dwutygodnik internetowy
30.09.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wojciech Tochman, „Eli, Eli”

Tochman przytłoczył mnie opisem życia mieszkańców Onyxu – jednego ze slumsów Manili. „Eli, Eli” nie jest najprzyjemniejszą lekturą, ale i nie o przyjemność w niej chodzi.

      Miesiąc temu, podczas przeprowadzania wywiadu do najnowszego numeru “Kontaktu” i po przeczytaniu maszynopisu „Eli, Eli”, zadałem Wojciechowi Tochmanowi może naiwne pytanie: co chcesz osiągnąć tą książką? Odpowiedział całkiem na serio: W przypadku każdej mojej książki mam taką samą motywację. Piszę o sprawach, które wydają mi się ważne, a wielu ludziom w moim otoczeniu – niekoniecznie. I książką chcę ten stan zmienić. Szukam wokół siebie jakiegoś wsparcia, jakiegoś zrozumienia.

Zadałem to pytanie, ponieważ Tochman przytłoczył mnie opisem życia mieszkańców Onyxu – jednego ze slumsów Manili – który wyłania się z jego najnowszej książki. Powiedzmy sobie szczerze: nie jest to najprzyjemniejsza lektura, ale i nie o przyjemność w niej chodzi.

 

***

 

W „Eli, Eli” autor po raz kolejny pochyla się nad miejscem na wskroś smutnym, miejscem które powinno być wyrzutem naszej komfortowej codzienności, wyrzutem uśpionego w obfitości sumienia. Powinno, choć nie jest. Niczym spam w skrzynce mailowej, skutecznie wypieramy z naszej świadomości podobne obrazki. Przerzucamy je w równoległy świat, wyzuty z emocji i empatii obszar bezosobowej „inności”. Niech zimują tam razem z muchą w oku etiopskiego szczyla i karabinem maszynowym partyzanta w dżungli. Czekając na lepsze nigdy naszej solidarności.

 

Kto widział kiedyś slums, ten to wie. Cholernie łatwo zostać przytłoczonym, gdy nędza, jakiej nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, tasuje się z totalną beznadzieją ludzkich dramatów. A Tochman – potraktujcie to jako ostrzeżenie – opisuje tamten świat językiem aż nazbyt plastycznym. Ocierając się niemalże o pornografię biedy, strona za stroną, opowieść za opowieścią. A do tego, jakby słowa to było za mało, w „Eli, Eli” niemniej istotną rolę odgrywają również obrazy. Obok tochmanowskich opisów są w niej bowiem zdjęcia Grzegorza Wełnickiego – inspiratora Wojtka i jednego z głównych bohaterów książki. Za pomocą jego obiektywu wyczytana wcześniej nędza zakorzenia się w naszej czytelniczej wyobraźni z o wiele silniejszym impetem. I trudno będzie ją z niej wyrzucić, tak jak to robimy z niechcianą reklamą lub prośbą o donację na Afrykę. Mi się do tej pory nie udało. Kiełkuje, by niespodziewanego dnia pójść w sukurs odpowiedzi Tochmana na moje pytanie o cel. Może i ja mogę być trybikiem zmian na lepsze.

 

***

 

Wyraziście sportretowana, beznadziejna codzienność mieszkańców jednego z niezliczonej ilości slumsów na świecie to nie jedyna kanwa tej książki. Jest w niej też coś, co rzadko pojawia się w literaturze faktu. Wojciech Tochman próbuje skonfrontować z tą beznadzieją samego siebie. Posiłkując się podstawami teorii postkolonialnych, zastanawia się, czy przypadkiem on – przybywający z daleka reporter, eksplorator cudzych historii, twórca wizerunków, dyskursów i narracji – nie jest współczesnym kolonizatorem? Czy to, że pośrednio na biedzie i nędzy mieszkańców Onyxu zyska on, fotograf, wydawca, Empik i wszyscy po drodze, a materialnie najmniej otrzymają ubodzy bohaterzy, jest etycznie w porządku?

 

W „Eli, Eli” – na co warto zwrócić uwagę – jest dużo więcej autorskich emocji, refleksji, a czasem nawet i historii wyobrażonych, niż w poprzednich książkach Tochmana. Tym samym nie jest to ortodoksyjny reportaż, jakich ostatnio wiele trafia na księgarskie półki. Niektórzy mogą z tej wielowymiarowości zrobić zarzut, ja uważam ją za wielką zaletę. Gdyby w „Eli, Eli” znalazł się wyłącznie sugestywny opis ludzkich tragedii, różnorodnej biedy i melancholijnej rozpaczy – byłaby to obezwładniająca dla czytelnika lektura, Wojciech Tochman nie znalazłby żadnego zrozumienia, książka stałaby się kolejnym obrazkiem wystających żeber niebiałego dziecka. A jest inaczej.

 

Wojciech Tochman. Eli, Eli. Wydawnictwo Czarne. 9 października 2013. 152 strony.