dwutygodnik internetowy
18.06.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wejście awaryjne

Mieszkanie to nie tylko ochrona przed złą pogodą. Prywatność i poczucie bezpieczeństwa są niezbędne do odbudowania własnej tożsamości oraz samodzielnego życia. Bez tego nie da się wyjść z bezdomności.

 

ilustr.: Zofia Różycka

ilustr.: Zofia Różycka

Tekst pochodzi z 33. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Bezdomność”.

Instrukcja programu „Najpierw mieszkanie” jest bardzo prosta: podejdź do człowieka bezdomnego, zapytaj, czego potrzebuje, i zrób to. Samowi Tsemberisowi, psychologowi z miejskiego szpitala w Nowym Jorku bezdomni pacjenci odpowiadali na tak postawione pytanie, że potrzebują normalnych mieszkań, ponieważ nie chcą iść do schronisk. Tsemberis potraktował ich odpowiedzi poważnie i stworzył program, w którym bezdomni prosto z ulicy trafiają do samodzielnych mieszkań w niezłych dzielnicach.

W ramach programu Tsemberisa nowi lokatorzy pytani są o to, czy akceptują dane mieszkanie, i mają wpływ na to, jak zostanie urządzone. Po zamieszkaniu otaczani są wsparciem terapeuty, psychiatry, psychologa, pracownika socjalnego oraz „eksperta przez doświadczenie”, to znaczy osoby, która kiedyś była w ich sytuacji. Podpisują umowę, w której potwierdzają wzięcie na siebie obowiązków lokatorskich, czyli płacenia umówionego czynszu oraz przestrzegania zasad współżycia sąsiedzkiego, w tym zachowania ciszy nocnej i porządku na klatce schodowej. Uznając swoją skomplikowaną sytuację życiową, muszą także zgodzić się na przyjęcie co najmniej raz w tygodniu członka zespołu wspierającego.

Spełnienie tych warunków jest skrupulatnie egzekwowane. W zamian osoby bezdomne otrzymują gwarancję pobytu w mieszkaniu bez względu na swoje postępy w terapii. Ani przerwa w przyjmowaniu leków, ani odmowa przyjęcia pomocy czy konieczność hospitalizacji nie mogą stanowić podstawy do odebrania mieszkania. Opracowana przez zespół oferta pomocy wynika z zasady samostanowienia, czyli samodzielnego decydowania o celach terapii przez uczestnika programu (co redukuje możliwe błędy w leczeniu uzależnień), oraz indywidualizacji wsparcia – dobrania odpowiednich form pomocy zgodnych z profilem jego potrzeb.

Zobowiązanie zespołu wobec uczestnika programu jest trwałe i nie ustaje w sytuacji kryzysowej, na przykład wówczas, kiedy mieszkaniec uporczywie odmawia spotkań, a więc kiedy konieczna jest eksmisja. Zespół ma obowiązek utrzymania kontaktu z uczestnikiem programu nawet wtedy, gdy trafia on z powrotem na ulicę. Trwałość zaangażowania w relację z nim jest istotą tego pomysłu – mieszkanie stanowi tylko narzędzie. Po dwóch latach pracy w takim modelu od 70 do 80 procent osób objętych programem (w zależności od badań), które wcześniej przez wiele lat błąkały się od schroniska do schroniska, po szpitalach, aresztach, znajomych i tekturowych domkach, utrzymuje się w mieszkaniach, wiodąc dobre życie.

Tradycyjne stereotypy

Po dwudziestu latach od uruchomienia w Nowym Jorku pierwszego programu, światowi eksperci i badacze uznali ideę „Najpierw mieszkanie” za najważniejszą od trzydziestu lat innowację w usługach adresowanych do osób bezdomnych. Istotą owej innowacyjności jest zakorzenienie procesu pomagania w przekonaniu, że mieszkanie to nie tylko ochrona przed złą pogodą. Perspektywa długoterminowego pobytu, prywatność i poczucie bezpieczeństwa są niezbędne do rozpoczęcia ciężkiej pracy nad odbudowywaniem własnej tożsamości i umiejętności samodzielnego życia. Bez tego zaś trudno mieć nadzieję na to, że komuś uda się trwale wyjść z bezdomności.

Takie podejście do pomagania wymaga diametralnej zmiany w tradycyjnym, popularnym również w Polsce, myśleniu o wychodzeniu z bezdomności. Zazwyczaj pomagamy ludziom bezdomnym, dzieląc się kanapką i ciepłym ubraniem, zapewniając dach nad głową w noclegowni i możliwość dłuższego zamieszkania w wieloosobowym schronisku. Korzystanie z tych form pomocy jest obwarowane warunkami ujętymi w regulaminach placówek. Określone są w nich godziny wyjścia i powrotu, przydział do wacht, powszechny jest także wymóg zachowania trzeźwości, skrupulatnie monitorowany przez pracowników schroniska za pomocą alkomatów. Do innych warunków należy obowiązek współpracy z pracownikiem socjalnym w ramach programu wychodzenia z bezdomności i bezwzględne podporządkowanie się decyzjom kierowników. Złamanie tych zasad skutkuje zazwyczaj usunięciem z placówki, co równa się – inaczej niż w programie „Najpierw mieszkanie” – zaprzestaniu pomocy. Możliwość wprowadzenia się do samodzielnego mieszkania, tak zwanego mieszkania wspieranego, znajduje się dopiero na końcu tej drogi. Ze względu na powszechny niedobór mieszkań, w praktyce możliwość ta jest nagrodą, która przysługuje tylko tym nielicznym uczestnikom procesu, którzy umieli dopasować się do schroniskowego reżimu.

Typowe wyobrażenie o osobach bezdomnych przedstawia się mniej więcej tak: obywatele Polski, mężczyźni w wieku od 40 do 60 lat, (jeśli kobiety, to samotne matki), po rozwodach, nieutrzymujący kontaktów z rodziną, uzależnieni od alkoholu (ludzie uzależnieni od narkotyków to w powszechnym mniemaniu narkomani, a nie bezdomni; jak gdyby się to wykluczało!), pewnie zdolni do pracy, ale niezbyt do niej chętni, prawdopodobnie z przeszłością kryminalną, być może wychowani w domach dziecka, niezbyt dbający o higienę. Tę wyobrażoną grupę skłonni jesteśmy dzielić na dwie: mieszkańców przestrzeni publicznej – klatek, ławek, dworców, krzaków, działek i pustostanów, oraz klientów placówek opiekuńczych. Linię podziału między nimi stanowi domniemany wybór: ludzie ulicy to ci, którzy świadomie wybierają bezdomność i uzależnienie (mit silnej woli jako jedynego lekarstwa na uzależnienia jest w nas bardzo silny), dlatego niepomaganie im jest uzasadnione. Ludzie z placówek są porządniejsi, bardziej zasługują na pomoc, no, chyba że złamią regulamin.

To oczywiście stereotyp, czyli uproszczenie wynikające z braku wiedzy oraz potrzeby uporządkowania obserwowanego świata. Czasem też z potrzeby złagodzenia bólu, który doświadczenie tego świata wywołuje. Spotykam się z takim myśleniem niestety również wśród ludzi odpowiedzialnych za system wsparcia – polityków, urzędników, a nawet pracowników organizacji pomocowych. W rzeczywistości nie da się określić jednego typu ludzi doświadczających bezdomności. Osoby te różnią się od siebie niemal wszystkim: wiekiem, pochodzeniem, wykształceniem, kompetencjami społecznymi, stanem zdrowia i długością doświadczenia bezdomności. Znajdują się też w bardzo różnych sytuacjach mieszkaniowych. Wszystkie te czynniki tworzą historię obejmującą również epizody niekojarzone powszechnie z bezdomnością.

ilustr.: Zofia Różycka

ilustr.: Zofia Różycka

Bezdomny właściciel mieszkania

Mieszkanie na ulicy, na działkach i w różnych schroniskach wyczerpuje tylko pięć z trzynastu sytuacji uznanych przez badaczy za bezdomność albo bezpośrednie nią zagrożenie. Katalog sytuacji dopełniają zjawiska określane zbiorczo mianem „wykluczenia mieszkaniowego”, polegające na uzasadnionej niepewności utrzymania mieszkania lub na nieadekwatnych warunkach mieszkaniowych. To stan, w którym bezdomność jest tuż za drzwiami.

Jedną z takich sytuacji jest mieszkanie w lokalu z niepewnym tytułem prawnym. Przykładem może być wynajem od prywatnej osoby na podstawie półrocznej umowy, którą właściciel w każdej chwili może rozwiązać. Albo mieszkanie kupione na kredyt, którego obecna wartość jest niższa od wartości kredytu pozostającego do spłaty. Ludzie w tych sytuacjach mają dach nad głową, jednak najmniejsze potknięcie – zwolnienie z pracy czy dłuższa choroba – może spowodować jego szybką utratę. Niby nie jest to bezdomność, ale o poczuciu bezpieczeństwa też nie może być mowy.

Wykluczeniem mieszkaniowym zagrożone są dorastające dzieci, które nie są w stanie dogadać się z rodzicami, ponieważ mają inną niż oczekiwana przez rodziców orientację seksualną lub inny pomysł na dorosłe życie zawodowe. W skrajnych sytuacjach uciekają z domu, czasem trafiają na dworzec – tu bezdomność jest oczywista – ale często znajdują kąt na kanapie u znajomych, w squacie czy u patrona. W schroniskach dla bezdomnych praktycznie ich nie spotykamy. Pod koniec 2016 roku z powodu braku środków zamknięto jedyne w Warszawie schronisko dla młodzieży LGBTQ.

W inny sposób problem wiąże się na przykład z taką biografią: mężczyzna na skraju bezdomności, który po śmierci żony załamał się, zaczął pić, stracił pracę, przestał płacić za mieszkanie, został eksmitowany do mniejszego lokalu w innej dzielnicy, jednak codziennie – coraz bardziej zaniedbany, pijany, poraniony, po wielokrotnych pobytach w izbie wytrzeźwień – przychodzi na starą klatkę, nie znajdując na niej ukojenia ani pomocy. To mniejsze mieszkanie też zaraz straci.

Odmienne okoliczności kryją się za bezdomnością migrantów, którzy, opuszczając rodzinną miejscowość w poszukiwaniu pracy, przenoszą się do dużych miast w kraju lub zagranicą i ponoszą porażkę. Nie mają środków do życia, ale wstyd nie pozwala im wrócić do domu. Nie są uzależnieni, ale zdołowani, przybici przegraną, czują, że zawiedli najbliższych, i nie widzą rozwiązania. W schroniskach nie są mile widziani – przecież mają dom i rodzinę – trafiają więc do prywatnych hosteli po trzysta złotych za miesiąc na piętrowym łóżku w wieloosobowym pokoju lub wynajmują coś z „kolegami”. Na początku swojej bezdomności funkcjonują dokładnie tak samo jak ci, którym się udało.

Kolejne sytuacje – Czeczeńcy, rodziny syryjskie, które jakimś cudem trafiły do Polski. To ludzie o innej kulturze, nieznający języka polskiego, którzy z tych powodów mają problem ze znalezieniem pracy i z zapewnieniem sobie utrzymania. Mieszkają po kilka rodzin na maleńkich przestrzeniach o najgorszym możliwym standardzie: usytuowanych poza siecią komunikacji miejskiej, zagrzybionych, mających elektryczne (czyli drogie) ogrzewanie, jedną toaletę i wspólną kuchnię.

Badaczom i działaczom, którzy opowiadają się za tak szerokim rozumieniem bezdomności i wykluczenia mieszkaniowego, nie chodzi o to, żeby nas straszyć, wyolbrzymiając skalę zjawiska. Aby mu skutecznie zapobiegać, potrzebne jest zrozumienie mechanizmów wykluczenia mieszkaniowego. Jeśli ktoś znajdzie się w sytuacji bezdomności, dopiero poznanie jego historii i potrzeb pozwoli na zapewnienie mu odpowiedniej pomocy i przyspieszy wyjście z kryzysu. Nad tym drugim elementem pochylił się Tsemberis: przyjrzał się swoim pacjentom i uświadomił sobie, że zły jest nie beneficjent, lecz system pomocy. Wymyślił inny, wywracając przy okazji do góry nogami dotychczasowy schemat działania w sytuacji bezdomności.

Trudny klient

Programu „Najpierw mieszkanie” nie ma w Polsce, choć ludzie pracujący z osobami bezdomnymi słyszeli o nim, a niektórym zdarza się nawet o nim opowiadać i podkreślać zrozumienie dla potrzeby jego wprowadzenia. To taka modna nowinka z zagranicy, o której czasem wypada wspomnieć. Analiza ogólnopolskich i warszawskich danych pokazuje, że także u nas funkcjonują osoby bezdomne, dla których „Najpierw mieszkanie” byłoby jedynym rozwiązaniem. Chodzi o ludzi z wieloletnim doświadczeniem bezdomności dotkniętych zaburzeniami psychicznymi. Nierzadko zdarzają się wśród nich przypadki podwójnego rozpoznania: zaburzeń w postaci depresji czy choroby dwubiegunowej, którym towarzyszy uzależnienie od substancji psychoaktywnych, najczęściej alkoholu. Takie osoby nie znajdują miejsc w schroniskach, a jeśli tak, to na krótko, szybko uciekając lub będąc wyrzuconymi z powodów regulaminowych. Mimo wielokrotnych pobytów w ośrodkach i korzystania z oferowanej pomocy, wciąż pozostają bezdomne.

Dlaczego zatem, mimo deklarowanego zainteresowania działaczy, istnienia konkretnych ludzi potrzebujących takiego wsparcia, pozytywnych doświadczeń z zagranicy oraz uznania ekspertów na świecie, programu „Najpierw mieszkanie” nie wprowadzono w Polsce?

Realizowana u nas polityka mieszkaniowa jest fatalna. Jej istotą jest wspieranie lokatorów w dochodzeniu do własności prywatnej poprzez programy dofinansowania kredytów hipotecznych lub możliwość preferencyjnego wykupywania mieszkań komunalnych z zasobów gmin. Prowadzi to do stopniowego topnienia zasobu komunalnych i socjalnych mieszkań o regulowanym czynszu, co wpływa na podniesienie cen wynajmu na rynku prywatnym. W Polsce wciąż nie upowszechniła się też idea wprowadzenia podmiotów pośredniczących między właścicielami mieszkań a „trudnymi”, z perspektywy sprzedającego, klientami. W Belgii są to zadania Społecznych Agencji Najmu. W wielu innych krajach funkcjonuje zawód „menedżera najmu”, czyli kogoś łączącego kompetencje pracownika Zarządu Gospodarowania Nieruchomościami, który odpowiada za ściąganie czynszu, pracownika socjalnego oraz psychologa pracującego z osobą, która ma problemy życiowe.

Paradoksalnie jednak, zła polityka mieszkaniowa nie jest główną przeszkodą dla wprowadzenia programu „Najpierw mieszkanie”. Osoby, do których kierowany jest program, i tak są wykluczone z programów mieszkaniowych, adresowanych do ogółu społeczeństwa, bo taka jest natura bezdomności. Zawsze będzie potrzebny specjalistyczny program, skonstruowany z myślą właśnie o tej grupie bezdomnych.

ilustr.: Zofia Różycka

ilustr.: Zofia Różycka

Zamiast kija i marchewki

Prawdziwe przeszkody tkwią gdzie indziej. Po pierwsze, „Najpierw mieszkanie” to program kierowany do ludzi wykluczonych wśród wykluczonych – bezdomnych kąsających rękę, która ich karmi, odrzucających pomoc oferowaną im w noclegowniach i schroniskach. Dlaczego mieliby dostać mieszkanie z marszu, podczas gdy pełno jest ludzi realizujących program wychodzenia z bezdomności i grzecznie czekających w wieloletniej kolejce? W powszechnym mniemaniu, nawet w mniemaniu kadr schronisk i noclegowni, inni bezdomni bardziej zasługują na drugą szansę, nie mówiąc już o potrzebujących wymykających się definicji wąsko rozumianej bezdomności, między innymi samotnych matek, ofiar przemocy w rodzinie, rodzin wielodzietnych lub osób z niepełnosprawnością.

Po drugie, „Najpierw mieszkanie” wykorzystuje narzędzia pomocy najwyższej jakości: samodzielne mieszkanie w przyzwoitym sąsiedztwie i specjalistyczne, intensywne usługi psychiatryczne i terapeutyczne. Wsparcie takiej jakości jest niespotykane nie tylko w programach dla bezdomnych, ale w ogóle w programach pomocowych dla ludzi o różnych potrzebach wynikających z ich stanu zdrowia, na przykład osób z zaburzeniami psychicznymi, z autyzmem czy osób starszych. Czy to dopuszczalne, żeby mieszkania oferowano na pierwszym miejscu nie takim osobom, lecz osobom bezdomnym, i to tym, które dotychczas wypinały się na oferowane im formy pomocy?

Po trzecie, podejście do pomagania w „Najpierw mieszkanie” wywodzi się z koncepcji przyrodzonej godności ludzkiej i praw człowieka. Terapeutyczne znaczenie ma prawo do samostanowienia – mieszkaniec samodzielnie wyznacza cele terapii. Prawo do mieszkania nie może być też elementem przetargowym, który miałby ułatwić zmotywowanie uczestnika do czegoś, co z zewnątrz wydaje się dla niego dobre, na przykład do abstynencji. Zasady uczestnictwa są jasno opisane w umowie – przyczyną usunięcia nie może być arbitralna decyzja kierownika programu. Pracownik socjalny pomagający uczestnikom programu towarzyszy im, jednoznacznie i asertywnie wskazując konsekwencje podejmowanych przez nich decyzji. Nie ma tu jednak miejsca na układ hierarchiczny, zakładający wyższość pracownika udzielającego pomocy nad beneficjentem. Nie ma dawcy i biorcy.

Taki model bardzo powoli przebija się do systemu pomocy społecznej, w którym pomoc jest traktowana jak „marchewka”: beneficjent idzie do schroniska i na terapię uzależnień (pracownik decyduje o tym, jak mu pomóc), a ośrodek pomocy przyznaje w zamian zasiłki oraz prawo do świadczeń zdrowotnych. Zasada towarzyszenia i równościowej relacji osoby wspierającej i osoby wspieranej z trudnością przenika też do placówek dla bezdomnych, które w znakomitej większości prowadzone są przez instytucje Kościoła katolickiego: zakony i zgromadzenia lub katolickie organizacje pozarządowe. W często spotykanej tam narracji występuje zazwyczaj osoba, która zgrzeszyła, zaniedbując dane jej talenty, oraz druga, która z dobroci serca, wbrew różnym przeciwnościom, pomaga potrzebującym.

Nie chcę powiedzieć, że wiara i nauka Kościoła katolickiego jest sprzeczna z koncepcją uniwersalnych praw człowieka. Forma, w której materializuje się ona w znakomitej większości tradycyjnych placówek dla osób bezdomnych w Polsce sprawia jednak, że obie koncepcje trudno ze sobą pogodzić. Inicjatywy takie jak Wigilia z Ubogimi, organizowana przez Wspólnotę Sant’Egidio, w których wszyscy uczestnicy są sobie równi jako dzieci Boga i jako grzesznicy, należą do rzadkości.

Po czwarte, „Najpierw mieszkanie” to program drogi, mimo że efektywny kosztowo, czyli tańszy niż alternatywa, która sprowadza się do wieloletniego przebywania bezdomnych ludzi z zaburzeniami psychicznymi na ulicy. Efektywność kosztowa była jednak weryfikowana w krajach o rozwiniętym systemie wsparcia. Schroniska i noclegownie nie są tam przeludnione, mieszczą się często w specjalnie na ten cel zaprojektowanych budynkach i, przede wszystkim, ich działalność w całości finansowana jest z budżetów samorządowych bądź centralnych. W Polsce system wsparcia jest słabo rozwinięty, schroniska mieszczą się w budynkach, których nikt inny nie chciał, i remontowane są ogromnym wysiłkiem, dzięki wyproszonym darowiznom od firm oraz dzięki pracy mieszkańców. Finansowanie ze środków publicznych, choć stopniowo rośnie, nadal utrzymuje się na minimalnym poziomie. Tak naprawdę nie wiadomo do końca, ile kosztuje zapewnienie wsparcia jednej osobie.

W Warszawie przebywają ludzie, potencjalni klienci „Najpierw mieszkanie”, którzy z punktu widzenia systemu nie generują żadnych kosztów: nie korzystają ze wsparcia, instytucje publiczne nie wiedzą o ich istnieniu, a jeśli nawet wiedzą, to uznają, że ludzie ci nie chcą pomocy, więc nikt im jej nie proponuje. Z punktu widzenia dziurawego systemu są bardzo „tani”, w związku z czym argument optymalizacji kosztów upada.

Po piąte, za sukces „Najpierw mieszkanie” uznaje się poprawę stabilności mieszkaniowej, czyli utrzymanie się w mieszkaniu, przebywanie w nim zamiast powrotu na ulicę. Inne miary sukcesu to poprawa samopoczucia, zdrowia psychicznego i radzenie sobie z uzależnieniem (co niekoniecznie oznacza abstynencję). Nie jest to równoznaczne z uzyskaniem samodzielności – zarówno wsparcie specjalistów, jak i wsparcie finansowe bywa nadal potrzebne. Jak zauważył Tsemberis podczas konferencji podsumowującej europejskie doświadczenia programu „Najpierw mieszkanie”: Kiedy słyszysz, że coś kończy bezdomność, zakładasz, że zanika potrzeba zajmowania się ludźmi bezdomnymi. Tymczasem wyjście z bezdomności niekoniecznie oznacza koniec zajmowania się ludźmi, którzy byli bezdomni albo mogą się nimi stać.

W polskim myśleniu o wychodzeniu z bezdomności miarą sukcesu jest usamodzielnienie się, rozumiane jako zamieszkiwanie w lokalu bez potrzeby korzystania z dalszej pomocy. Jak gdyby każdy człowiek był z definicji samowystarczalny albo mógł się taki stać po latach funkcjonowania w warunkach, w których do przeżycia potrzebne są zupełnie inne umiejętności niż do życia w mieszkaniu.

Zlikwidowanie bezdomności nigdy nie było priorytetem w agendach partii politycznych, sprawujących rządy w Polsce. System pomocy został stworzony oddolnie, dzięki empatii i zaangażowaniu rzeszy ludzi, którzy – bez względu na okoliczności, brak środków i stereotypy – pochylali się nad człowiekiem w kryzysie i organizowali dla niego pomoc najlepszą z możliwych. Dzięki temu statystyki zamarznięć stopniowo maleją, a wielu ludzi znajduje wsparcie w noclegowniach i w schroniskach. Gminy przeznaczają na nie coraz większe środki, coraz więcej ludzi trafia też do mieszkań wspieranych i ostatecznie wychodzi z bezdomności. Nie zmienia to jednak faktu, że wśród bezdomnych nadal są ludzie, dla których program „Najpierw mieszkanie” byłby jedyną szansą na godne życie.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Rodzina Nikodema

Bezdomny kontra państwo

Porowska: Pomoc bez przemocy