dwutygodnik internetowy
24.03.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wenezuelska układanka

Rzekoma rewolucja socjalistyczna w wykonaniu Chaveza oznaczała, w praktyce, zastąpienie jednych skorumpowanych elit innymi, przez co jej romantyczna idea dość szybko zatraciła powab. W Wenezueli w miejsce dawnej oligarchii wykształciła się nowa, „boliwariańska”, zwana w skrócie… boligarchią.

ilustr.: Rafał Kucharczuk

Odbitym echem docierają do nas zza Atlantyku informacje o protestach antyrządowych, trwających w Wenezueli od ponad miesiąca; o starciach, w których zginęło już ponad 30 osób a 450 zostało rannych; o blokadach ulic i wielotysięcznych marszach, regularnie organizowanych przez studentów i opozycję we wszystkich większych miastach; o części kraju stojącej na krawędzi anarchii. Ale kto walczy z kim, z jakiego powodu, w jakim celu? Oto krótki przegląd głównych stron konfliktu i scenariuszy rozwoju sytuacji.
 
Chávez i cała reszta
 
W Wenezueli rządzą chaviści, czyli następcy Hugo Chaveza, który po piętnastoletnich rządach zmarł w marcu ubiegłego roku na raka. Wcześniej zbudował masowe zaplecze polityczne, posiłkując się socjalistyczną retoryką oraz rozdając subsydia i przywileje, na co mógł sobie pozwolić dzięki nadzwyczajnym wpływom z eksportu ropy naftowej. Wkrótce po tym, jak objął władzę, międzynarodowe ceny tego surowca wzrosły dziesięciokrotnie.
 
Przez mniej więcej połowę wenezuelskiego społeczeństwa Hugo Chávez był i nadal postrzegany jest jako Mesjasz. To on uczynił obywatelami ubogich Wenezuelczyków, którzy wcześniej dla politycznych elit byli praktycznie niewidoczni.
 
Ale ponieważ był postacią wyjątkowo charyzmatyczną, w jego otoczeniu nie miał szans zaistnieć godny następca. Nicolas Maduro (w przeszłości kierowca metra i związkowiec, w życiu prywatnym wyznawca Sai Baby) został wskazany przez Chaveza jako prawowity sukcesor i od niemal roku sprawuje funkcje prezydenta kraju. Prędko okazał się jednak politykiem nieudolnym, zaliczającym gafę za gafą i nieporadnie naśladującym swojego mistrza. W ostatnich tygodniach Maduro popełnił dodatkowo szereg błędów strategicznych: wsadzając do więzienia i zamieniając w „męczennika” jednego z liderów opozycji, a także akceptując użycie broni przez służby porządkowe wysłane do tłumienia protestów.
 
Niektórzy widzą w tej polityce oznakę politycznej słabości Nicolasa Maduro. Musi on zademonstrować siłę, gdyż w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich pokonał kandydata opozycji ledwie o 1,5%. Jednocześnie, musi stale uważać na ewentualnych konkurentów do tronu pośród pozornych sojuszników. Szef Zgromadzenia Narodowego, Diosdado Cabello, ma silne poparcie wśród przesiąkniętego przez chavistów wojska i może zechcieć je wykorzystać, gdyby powstało wrażenie, że Maduro stracił kontrolę nad sytuacją. A do tego niewiele brakuje.
 
Studenci języczkiem u wagi?
 
To studenci, z uniwersytetów publicznych i niepublicznych, zainicjowali na początku tego roku protesty. Bezpośrednim powodem była szalejąca przestępczość oraz pogarszająca się sytuacja ekonomiczna w kraju, przejawiająca się brakiem podstawowych produktów żywnościowych i higienicznych na sklepowych półkach. Z czasem wsparły ich środowiska opozycyjne. A gdy protesty spotkały się z brutalnymi represjami ze strony Gwardii Narodowej oraz paramilitarnych, zmotoryzowanych służb porządku (tzw. colectivos), wówczas pojawiły się kolejne hasła: sprzeciwu wobec państwowej przemocy, wobec korupcji i ograniczania wolności mediów, czy wreszcie wobec jałowej doktryny politycznej „Socjalizmu XXI wieku”.
 
Studenci są dla rządu przeciwnikiem wyjątkowo niewygodnym, gdyż trudno przykleić im zwyczajową łatkę „oligarchów”, „faszystów” albo „burżuazyjnych pasożytów”. Co więcej, mogą okazać się „języczkiem u wagi”, przesądzając o odsunięciu chavistów od władzy. O ile Hugo Chávez przez lata budował swoje przywództwo w opozycji do wcześniejszych elit, o tyle dalsze porównywanie rewolucji chavistowskiej z wyklinaną przeszłością nie trafia już do wyobraźni młodych Wenezuelczyków. Oni o szalejącą przestępczość i problemy z zaopatrzeniem obwiniają nie dawne elity, lecz Chaveza i jego następców.
 
Trudno zresztą się temu dziwić. Rzekoma rewolucja socjalistyczna w wykonaniu Chaveza oznaczała, w praktyce, zastąpienie jednych skorumpowanych elit innymi, przez co jej romantyczna idea dość szybko zatraciła powab. W Wenezueli w miejsce dawnej oligarchii wykształciła się nowa, „boliwariańska”, zwana w skrócie… boligarchią.
 

Opozycja na rozstaju
 
Część opozycji bardzo szybko wsparła protesty, zdając sobie sprawę z tego, że studenci mogą okazać się dla niej decydującym sojusznikiem, niezbędnym do przejęcia władzy w kraju. Ale ostatnie tygodnie ukazały głęboki spór pośród opozycjonistów w kwestii docelowej strategii działania.
 
Na boczny tor został zepchnięty dotychczasowy lider i kandydat w dwóch ostatnich wyborach prezydenckich, Henrique Capriles Radonski. Jego strategia polegała na tym, by zasypać podziały w społeczeństwie, w ten sposób zyskując poparcie choćby części zwolenników Chaveza. Zamierzał odsunąć jego następców od władzy w drodze demokratycznych wyborów. Dlatego odżegnywał się od protestów, obawiając się, że sprowadzą one wenezuelską scenę polityczną z powrotem do czarno-białej alternatywy, w ramach której opozycja w nieskończoność, niczym z wiatrakami, zmagać się będzie z Chavezem-świętością, a społeczeństwo pozostanie podzielone na dwa wrogie obozy.
 
W ostatnich tygodniach Radonski został „zakrzyczany” przez bardziej radykalne skrzydło opozycji, reprezentowane przez „męczennika” Leopoldo Lopeza (wtrąconego przez władze do więzienia) oraz „wenezuelską Joannę d’Arc” Marię Corinę Machado (deputowaną, której grozi ten sam los). Ta część opozycji de facto odrzuca możliwość podjęcia dialogu z rządem. Być może z obawy, że w przeciwnym razie straciłaby wiarygodność w oczach studentów. Paradoksalnie, w ten sposób wzmacnia pozycję polityczną rządu, który jest w stanie zewrzeć szyki i skupić wokół siebie tradycyjnych wyborców, przestraszonych wizją rewanżyzmu w przypadku mityzowanego „powrotu dawnych elit do władzy”.
 
Zagranica umywa ręce
 
Kiedy władza strzela do własnych obywateli, wówczas moglibyśmy oczekiwać, że inne rządy zareagują na to i skłonią zwaśnione strony do podjęcia dialogu. Niestety, większość latynoskich przywódców wciąż stoi murem za Nicolasem Maduro: czy to przez słabość do legendy Hugo Chaveza, czy to w ramach chłodnej polityczno-ekonomicznej kalkulacji.
 
Prezydent Brazylii, Dilma Roussef, sprawia wrażenie, jakby przed jesiennymi wyborami prezydenckimi w swoim kraju wolała nie podejmować żadnych działań, które choćby w minimalnym stopniu szkodziłyby jej popularności. Chilijska prezydent, Michelle Bachelet, mówi jedynie o potrzebie respektowania zasad demokracji, nie zająkując się nawet o łamaniu praw człowieka przez rząd Nicolasa Maduro.
 
Gdyby chaviści stracili władzę, wówczas geopolitycznie najwięcej straciłaby Kuba braci Castro. Wyspa utrzymuje się obecnie na powierzchni dzięki wenezuelskiej ropie naftowej, dostarczanej w zamian za usługi kubańskich lekarzy, trenerów sportowych i agentów bezpieki. To właśnie obecność w Wenezueli tych ostatnich wzmacnia podejrzenia o to, że pokojowa transformacja w tym kraju byłaby mocno utrudniona.
 
Drogi donikąd
 
Przed Wenezuelą stoją teraz trzy scenariusze.
 
Pierwszy to eskalacja konfliktu, w tym poprzez użycie wojska w celu stłumienia antyrządowych protestów. Rząd już teraz demonstruje siłę. W ubiegłym tygodniu przejął opozycyjny Plac Altamira, obstawiając go ponad sześciuset policjantami. Do więzienia wsadził dwóch burmistrzów, którzy z perspektywy rządu byli nazbyt pobłażliwi wobec protestujących. Niewiele brakuje do zaangażowania wojska. To groziłoby rozlewem krwi, rozpadem struktur państwa oraz pogłębieniem podziałów, które już i tak przecinają społeczeństwo na pół.
 
Drugi scenariusz to stopniowe wygasanie protestów w miarę, jak ich uczestnicy przestraszą się, znudzą lub zatracą wiarę w cel, a opozycja podzieli się na skłócone obozy. Wówczas potwierdziłaby się teoria, zgodnie z którą błędem była nieprzejednana postawa części opozycji unikającej dialogu z rządem. Podziały w społeczeństwie uległyby utrwaleniu, za to rząd Nicolasa Maduro dostałby drugie życie.
 
Trzeci scenariusz to transformacja polityczna w stylu „okrągłego stołu”, do którego zasiąść mieliby chaviści, opozycja oraz reprezentanci środowisk studenckich. W obecnych warunkach tylko presja międzynarodowa byłaby w stanie skłonić strony konfliktu do rozmów, które dla Wenezueli byłoby rozwiązaniem najkorzystniejszym. Nie widać jednak woli po stronie latynoskich liderów, a zatem w praktyce w grę wchodzą dwa równie złe rozwiązania – przelew krwi lub utrwalenie nieudolnej władzy.
 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.