dwutygodnik internetowy
09.04.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wielkanoc solidarności

Czy w twoich uszach, ateisto, brzmi to jak nic nieznaczący banał, nieznajdujący potwierdzenia w codziennym życiu znanych ci „dobrych chrześcijan”? Jak frazes żywcem wyjęty z jednego spośród tysięcy kazań, które co niedzielę – nawet w środku zimy – sącząc się z kościelnych głośników, mącą senną ciszę twojego przedpołudnia? Jeśli tak, to musisz wiedzieć, że się z tobą zgadzam.

ilustr.: Urszula Woźniak

 

Na początku lutego w Magazynie Świątecznym „Gazety Wyborczej” ukazał się głośny artykuł Krzysztofa Vargi, zatytułowany My, ateiści. Na marginesie wydanego wówczas zbioru Dlaczego jesteśmy ateistami Varga notował:

Teiści żądają od ateistów, by ci udowodnili, że Boga nie ma. – To fałszywa perspektywa – mówią autorzy książki. – To wy, wierzący, udowodnijcie, że ten wasz Bóg istnieje naprawdę. Niech nie tchórzy przed ludźmi, którym zgotował tyle cierpień i nieszczęść. Niech się ujawni. Przyprowadźcie tu za rękę swojego Boga i niech się przed nami wyspowiada – mówią.

Wspomniany artykuł sprowokował znaczną liczbę odpowiedzi, spośród których najciekawszą, być może, stanowi tekst ks. Wacława Hryniewicza Bóg słabszy od policjanta, opublikowany w wielkanocnym Magazynie. Nie próbując w szczegółach polemizować z tezami Vargi, ludziom tak bardzo wrażliwym na zło tego świata, lecz wierzącym jedynie w nich samych, pragnę zaproponować przelotne spojrzenie na misterium śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, które przeżywaliśmy w ostatnich dniach. Być może bowiem my, chrześcijanie, wcale nie musimy siłą doprowadzać „swojego Boga” przed trybunał podejrzliwego rozumu. Być może stanął On przed nim sam, z własnej woli.

 

***

Najbardziej chyba sugestywnym momentem Wielkiego Czwartku jest ten, w którym Jezus, ubrany jedynie w prześcieradło, nalewa wody do miednicy i zaczyna myć swoim uczniom nogi. Bóg, który – jak napisze święty Paweł (Flp 2,7) – przyjmuje postać sługi, odwraca zwyczajną racjonalność naszego myślenia. W innym miejscu powie Chrystus: „Jeśli ktoś chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich” (Mk 9,35).

By pojąć, na czym polega logika wielkoczwartkowego myślenia, warto przenieść swoje spojrzenie z Jezusa na Piotra, który, gdy przychodzi jego kolej, stawia opór: „Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał” (J 13,8). Czy to kolejny, nieostatni zresztą wyraz niezrozumienia przez Piotra charakteru misji Chrystusa, które z marnie skrywanym politowaniem lubimy od czasu do czasu konstatować? A może, przeciwnie, mamy tu do czynienia z naturalną reakcją człowieka, który za wszelką cenę pragnie ochronić swoją niezależność?

Otrzymując prezent, zazwyczaj myślimy o tym, w jaki sposób moglibyśmy się naszemu darczyńcy zrewanżować. Łatwiej niż branie przychodzi nam dawanie, najbardziej nawet kosztowne, ale wiążące się ze zobowiązaniem drugiego człowieka względem siebie, z zaskarbieniem sobie jego wdzięczności. Poczucie niespłaconego długu zagraża naszej autonomii, stawia pod znakiem zapytania naszą samowystarczalność, do której tak bardzo jesteśmy przecież przywiązani. Być może przyjmujemy nawet do wiadomości, że „sytuacja życiowa” zmusi nas kiedyś, dajmy na to, do całkowitego poświęcenia się opiece nad obłożnie chorymi rodzicami. Któż z nas dopuszcza jednak myśl o tym, że sam takiej opieki będzie wymagał? Że aż do śmierci będzie żył ze świadomością zaciągniętego przez siebie długu, długu niespłaconego i niespłacalnego?

Wielki Czwartek na miejsce logiki transakcji wprowadza logikę daru, na której jedynie oprzeć się mogą rzeczywiste relacje międzyludzkie. Jeśli powtarzamy dziś, że w naszym świecie wartości podlegają konsekwentnej instrumentalizacji, to – wbrew pozorom – dzieje się tak nie dlatego, że oduczyliśmy się dawać (któż z nas nie wspomaga od czasu do czasu biednych z tego, co mu zbywa?), lecz dlatego, że nie potrafimy przyjmować. Musimy na powrót zaakceptować fakt naszej niedoskonałości, poczuć że zależymy od siebie nawzajem. Stąd dopiero może zrodzić się poczucie naszej współodpowiedzialności za dany nam świat – niezależnie od tego, czy wierzymy, że ma on swojego Stwórcę, czy też nie. Stwórca ten – w co wierzą zarówno żydzi, jak i chrześcijanie – jest zaś Bogiem szukającym człowieka. Bogiem, który na chwilę przed swoją śmiercią zawoła z krzyża: „Pragnę!” (J 19,28).

 

***

Jeżeli w Wielki Czwartek umiera ideał ludzkiej samowystarczalności, to Wielki Piątek wyznacza moment śmierci teodycei – siedemnaście wieków przed pierwszym użyciem tego pojęcia przez niemieckiego filozofa Gottfrieda Wilhelma Leibniza. Czym jest teodycea? Próbą racjonalnego usprawiedliwienia Boga w związku z niedającym się zagłaskać złem tego świata. Akt oskarżenia w następujący sposób (za Stephenem Lawem) formułuje Varga:

Bóg jeżeli istnieje, jest wszechmocny i nieskończenie dobry. Jednak istnienie takiej istoty z pewnością logicznie wyklucza się z istnieniem zła. Skoro zaś istnieje zło, to wynika z tego logicznie, iż nie istnieje judeochrześcijański Bóg.

Leibniz wyróżnił trzy rodzaje zła: metafizyczne (niedoskonałość), fizyczne (cierpienie) oraz moralne (grzech). Niedoskonałość stworzenia tłumaczył jego własną naturą bytu skończonego, która w przypadku człowieka przekłada się na ułomność woli – stąd „zło, które czynię”. Cierpienie we wszystkich jego przejawach uzasadniał natomiast Leibniz tym, że Bóg sobie tylko znanym sposobem wyprowadzi z niego większe jakieś dobro.

Zastanawiasz się, ateisto, nad tym, czy się śmiać, czy płakać? Zapewne nie spodziewałeś się po wielkim myślicielu argumentu rodem z dziecinnego pacierza. Jeśli uważasz, że tłumaczenie ofiarom głodu i wojny, ludziom dziesiątkowanym przez endemiczne choroby i mordowanym w katowniach totalitarnych reżimów, jakoby ich nieszczęście niechybnie wpisywało się w boski plan, którego ze swojej ograniczonej perspektywy nie są w stanie pojąć, nie różni się znacząco od plucia im w twarz, to bądź pewien, iż myślę tak samo. Jeśli jednak, wzorem Krzysztofa Vargi, widzisz w niedającym się wyrazić słowami ogromie cierpienia dowód na nieistnienie Boga, to w tym miejscu nasze drogi się rozchodzą.

Z Księgi Rodzaju wiemy, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo. Przynajmniej zaś od czasu świętego Tomasza przyjmuje się, że owo podobieństwo wyraża się w ludzkiej rozumności i wolności, które z kolei pozwalają traktować człowieka jako odpowiedzialnego za swoje czyny. Tak też potraktował go Bóg, gdy za złamanie raz danego zakazu wyrzucił Adama precz z Raju. My również zwykliśmy w ten sposób regulować swoje długi: wymagać od siebie, nagradzać za spełnienie oczekiwań, karać za ich niespełnienie. To logika twardej retrybucji, sprawiedliwej odpłaty.

W Wielki Piątek miejsce Boga sprawiedliwego, który – jak uczą dziecięce katechizmy – „za dobro wynagradza, a za zło karze”, zajmuje Bóg solidarny z człowiekiem. My, chrześcijanie, po wielokroć bijemy się w piersi i powtarzamy: „Nie jestem godny”. Na Golgocie okazuje się jednak, że jesteśmy wystarczająco godni, by sam Bóg poniósł na krzyżu karę, którą to my powinniśmy sprawiedliwie ponieść. Nasza godność wyraża się nie tylko w tym, że jesteśmy wolni i odpowiedzialni, ale i w tym, że jesteśmy słabi i podatni na cierpienie, o czym tak dotkliwie w Wielki Czwartek przekonał się Piotr, gdy wyparł się Jezusa zaledwie kilka godzin po tym, jak tamten umył mu nogi. To właśnie owa podatność na cierpienie stanowi bramę, przez którą wkracza do ludzkiego świata solidarność.

Po ukrzyżowaniu i męczeńskiej śmierci Jezusa z Nazaretu każda próba wyprowadzenia przez chrześcijanina przekonującej teodycei jest pozbawiona sensu. Sens lub bezsens cierpienia musi dla nas wszystkich – wierzących i niewierzących – pozostać tajemnicą. Bóg nie jest jednak bezczynny wobec trawiącego świat zła, ponieważ sam staje pośród ludzi i przyjmuje na siebie zło w jego najbardziej radykalnej formie. Nie jest to z jego strony żaden wybieg. Na Górze Oliwnej Jezus rzeczywiście się boi – ewangelista Łukasz zapisze: „Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię” (Łk 22,44) – na Golgocie zaś – rzeczywiście umiera. Dlatego też powie święty Paweł: „Nie takiego […] mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz poddanego próbie pod każdym względem podobnie jak my – z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4,15). Choć nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie „Skąd zło?”, to wiemy, że skądkolwiek by nie pochodziło, nie stajemy wobec niego samotnie.

 

***

Wielki Czwartek uczył nas solidarności w słabości, Wielki Piątek – solidarności w cierpieniu. Czego uczy nas Niedziela Zmartwychwstania? Najkrócej można by chyba powiedzieć, że solidarności w nadziei i w poszukiwaniu. Niniejsze rozważania z powodzeniem można by bowiem zaadresować nie tylko do tych, którzy utracili nadzieję, lecz również do tych, który porzucili wszelkie wątpliwości.

Zmartwychwstanie Chrystusa jest dla nas, chrześcijan, źródłem wiary w nasze własne zmartwychwstanie i zmartwychwstanie innych ludzi. „Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także nasza wiara” – powie święty Paweł (1 Kor 15,14). Nie znaczy to jednak, że wiemy, na co dzięki zmartwychwstaniu mamy nadzieję. „Religia jako źródło pociechy jest przeszkodą do prawdziwej wiary: w tym sensie ateizm jest oczyszczeniem” – napisze wręcz Simone Weil.

Ateizm jest oczyszczeniem w tym również sensie, że przeciwdziała idolatrii, która stanowi istotne zagrożenie dla każdej religii. Pokusa „ostatecznego rozwiązania” dotyczy jednak wszystkich ludzi, nie wyłączając ateistów. W tym sensie możliwa jest również idolatria bez Boga. W książce Cierpliwość wobec Boga pisze ksiądz Tomáš Halík:

Paul Tillich twierdził, że główna linia podziału nie przebiega między tymi, którzy uważają się za wierzących, a tymi, którzy uważają się za niewierzących, ale między tymi, których Bóg pozostawia obojętnymi – czy są to „obojętni ateiści”, czy konwencjonalni chrześcijanie – a tymi, których „pytanie o Boga” dotyka egzystencjalnie: czy są to żarliwi poszukiwacze Boga wśród wierzących (na przykład mistycy), czy ludzie „zmagający się z Bogiem” (jak Nietzsche), czy też ludzie, którzy tęsknią za wiarą, ale nie mogą znaleźć dla siebie miejsca w żadnej z dotychczas spotkanych form religii lub stale zmagają się ze swymi wątpliwościami.

Wbrew temu, co napisał Krzysztof Varga, to nie Bóg zgotował człowiekowi morze cierpień i nieszczęść. Sami je sobie gotujemy, ilekroć zapominamy o międzyludzkiej solidarności i o tym, że wszyscy jesteśmy w drodze. Stąd trzy pułapki: indywidualizm (zanegowanie solidarności przez narcystyczne skoncentrowanie się człowieka na jego własnym cierpieniu), kolektywizm (zanegowanie solidarności poprzez dopuszczenie ludzkiego cierpienia jako ceny, którą trzeba zapłacić za osiągnięcie stanu „powszechnej szczęśliwości”) oraz fundamentalizm (zanegowanie solidarności poprzez przekonanie, że posiada się uprzywilejowaną perspektywę, pozwalającą każde cierpienie lekką ręką wytłumaczyć i usprawiedliwić). Wszystkie trzy możliwe są zarówno w wersji religijnej, jak i ateistycznej. Niech zmartwychwstały Pan nas od nich zachowa – czy w niego wierzymy, czy też nie.