania nowych technologii, jakie oferuje nam „sieć”, stajemy przed wizją coraz bardziej transparentnego świata. Z jednej strony może w nim być mniej prywatności, lecz z drugiej, dużo ważniejszej, może w nim być znacznie więcej przejrzystości. W relacji państwo-obywatel będzie wiązało się to z dużo większą odpowiedzialnością w rządzeniu – czego możemy być coraz częściej świadkami za sprawą zbyt frywolnych wypowiedzi naszych polityków.

ilustr. Kuba Mazurkiewicz


Dlaczego nie należy lekceważyć potęgi internetu? Przede wszystkim dlatego, że internet ma znaczący wpływ na dynamikę społeczną – niweluje rozwarstwienie społeczne, które zaczęło się niebezpiecznie powiększać w ramach tzw. neoliberalizmu. Nieprzypadkowo używa się zamiennie określenia „sieć”, gdyż internet stwarza, w tempie wcześniej niespotykanym, szanse dla mniej uprzywilejowanych i często wykluczonych. W naszym regionie na skutek transformacji, a w szerszym kontekście po prostu przez „zagrożenia turbokapitalizmu”, jak nazwał to Edward Luttwak. Przez teoretyków buntu i sprzeciwu (resistance) internet postrzegany jest jako narzędzie, a więc realna szansa na wyrównanie szans społecznych pomiędzy północą i południem.
Doskonałym tego dowodem była samoorganizacja opozycji w Iranie poprzez Twittera, czy trwająca od roku Arabska Wiosna, która de facto rozpoczęła się na Facebooku. Warto więc dostrzec bardzo poważną siłę internetu, który zaczął odwracać procesy społeczne z początków ubiegłego wieku takie, jak choćby urbanizacja. Można dziś bowiem żyć poza metropolią, popularny jest ostatnio przykład Hrubieszowa, wciąż mając równy dostęp do „wszystkiego”, do czego mają dostęp mieszkańcy np. Warszawy. Patrząc na „polskie podwórko”, można zaryzykować stwierdzenie, że internet jest szansą dla tzw. „ściany wschodniej”, a nawet dla ludzi poza nią, mieszkańców autorytarnej Białorusi.
 
Ta społeczna, obywatelska siła internetu jest dla mnie punktem wyjścia do dyskusji na temat ACTA, a przede wszystkim nad problemami, które przy okazji tego zamieszania ujrzały światło dzienne. Najmłodsze pokolenie stanęło w obronie wolności, jakkolwiek utylitarnie do niej by nie podchodziło. Nie zdawała sobie z tego w żadnej mierze klasa polityczna, która pozostawała głucha na głos swoich obywateli, od których mogłaby uczyć się nowych technologii. Jaka czeka nas zmiana? W jakim kierunku będziemy zmierzać po ACTA? Czy w ogóle nastąpi jakaś zmiana, czy też jest to tylko melancholijne i czcze marzenie lewicy?
Protesty – te wirtualne i te całkiem realne – których byliśmy świadkami w ostatnich dniach, są kolejnym symptomem przesilenia, które można od dłuższego czasu obserwować – zarówno globalnie, jak i lokalnie. Nie chciałbym tutaj wchodzić w rolę eksperta tworzącego nowe teorie czy nowe pokolenia, lecz przybliżyć czytelnikowi pewne obserwowane zmiany i ich przypuszczalny rozwój. Wpisuje się on bowiem w szerszy kontekst krytyki obecnego systemu, pielęgnującego zbyt dużo patologii społecznych i politycznych, o których doskonale pisał, przywoływany już przez Janka Mencwela, Tony Judt w Źle ma się kraj. Zainspirowany tą lekturą oraz wieloma dyskusjami i wydarzeniami, od blisko dwóch lat zastanawiam się, czego jesteśmy tak naprawdę świadkami. Czego będziemy świadkami po tym, jak ludzie zaczęli masowo wychodzić na ulice w niemal każdym zakątku świata, a więc niezależnie od uwarunkowań geopolitycznych?
 
Podobnie jak Janek Mencwel, za Tonym Judtem, jestem przeświadczony, że znaleźliśmy się w czasie niezdefiniowanej zmiany. Ma ona oczywiście swoje różne odcienie, różne przyczyny i skutki w zależności od tego, gdzie się dokonuje, lecz wspólnym mianownikiem, który wydaje się spajać wszystkie protesty w pewien proces, jest siła ludzi, władza należąca do obywateli. Począwszy od wybuchu rewolty na Bliskim Wschodzie, przez hiszpański Ruch Oburzonych, Occupy Wall Street i jego klony pączkujące po całym świecie, poprzez protesty przeciwko ACTA w Polsce. Wszędzie wspólną walutą była i jest nieposkromiona siła obywateli i ich nadrzędnej wartości, jaką jest wolność, rozumiana na różnych płaszczyznach w zależności od okoliczności. W Egipcie wolność stała się celem buntu, w Nowym Jorku i w Polsce wolność stała się jego przyczyną gdy została zagrożona.
„ACTA-gate” pokazała nam przede wszystkim, że także internet hołduje wolności. Debata, która rozpaliła większość społeczeństwa, nie skupiła się bowiem na meritum tej umowy. Cel umowy ACTA, którym jest egzekwowanie praw majątkowych twórców, nie stał się główną osią dyskusji w internecie, na ulicach czy konferencjach. Cała debata i batalia w Polsce toczy się o zdecydowanie ważniejszą rzecz – wartość jaką samą w sobie ma wolność. Jej zagrożenie stało się iskrą wywołującą internetowe protesty, które w rezultacie wyprowadziły ludzi na ulice. Wolność w Polsce nie była i nie jest zagrożona w takim stopniu, w jakim miało to miejsce na Bliskim Wschodzie. Niemniej jednak, najmłodsze pokolenie, niedoświadczone prawdziwym brakiem wolności, zareagowało wręcz histerycznie na potencjalne zagrożenie, jakie mogła powodować umowa ACTA, i to dopiero wtedy, gdyby była ratyfikowana (przez Sejm, Prezydenta i Parlament Europejski). Tych zależności było bardzo dużo, a prawdopodobieństwo faktycznego ograniczenia wolności było dość małe, a mimo to młodzi ludzie zaprotestowali w jej imię, wobec czego nie można przejść obojętnie. Zwłaszcza gdy internautów miało się, jak co poniektórzy, za zboczeńców z piwem w ręku…
 
Warto zastanowić się przy tej okazji nad rolą, jaką odgrywa postęp technologiczny, którego nie da się kontrolować, a więc trzeba za nim nadążać. Technologia była, jest i będzie czynnikiem determinującym nie tylko systemy społeczne, ale również systemy prawne. Z postępem technologii cyfrowych rodzi się nowa, niepisana powinność państwa, jaką jest stworzenie domeny publicznej, która będzie gwarantować uniwersalny dostęp do cyfrowego obiegu kultury. Polska jest tutaj dobrych kilka lat do tyłu, choć oczywiście, biorąc pod uwagę punkt wyjścia, można by rzec: dokonaliśmy olbrzymiego postępu. Jednak postęp technologii cyfrowych dokonuje się w tempie spotęgowanym (a więc rok do roku przepaść technologiczna się powiększa), wobec czego nie jest tak kolorowo. W rzeczywistości jesteśmy co najwyżej gdzieś na poziomie pierwszego iPhone’a (czyli jakieś pięć lat do tyłu), kiedy w międzyczasie pojawiły się iPady, produkowane są laptopy bez napędów CD, a internet mamy już kolejnej generacji, umożliwiający ściąganie filmu w zaledwie kilka minut.
Podczas, gdy za rok wszyscy przejdziemy w erę telewizji cyfrowej (zmuszającą nas do zakupu nowoczesnych odbiorników), a niebawem będziemy mogli cieszyć się telewizją w telefonach, administracja państwowa weszła dopiero przed chwilą w erę cyfrową. Rząd zaczął obradować na komputerach w zeszłym roku, Ministerstwo Cyfryzacji powstało w listopadzie, a minister Radek Sikorski polecił swoim urzędnikom w ostatniej kadencji, aby obieg dokumentów dokonywany był elektronicznie (sic!) w celu jego usprawnienia. Te przykłady można mnożyć. Jako student wiecznie poszukujący różnych danych, obserwuję to na co dzień, a już w gimnazjum odsyłany byłem na strony internetowe CIA, które są największą internetową bazą statystyczną na świecie, dodajmy: całkowicie darmową, podczas gdy upublicznienie danych Głównego Urzędu Statystycznego zapisano dopiero w niedawno przyjętej ustawie. Dlaczego o tym piszę? By choć w małym stopniu pokazać, jaka jest różnica pomiędzy pokoleniem 20latków, a pokoleniem ich rodziców, pokoleniem „rządzących”, którzy albo już, albo jeszcze nie rozumieją świata cyfrowego, w którym się znajdujemy. Jednak nie o brak umiejętności technologicznych tutaj chodzi. Sam mam czasami wrażenie, że moja 6letnia siostra wyprzedzi mnie zaraz w rozwoju technologicznym samodzielnie obsługując anglojęzyczną aplikację na telefonie. Nie zacofanie technologiczne było bowiem główną przyczyną nieporozumienia w sprawie ACTA pomiędzy rządzącymi, a użytkownikami internetu i ich reprezentantami z NGOsów. Była nią raczej zła wola i chęć okopania się na dobrze sobie znanym terenie, bezpiecznym i pewnym. Jak sam przyznał Michał Boni: „władza ma to do siebie”. Postęp ma jednak to do siebie, że nie czeka na spóźnialskich, nie daje nikomu taryfy ulgowej – technologia, jak widzieliśmy, jest zdolna do wyprowadzenia ludzi na ulicę. Tego problemu żadna władza nie może ignorować, a jak dotąd niestety tak właśnie się działo.
 

ilustr. Kuba Mazurkiewicz


Dlatego sprawa z ACTA na długo pozostanie otwarta i nie uda się zamieść jej pod dywan. Najlepszym dowodem jest to, że dane za ostatni kwartał ubiegłego roku i potwierdzenie, że nadal jesteśmy najszybciej rozwijającą się gospodarką w Europie, umknął uwadze społeczeństwa. Fakt, że rozwijamy się w szybszym od pozostałych tempie, jest bowiem w dłuższej perspektywie żadnym pocieszeniem. To tak, jakbyśmy w wyścigu samochodowym byli w czołówce peletonu, ale jadąc co najwyżej Polonezem na starych oponach i resztkach oleju. Jeżeli nie zmienimy samochodu, to nie mamy co liczyć na sukces. Mówili o tym ostatnio profesor Ewa Łętowska i Jerzy Stępień, oboje byli sędziowie Trybunału Konstytucyjnego. Ich praca, jak mówili, polegała na oczyszczaniu śmieci, których przybywa, a mało z nich nadawało się do recycling’u. Diagnoza, jaką postawiła profesor Łętowska, jest warta refleksji, bowiem nie chodzi tylko o „twarde” rozwiązania, co sugerował Stępień, mówiąc o nowym sposobie legislacji. Łętowska zauważyła, że nie po raz pierwszy wszystko jest robione na odwal się, nienależycie, nawet bez podjęcia próby zrobienia czegoś profesjonalnie. Posłowie głosują tak, jak im kolega podpowie, nie bacząc na to, że przekłada się to na życie czterdziestu milionów ludzi. Refleksja, jaka rodzi się po serii takich działań władz (nie poprzestaję na obecnie rządzących w swoich obserwacjach), jest dość przygnębiająca, bowiem pokazuje lekceważący, wręcz impertynencki stosunek władz do obywateli oraz do wykonywanej służby publicznej.
Obowiązkiem władzy, jak ujął to minister Michał Boni (podczas debaty organizowanej przez Kulturę Liberalną i Stocznię), jest rozumienie, otwartość i umiejętność słuchania. Tym bardziej zdumiewająca była postawa administracji rządowej, która, miast konsultować się z rzeszą młodych ekspertów i think-tanków, wybrała do konsultacji tylko organizacje zrzeszające nadawców, twórców i artystów. Lekceważąco traktując użytkowników, czyli zwykłych obywateli, których, o ironio, ta sama władza ma reprezentować. Najpierw wykazała się brakiem otwartości – nie prowadząc właściwych konsultacji społecznych, następnie brakiem umiejętności i chęci słuchania – umowę podpisano bardziej w odwecie za ataki hakerów na strony rządowe, aniżeli z przekonania o własnej racji. Czy władza rozumie obywateli, przekonamy się w najbliższym czasie podczas zapowiedzianych przez rząd debat. To będzie jeden z bardziej istotnych testów dla polityki, bowiem musi ona zrozumieć, gdzie leży źródło władzy. Niezmiennie leży ono w rękach suwerena – czyli obywateli. Dlatego warto spojrzeć na ten problem znacznie szerzej i odnieść się do wybuchów oburzenia ludzi wszędzie tam, gdzie władza zapomina o swoim suwerenie. Dotyczy to choćby ruchu OWS, który może odezwać się ze zdwojoną siłą, kiedy okaże się, że politycy przekroczą niewyobrażalną barierę 2 miliardów dolarów wydanych na kampanię prezydencką. Podobnie jak w przypadku ACTA, stoją za tym interesy korporacji, które zgodnie z zasadą rynku grają na własną korzyść, która często ma nie wiele wspólnego z tzw. common good. Dbanie o dobro wspólne jest absolutnym obowiązkiem władzy, o którym minister Boni nie wspomniał.
 
Nasuwa się nurtujące pytanie: co dalej? Jeżeli miarą przesilenia i zmiany mogą być wskaźniki zaufania społecznego, to według badania Edelman’a Trust Barometer 2012 są one alarmująco pikujące dla rządzących. Władza, tracąc zaufanie obywateli w ponad połowie badanych państw, traci jednocześnie mandat obywatelski. Barometr zaufania pokazuje jednak znaczący wzrost zaufania do świata nauki, ekspertów, a przede wszystkim do ludzi takich jak my. Badanie pokazuje jeszcze jeden ciekawy rezultat: gałęzią gospodarki cieszącą się największym zaufaniem jest przemysł technologiczny. Czy zatem można pokusić się o stwierdzenie, że zmierzamy w kierunku nowoczesnej formy obywatelskości? Społeczeństwa obywatelskiego 2.0? Myślę, że odpowiedź przybliży nam na pewno rozwój sytuacji w sprawie ACTA i związanych z nią dyskusji nad przyszłością społeczeństwa. Przekonamy się, czy ACTA odbierze nam nadzieje na zmianę, tak, jak odebrał podpisanie umowy Jarosław Lipszyc (Fundacja Nowoczesna Polska), czy też rozpali nadzieję, jak w przypadku Alka Tarkowskiego (Centrum Cyfrowego Projekt Polska), że zmiana nastąpi.
I rzeczywiście, już dziś z pewną dozą optymizmu, można stwierdzić, że nadzieje nie są płonne i zmiana przynosi swoje skutki. Jednym z nich jest raczkująca filozofia polityki otwartego rządzenia, opierająca się na zastosowaniu wolnego dostępu do źródeł i zasobów informacji w celu poszerzenia domeny publicznej i umożliwienia jak największej liczbie ludzi włączenia się w procesy demokratyczne, np. legislacyjne. Uprzedzając pewne zastrzeżenia i obawę, czy nie wprowadzi to anarchii, przypomnę, że kulturowo oraz prawnie mamy zagwarantowaną możliwość współuczestnictwa w procesie stanowienia prawa. Novum jest jednak technologia, która w łatwy sposób udostępnia ludziom wiedzę, informację, kulturę etc. Wolny dostęp nie jest również zagrożeniem dla bezcennej wartości praw autorskich. Powstały już nowe koncepcje wymiany treści, na tzw. licencjach creative commons, które w klarowny i dostępny sposób regulują zasady kopiowania i użytkowania treści objętych prawami autorskimi. W końcu powstaje cała gałąź kultury i nauki tzw. wiki – której najlepszym przykładem jest wikipedia, tworzona przez miliony ludzi.
 
W konsekwencji wdrażania nowych technologii, jakie oferuje nam „sieć”, stajemy przed wizją coraz bardziej transparentnego świata. Z jednej strony może w nim być mniej prywatności, lecz z drugiej, dużo ważniejszej, może w nim być znacznie więcej przejrzystości. W relacji państwo-obywatel będzie wiązało się to z dużo większą odpowiedzialnością w rządzeniu – czego możemy być coraz częściej świadkami za sprawą zbyt frywolnych wypowiedzi naszych polityków. Szansą, jaką daje nam to ogólne przesilenie, jest włączenie się w procesy twórcze i współtworzenie na wielu płaszczyznach, począwszy od polityki, a skończywszy na kulturze. Będziemy mieć coraz więcej wolności i odpowiedzialności jednocześnie – wolności 2.0. Wobec czego słynne słowa Johna Fitzgerald’a Kennedy’ego „nie pytaj, co państwo może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla państwa” nabierają dziś całkiem dosłownej wymowy.
 
***
W momencie, w którym kończyłem pisać ten tekst, premier Donald Tusk ogłosił, że proces ratyfikacji ACTA zostaje zawieszony. Premier oddał tym samym pole społeczeństwu obywateli – czyli Nam, mającym prawo i obowiązek wzięcia udziału w decydowaniu o tak kluczowej dla przyszłości kwestii. Równolegle na twitterach komisarzy unijnych oraz duńskiej prezydencji pojawił się artykuł z nagłówkiem – Przyszłość rozwoju Europy jest cyfrowa!

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×