dwutygodnik internetowy
25.11.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wielki Liberace

Liberace jest magnetyczny, na swój sposób fascynujący, uroczy, często rozbrajający. Douglas wypada równie dobrze w momencie, gdy musi żartować, jak i pokazać poważniejszą stronę osobowości swego bohatera.


Steven Soderbergh wybitnym reżyserem jest i wiadomo to nie od wczoraj. Tym bardziej nie dziwi fakt, że mocno się przyłożył do swojego najnowszego i, jak twierdzi, ostatniego filmu, pt. „Wielki Liberace”.
 
Jest to prawdziwa historia Valentino Liberace (Michael Douglas), artysty estradowego, znakomitego pianisty i celebryty. Wbrew temu, co sądzą o nim ludzie, Liberace jest homoseksualistą i tak naprawdę samotnym człowiekiem. Zmienia się to, gdy poznaje Scotta Thomsona (Matt Damon), z którym żyje wspólnie przez prawie dziesięć lat.
 
Właśnie ta różnica między publicznym wizerunkiem, a życiem prywatnym jest jednym z głównych tematów filmu. Jako że rzecz dzieje się w latach 70. i 80. ubiegłego stulecia Liberace musiał ukrywać swoją orientację seksualną. Prowadziło to nie tylko do licznych kłamstw w mediach, ale też i do samotności – artysta prawie w ogóle nie widywał się towarzysko z innymi ludźmi. Wydaje się, że to jeden z powodów, dla którego tak wielką wagę przykładał do swojego wyglądu i otoczenia, w którym przebywał (jedno i drugie strasznie kiczowate). Obraz Ameryki i to tej sprzed zaledwie kilkudziesięciu lat, gdy go porównać z czasami dzisiejszymi jest na swój sposób wstrząsający. Obecne problemy mniejszości seksualnych są naprawdę niczym w porównaniu do tego, z czym musiały sobie radzić w przeszłości. “Wielki Liberace” mimochodem pokazuje więc, jak wiele się zmieniło.
 
Rzecz w tym, że “Wielki Liberace” w USA nie był filmem kinowym. Żadna z wytwórni nie zgodziła się na dystrybucję, twierdząc, że jest on zbyt „gejowski”, choć już kilka lat temu Oskary zdobywała „Tajemnica Brokeback Mountain”. Pieniądze na produkcję wyłożyło więc jak zawsze niezawodne HBO. Ograniczyło to w sposób znaczny liczbę odbiorców filmu. Pokazuje to, że chociaż należy cieszyć się ze zmian, które zaszły do tej pory, to jednak droga do zrównania homoseksualistów w prawach zresztą społeczeństwa jeszcze daleka.
 
Ale dzieło Soderbergha to także historia młodego człowieka, który dał się omamić bogactwu. Scott autentycznie kocha Liberace, ale po jakimś czasie ciężko powiedzieć, czy większą miłością darzy artystę, czy luksus, który dzięki niemu ma zapewniony. Jego postać przypomina zresztą trochę Eddiego Adamsa z „Boogie Nights” Paula Thomasa Andersona. Obaj bohaterowie pokazywali, że będąc młodym bardzo ciężko jest zachować umiar. Gdy w szybkim tempie zaczyna przybywać pieniędzy i rozrywek, ciężko jest się temu oprzeć i się w tym nie zatracić. W pewien sposób może być to odebrane jako krytyka American Dream, które z jednej strony może prowadzić do szczęścia, z drugiej do wyniszczenia i cierpienia.
 
Największą czysto filmową zaletą „Wielkiego Liberace” jest bez wątpienia aktorstwo. Matt Damon wspina się tu na wyżyny swoich umiejętności. Doskonale portretuje prostego chłopaka, który zrezygnował z marzeń, by żyć w bogactwie, po czym kompletnie się w tym zatracił. Prawdziwą gwiazdą filmu jest jednak Michael Douglas, uhonorowany telewizyjnym Oscarem, czyli Emmy. Jego Liberace jest magnetyczny, na swój sposób fascynujący, uroczy, często rozbrajający. Douglas wypada równie dobrze w momencie, gdy musi żartować, jak i pokazać poważniejszą stronę osobowości swego bohatera.
 
Jednak nie tylko dla Damona i Douglasa warto zobaczyć film. Soderbergh potwierdza tu swoją klasę reżyserską. Jego film jest żywy, ma świetne tempo i chociaż jest chyba minimalnie za długi, bez problemu się to wybacza. Warto też wspomnieć o rewelacyjnych scenografii, kostiumach i charakteryzacji. Wszystko to w niesamowity sposób pokazuje Amerykę lat 70. i 80.
 
„Wielki Liberace” to film zdecydowanie godzien polecenia. Jako że bawiłem się na nim świetnie, również i Wam polecam wycieczkę do kina. Soderbergh, Douglas i Damon Was nie zawiodą.