dwutygodnik internetowy
20.04.2015
magazyn papierowy


Więcej takich świętych

Wbrew fantazjom Sławomira Cenckiewicza, u podstaw przemiany duchowej Oscara Romero nie stała bynajmniej fascynacja marksistowską doktryną walki klas, lecz fakt spostrzeżenia przez niego nędzy, prześladowań i innych form niesprawiedliwości, będących powszednim doświadczeniem znacznej części populacji Salwadoru. Dodatkowy impuls pochodził z lektury dokumentów konferencji w Medellín, na której biskupi kontynentu dokonali przekładu nauczania Soboru Watykańskiego II na kontekst Ameryki Łacińskiej, oraz ze wsłuchiwania się w nauczanie społeczne papieża Pawła VI.

11169126_10206639531847407_1225238476_n

ilustr: Magdalena Walkowiak

 

W styczniu 1999 roku dwaj politycy ówczesnego ZChN-AWS, Marek Jurek i Michał Kamiński, pojechali do Londynu, by odwiedzić przebywającego w areszcie domowym Augusto Pinocheta. Kamiński podarował byłemu przywódcy chilijskiej junty wojskowej ryngraf przedstawiający Matkę Boską. Jeszcze przed wyjazdem mówił w Sejmie do posłów opozycji: „Jak na was patrzę, panowie, to wiem, że o generale Pinochecie nie trzeba mówić, tylko go trzeba naśladować”.

Na szczęście podejmowane nad Wisłą próby rehabilitowania latynoamerykańskich dyktatorów i dyskredytowania ich ofiar kończą się na słowach. Co ciekawe, szczególny zapał w rzucaniu ich na wiatr wykazują – obok wyznawców „chilijskiego cudu gospodarczego” – konserwatywni katolicy (bywa zresztą, że jedni do złudzenia przypominają drugich). Wspomnijmy tu choćby Tomasza Terlikowskiego, który w jednym ze swoich wywiadów doszedł do wniosku, że Pinochet „powinien być w niemal każdym podręczniku historii czy politologii przedstawiany jako wzór”. Bardziej skandaliczny od samych słów ówczesnego redaktora „Frondy” był chyba tylko fakt, że nie sprowokowały one żadnej reakcji ze strony urzędowych przedstawicieli polskiego Kościoła.

Nowe standardy na wskrzeszającej demony prawicy wyznaczył ostatnio Sławomir Cenckiewicz. Jeden z marcowych numerów tygodnika „Do Rzeczy” przyniósł jego tekst poświęcony poglądom i działalności arcybiskupa Oscara Romero, zamordowanego przez salwadorskie służby specjalne w marcu 1980 roku. Zazwyczaj dezawuowanie ofiar stanowiło w rękach cynicznych hagiografów instrument służący usprawiedliwieniu polityki prowadzonej przez latynoamerykańskich dyktatorów. I tak na przykład Marek Jurek twierdził, że „Pinochet uchronił Chile przed losem komunistycznej Kuby i za to powinniśmy mu być wdzięczni”, dodając, że większość ofiar chilijskiego reżimu to „komuniści albo członkowie ich rodzin” (jak gdyby była to prawda i o ile miałoby to jakiekolwiek znaczenie). Sławomir Cenckiewicz ma inne zamiary. Atak na arcybiskupa Romero – przeprowadzony w odpowiedzi na ogłoszenie daty jego beatyfikacji – służy mu za pretekst do krytyki papieża Franciszka, do którego tak bardzo nie po drodze jest naszym konserwatywnym publicystom.

Trzeba przyznać Cenckiewiczowi, że udało mu się zostawić kolegów daleko w tyle. O ile bowiem obraźliwy w stosunku do papieża wpis Rafała Ziemkiewicza na Twitterze można przy dużej ilości dobrej woli interpretować jako wysoce niestosowną i nazbyt emocjonalną reakcję na przekręconą przez media wypowiedź Franciszka, o tyle w przypadku Sławomira Cenckiewicza mamy do czynienia ze zwyczajnym wyrachowaniem, tym głośniej wołającym o pomstę do nieba, że autor opublikowanych przez prawicowy tygodnik bredni jest z wykształcenia historykiem.

***

„Przez blisko 35 lat było […] oczywiste, że arcybiskup Romero zginął za społeczno-polityczną ideologię, której służył, nie zaś za sprawę Bożą i wiarę katolicką” – pisze Cenckiewicz, dodając, że żaden z dwóch poprzednich papieży „nie traktował zbyt poważnie beatyfikacyjnych pomysłów liberalnych i lewicowych katolików”. To nieprawda. Już w 2007 roku papież Benedykt XVI deklarował, że „z pełnym zaufaniem oczekuje na stosowne orzeczenie Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych”. Jak się wydaje, to właśnie Josephowi Ratzingerowi zawdzięczamy pierwsze inicjatywy zmierzające do odblokowania procesu beatyfikacyjnego Oscara Romero. Ani za tymi inicjatywami, ani też za poglądami samego arcybiskupa San Salvador nie kryła się bowiem żadna ideologia, lecz wierność Ewangelii. Licznych dowodów na własne zideologizowanie dostarcza natomiast sam Cenckiewiecz, gdy bez śladu zażenowania ilustruje swoje tezy nieadekwatnymi i wyrwanymi z kontekstu wypowiedziami arcybiskupa Romero, zdradzając przy okazji całkowity brak zrozumienia dla ich społecznego, politycznego i teologicznego kontekstu.

O teologii wyzwolenia, jej skomplikowanych związkach z marksizmem i jej recepcji w społecznym nauczaniu Kościoła niemało już w przeszłości pisaliśmy. Szkoda więc czasu na zajmowanie się wytartymi kliszami, które powiela na ten temat Cenckiewicz. Wątek ten, choć ciekawy, musi zejść na drugi plan, ponieważ tak się składa, że arcybiskup Romero nie był teologiem wyzwolenia i że do końca swoich dni zachowywał wyraźny dystans w stosunku do ideologii marksistowskiej, co nietrudno wykazać w oparciu o teksty jego wystąpień. Wróćmy jednak do początku.

Pełniąc od 1970 roku funkcję biskupa pomocniczego diecezji San Salvador, ksiądz Romero dał się poznać jako zaciekły krytyk marksizmu oraz kojarzonych z nim prądów teologicznych. Po nominacji na biskupa Santiago de María potępiał mordy na działaczach chłopskich, dokonywane przez policję w biały dzień, wciąż jednak wierzył w to, że władze Salwadoru nie mają z nimi nic wspólnego. W 1975 roku denuncjował w Rzymie duchownych zaangażowanych w ruchy polityczne, nie wyrażając poważniejszych wątpliwości w stosunku do represyjnej polityki rządu. Upominał się o sprawiedliwą zapłatę dla robotników sezonowych, ale nie wynikało stąd nic ponad wezwanie posiadaczy ziemskich do dobrowolnego wyrzeczenia się egoizmu. Oscar Romero był w tym czasie pasterzem wrażliwym na ludzką krzywdę, ale społecznie dość konserwatywnym, a politycznie – raczej naiwnym.

Któregoś dnia – notuje biograf arcybiskupa, James R. Brockman – pewien pasjonista powiedział mu, że właściciele ziemscy oszukują chłopów, bo płacą im mniej niż wynosi obowiązująca w kraju stawka minimalna. Biskup nie mógł w to uwierzyć. „Przecież to dobrzy ludzie” – powiedział, myśląc o właścicielach plantacji kawy, których znał jeszcze z San Miguel. „Proszę sprawdzić” – odrzekł pasjonista. „Może Wasza Ekscelencja wybrać się na taką to a taką plantację, a wtedy Ekscelencja zobaczy tablicę, na której jest wyraźnie napisane: «Płacimy 1,75 kolona dziennie». Zakonnik mówi, że biskup był w szoku, ponieważ oficjalna stawka minimalna wynosiła 2,5 kolona – czyli jednego dolara.

Wbrew fantazjom Sławomira Cenckiewicza u podstaw przemiany duchowej Oscara Romero nie stała bynajmniej fascynacja marksistowską doktryną walki klas, lecz fakt spostrzeżenia przez niego nędzy, prześladowań i innych form niesprawiedliwości, będących powszednim doświadczeniem znacznej części populacji Salwadoru. Dodatkowy impuls pochodził z lektury dokumentów konferencji w Medellín, na której biskupi kontynentu dokonali przekładu nauczania Soboru Watykańskiego II na kontekst Ameryki Łacińskiej, a także ze wsłuchiwania się w nauczanie społeczne papieża Pawła VI. Jak pisze Brockman: „Biskup odkryje, że sam papież głęboko popiera wyzwolenie ze współczesnego zła, jako niezwykle istotny składnik ewangelizacyjnej działalności Kościoła, a jako członek Kościoła […] będzie starał się wprowadzić w życie jej przesłanie, aż wreszcie uzna je za własne”.

***

Salwador był krajem, w którym 40 procent ziemi, w tym grunty o najwyższej jakości, znajdowało się w rękach 0,7 procent właścicieli. Trzy czwarte wiejskich dzieci było niedożywionych, połowa dorosłych mieszkańców wsi nie potrafiła czytać ani pisać. Przeprowadzenie reformy rolnej nie było radykalnym postulatem komunistów, lecz elementarnym wymogiem sprawiedliwości.

Gdy jednak w 1976 roku parlament przyjął projekt reformy, zakładający podzielenie 150 tysięcy akrów ziemi, należących do 250 posiadaczy, pomiędzy 12 tysięcy chłopskich rodzin, kontrolująca wszystkie ważniejsze media oligarchia zareagowała z właściwą sobie histerią. Mówiono, że to początek komunizmu, choć właściciele gruntów mieli otrzymać wysokie odszkodowania. W efekcie projekt został odrzucony przez prezydenta. Równolegle rozpoczęły się brutalne prześladowania działaczy chłopskich oraz tych duchownych, którzy – w zgodzie z nauczaniem Kościoła – popierali prawo chłopów do zrzeszania się i formułowania politycznych postulatów. W takich właśnie warunkach 22 lutego 1977 roku Oscar Romero został nowym arcybiskupem San Salvador. Przedstawiciele rządu, wojska i przedsiębiorców nie kryli satysfakcji, miejscowi zaś księża – rozczarowania wyborem biskupa mającego opinię nazbyt ugodowego w stosunku do władz. Do czasu.

Formacyjnym doświadczeniem dla nowego metropolity okazało się zabójstwo ojca Rutilio Grande. Sławomir Cenckiewicz napisał o nim jako o „groźnym rewolucjoniście”. Nie po raz ostatni przyjął w ten sposób optykę rządzących Salwadorem wojskowych, którzy – jak mawiał sam arcybiskup Romero – „mylili marksizm-leninizm z ewangelicznym nauczaniem Kościoła”.

Ojca Grande znali biskupi i księża w całym kraju – pisze James R. Brockman. – Gdy przestał pracować w seminarium, nadal pozostawał znaną osobistością. Zajął się, wraz z grupą młodszych jezuitów, pracą wśród 30 tysięcy chłopów z Aguilares. Tereny równinne tego obszaru użytkowało pod uprawę trzciny cukrowej trzydzieści pięć hacjend, a miejscowym chłopom pozostały jedynie skaliste zbocza gór. Wielu rolników w ogóle nie posiadało ziemi, więc pracowali tylko w okresie zbiorów. […] W kazaniach ojciec Rutilio piętnował niesprawiedliwość oligarchii wyzyskującej całe rzesze ludzi, a doświadczenie płynące z wprowadzania w życie nauk biblijnych zdążyło już otworzyć chłopom oczy i zwiększyło ich aspiracje. Pośmiertna biografia ojca Rutilia stwierdza sucho: „Nie było potrzeby uświadamiać chłopów, że są uciskani ani kto ich uciska, ponieważ wszystko było widać jak na dłoni”.

13 marca ojciec Grande, podobnie jak wielu przed nim i wielu po nim, poniósł śmierć z ręki „nieznanych sprawców”. Na jego pogrzebie wzburzony arcybiskup Romero mówił: „Chcemy wam oznajmić, nasi bracia mordercy, że was kochamy i prosimy Boga, żeby ulitował się nad waszymi sercami, ponieważ Kościół nie jest zdolny do nienawiści i nie ma wrogów”. Niech czytelnik sam rozsądzi, czy słowa te wypowiedział człowiek, który – jak twierdzi Sławomir Cenckiewicz – miał zginąć za „społeczno-polityczną ideologię, której służył, nie zaś za sprawę Bożą i wiarę katolicką”.

Po śmierci ojca Grande – gdy coraz więcej wskazywało na to, że morderstwo zostało dokonane przez policję – arcybiskup Romero zapowiedział prezydentowi Salwadoru, że do czasu wykrycia i osądzenia sprawców przedstawiciele Kościoła nie będą uczestniczyli w oficjalnych ceremoniach państwowych. Popierany przez ogromną większość duchownych ogłosił również, że w ramach protestu w nadchodzącą niedzielę w diecezji odprawiona zostanie tylko jedna msza. W ten sposób chciał podkreślić, że „Eucharystia powinna mieć związek z realnym życiem” oraz w sposób pasterski ukazać, że „sytuacja w kraju jest wyjątkowa”. Decyzja ta – co przyznawali nawet jej przeciwnicy – została prawidłowo uzasadniona pod względem teologicznym i duszpasterskim. Kiedy więc Sławomir Cenckiewicz pisze o niej jako o „absurdalnej” i podjętej „za namową skomunizowanych wspólnot podstawowych”, po raz kolejny zdradza, po której stronie konfliktu lokuje swoje polityczne sympatie. Większe zagrożenie stanowili z jego punktu widzenia „komuniści”, spośród których wielu było po prostu chłopami broniącymi swoich praw lub zaangażowanymi w życie wspólnot podstawowych, niż dopuszczający się okrutnych porwań, tortur i morderstw agenci sił bezpieczeństwa.

***

Decyzja o odprawieniu jednej mszy rozwścieczyła zarówno przedstawicieli zrzeszenia prywatnych przedsiębiorców, którym nie w smak było metapolityczne zaangażowanie Kościoła, jak i utrzymującego nazbyt bliskie stosunku z władzą nuncjusza apostolskiego Emmanuela Geradę, który uznał ją za prowokację i publicznie udzielił arcybiskupowi reprymendy.

Msza rozpoczęła się planowo – pisze Brockman – […] Przybyło około stu tysięcy ludzi i była to największa w dziejach demonstracja jedności Kościoła w Salwadorze. Proboszczowie, którzy przybyli na mszę wraz z parafianami, mówili, że dla wielu wiernych ta właśnie Eucharystia oznaczała powrót Kościoła po długiej nieobecności.

Nieobecność ta polegała na całkowitym wyobcowaniu salwadorskich hierarchów z życia, które wiedli cierpiący nędzę i prześladowania chłopi. Bywało, że Kościół swoim autorytetem wspierał zarówno wojskową dyktaturę, jak i quasi-feudalne stosunki gospodarcze. Również z tego względu msza za ojca Grande wyznacza początek konfliktu arcybiskupa Romero z nuncjuszem oraz większością miejscowego episkopatu, na którego „świadectwo” tak chętnie powołuje się Sławomir Cenckiewicz. Tymczasem biskupi Alvarez, Aparicio, Barrera i Revelo usprawiedliwiali morderstwa dokonywane przez siły bezpieczeństwa „koniecznością ochrony porządku publicznego i bezpieczeństwa narodowego”, powielając tym samym kłamstwa rządowej propagandy. Otwarcie odcinali się też od działaczy chłopskich i wspierających ich księży, co dla wielu spośród nich mogło oznaczać wyrok śmierci. Rozdarta wewnętrznym konfliktem Konferencja Episkopatu Salwadoru została sparaliżowana w godzinie najcięższej próby, której poddany został miejscowy Kościół.

Salwadorscy hierarchowie za plecami arcybiskupa negatywnie usposabiali do niego przedstawicieli Kurii Rzymskiej. Z czasem coraz częściej musiał się on tłumaczyć ze swoich decyzji i komentować pogłoski na temat swoich domniemanych poglądów i domniemanego zaangażowania partyjno-politycznego. Czterej biskupi posunęli się nawet do tego, że skierowali do Watykanu prośbę o usunięcie go z archidiecezji. Wraz ze śmiercią papieża Pawła VI arcybiskup Romero stracił potężnego sojusznika. Z czasem okazało się jednak, że choć jego następca, Jan Paweł II, został ukształtowany przez Kościół konfrontujący się z totalitarnym komunizmem i zachowywał rezerwę w stosunku do lewicujących teologów Ameryki Łacińskiej, to potrafił również zaakceptować ich punkt widzenia. Na koniec ich ostatniego spotkania, niedługo przed śmiercią Romero, „papież objął arcybiskupa i powiedział mu, że codziennie modli się za Salwador, a biskup Romero zapisał w dzienniku: «Poczułem Boże umocnienie i Bożą siłę, tak potrzebną w mojej ubogiej posłudze»”.

Napięcie w kraju sięgało zenitu, mnożyły się zabójstwa dokonywane przez siły bezpieczeństwa, na które partyzanci również odpowiadali aktami przemocy. Arcybiskup Romero potępiał jedne i drugie, przypominając jednak rządzącej juncie, że to ona ponosi moralną i polityczną odpowiedzialność za rozwój sytuacji w kraju. Wzywał do zaprzestania rozlewu krwi i jednoznacznie opowiadał się po stronie ofiar konfliktu. Kontrolowane przez oligarchię media rozpoczęły kampanię oszczerstw wymierzonych w salwadorski Kościół i jego arcypasterza, próbując doprowadzić do podziału wspólnoty wiernych i osłabienia wpływów samego Romero. Poparcie dla niego wciąż jednak rosło, zarówno wśród podległych mu księży i świeckich, jak i poza granicami Salwadoru. W 1978 roku brytyjscy parlamentarzyści zgłosili jego kandydaturę do Pokojowej Nagrody Nobla.

18 maja [1979] – pisze Brockman – arcybiskup Romero wspomniał w dzienniku o dokumencie, który na początku tego miesiąca przygotowali dla Rzymu biskupi Aparicio, Alvarez, Barrera i Revelo. Dokument, składający się z dziesięciu gęsto zapisanych stron maszynopisu, opatrzony został podpisami czterech biskupów i nosi tytuł: „Polityczno-religijna sytuacja Salwadoru”. W rzeczywistości był on jednak po prostu atakiem na arcybiskupa; w tekście przedstawiono go jako człowieka […], który narzuca Kościołowi i Salwadorowi przesiąknięty polityką, marksistowski model posługi duszpasterskiej. […] Popiera terroryzm i znieważa rząd. W piśmie ojca Rutilia Grande i Alfonsa Navarro [tj. duchownych zamordowanych przez służby specjalne] uznano za renegatów, zabitych przez ich wcześniejszych lewicowych sprzymierzeńców […]. Według biskupów radio YSAX, „Orientación” [tj. organy prasowe diecezji San Salvador] i jezuici zdołali omamić światowe media opowieściami o rządzie łamiącym prawa człowieka i prześladującym Kościół, tymczasem: „Obecny rząd nie ma odwagi podjąć wystarczająco stanowczych kroków, by móc zapewnić bezpieczeństwo, ład i pokój, które państwo ma obowiązek zagwarantować ogółowi obywateli, ponieważ nie chce narazić się na międzynarodową kampanię oszczerstw, wmawiającą światowej opinii publicznej, że rząd w Salwadorze łamie prawa człowieka i prześladuje Kościół”.

Skala przemocy rosła, bilans samego tylko maja 1979 roku to 115 zabitych i 55 aresztowanych. 30 spośród nich nigdy się nie odnalazło.

***

Na niecały rok przed śmiercią arcybiskup Romero, niemal zupełnie osamotniony w episkopacie i z podejrzliwością traktowany przez przedstawicieli Kurii Rzymskiej, napisał swój ostatni list pasterski, w którym nawiązał do stawianych mu zarzutów o sprzyjanie ideologii marksistowskiej:

Naturalnie, jeśli marksizm rozumieć jako materialistyczną i ateistyczną ideologię, obejmującą całość ludzkiej egzystencji i podającą fałszywą interpretację religii, to całkowicie niedopuszczalne jest, żeby takie tezy przyjmowali ludzie wiary […].

Arcybiskup zacytował jednak również dokumenty konferencji z Puebla:

Strach przed marksizmem powstrzymuje bardzo wielu ludzi od zmierzenia się z rzeczywistością ucisku, charakteryzującą dziki kapitalizm. W obliczu zagrożenia ze strony systemu, w sposób jawny naznaczonego grzechem, zapominają o konieczności piętnowania i zwalczania rzeczywistości, wszczepionej przez inny system, naznaczony grzechem w takim samym stopniu.

Puentę dopisał sam: „Najlepszą drogą do przezwyciężenia marksizmu jest podjęcie z całą powagą preferencyjnej opcji na rzecz ubogich”. W innym miejscu poddał ostrej krytyce program salwadorskich elit gospodarczych, które chętnie przyznawały się do wiary chrześcijańskiej, ale mniej chętnie wyciągały z niej społeczne konsekwencje. Cytując jedno z wystąpień Jana Pawła II, arcybiskup przypominał, że „nad każdą własnością prywatną […] ciąży społeczna hipoteka”. Z drugiej strony piętnował ugrupowania lewicowe za milczenie w obliczu sowieckiej agresji na Afganistan.

Niebawem pojawiły się groźby. Jedna z nich – zapowiedź śmierci – została wysłana do Romero w urzędowej kopercie Ministerstwa Obrony. Z różnych stron płynęły w kierunku arcybiskupa ostrzeżenia. Pojawiła się nawet szansa na otrzymanie azylu w sąsiedniej Nikaragui, ale Romero odrzucił ją, mówiąc, że – jak notuje Brockman – „nie może pozostawić swego ludu i że razem z nim przyjmuje niebezpieczeństwa tych czasów”.

Na początku 1980 roku przemoc znowu się nasiliła. „Rząd wciąż opowiadał o reformach, a tymczasem siły bezpieczeństwa bez ustanku mordowały ludzi, których uznawały za wrogów czy wywrotowców, a także tych, którzy po prostu wzbudzali takie podejrzenia, mimo że nikt nie próbował ukrócić działalności terrorystów na usługach oligarchii” – czytamy. W ostatnich tygodniach życia arcybiskup Romero wielokrotnie apelował z ambony do oligarchii, rządu i wojska o przerwanie terroru, a do ugrupowań partyzanckich – o wyrzeczenie się przemocy. Wielu wspomina, że tym czasie coraz lepiej zdawał sobie sprawę z tego, co miało wydarzyć się już niebawem.

***

Oscar Romero zmarł na skutek rany postrzałowej 24 marca 1980 roku. Kula dosięgła go przy ołtarzu szpitalnej kaplicy. „Ktoś strzelił w jego stronę” – pisze Sławomir Cenckiewicz. Zupełnie tak, jak gdyby chodziło o zabłąkany pocisk, o który sam od dawna się prosił. Dziś wiadomo jednak dokładnie, kto pociągnął za spust (kapitan Alvaro Saravia), kto zlecił morderstwo (major Roberto D’Abuisson) i kto finansował działające w ukryciu szwadrony śmierci. Publicysta tygodnika „Do Rzeczy” musi zdawać sobie z tego sprawę, lecz z jakiegoś powodu o tym nie pisze, poprzestając na lekceważącym „ktoś strzelił w jego stronę”. „Oscar Romero służył złej sprawie i niewątpliwie życia za wiarę katolicką nie oddał” – pisze dalej autor artykułu. Z pewnością nie oddał życia za taką wiarę, jakiej wyznanie złożył w omawianym artykule Sławomir Cenckiewicz.

Najsmutniejsze w całej tej historii wydaje się to, że męczennik z San Salvador zdaje się interesować Cenckiewicza o tyle tylko, o ile można przy pomocy jego spreparowanej biografii osłabić autorytet papieża Franciszka i skompromitować zainicjowaną przez niego reformę Kościoła. Im większą jednak desperację widać w działaniach podejmowanych przez naszych prawicowych publicystów, tym większa wiara w skuteczność strategii przyjętej przez Franciszka i tym głębsze przekonanie, że Kościół – może szczególnie ten polski – potrzebuje dziś świętych pokroju arcybiskupa Oscara Romero.