dwutygodnik internetowy
13.07.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Weganizm? Odpowiedz sobie sam!

W rzeczywistości problem jedzenia produktów odzwierzęcych rozbija się o trzy kwestie: wielopokoleniowe przyzwyczajenie, wygodę i doznania smakowe. Mleko to ważny składnik dla kuchni wielu kultur; mięso jest łatwe w przygotowaniu i szeroko dostępne; jajka są składnikiem wyśmienitych potraw, z których ciężko zrezygnować. Prawda, prawda i jeszcze raz prawda. Pytanie, czy są to argumenty wystarczająco mocne, by porzucić temat?

stejk

ilustr.: Marta Zawierucha

Weganie – skąd się wzięli i czego chcą?

Nie jedzą sera, nie noszą skóry, nie chodzą w wełnianych swetrach. Udostępniają na fejsbuku drastyczne zdjęcia, których nikt nie ma ochoty oglądać, albo apelują, by podpisywać jakieś idiotyczne petycje. Doprawdy, co to za żarty?

Zauważalna niechęć do wegan wynika z faktu, że są w mniejszości, oraz że tworzą grupę oskarżycieli. „Cruelty free” – wolny od cierpienia. To bardzo popularne hasło w wegańskich sklepach, restauracjach oraz na produktach. W podtekście niesie wieść, że inne – niewegańskie – produkty związane są z cierpieniem. Czyim? Zwierząt. Takie postawienie sprawy sprawia, że nie-weganin automatycznie staje się współwinnym okrucieństw na zwierzętach, nawet jeśli nie widział nigdy prawdziwej krowy, kupuje jedynie szynkę i lubi pić szejki czekoladowe. To poważny zarzut.

Mówiąc o weganizmie, prawach zwierząt, cierpieniu i zbiorowej odpowiedzialności niezwykle łatwo jest popaść w patos, a także dojść do absurdu, gdyż – jak wiadomo – każda, nawet najszlachetniejsza idea staje się niebezpieczna, gdy stosuje się ją w wersji ekstremistycznej. Dlatego oczyśćmy z zarzutów i zacznijmy od początku.

Talerz-urna

Wybór diety to sytuacja analogiczna do wyborów prezydenckich czy parlamentarnych z tą tylko różnicą, że to wybory obowiązkowe. Weganizm, wegetarianizm, karnizm, wszystkożerstwo – coś jeść trzeba, nie można „zostać w domu”. Oczywiście tak jak przy urnie i w tej sytuacji istnieje tak zwana „linia najmniejszego oporu”, czyli niewychylanie się (robienie tego, co robi większość) lub trwanie bez zmian (robienie tego, co robi się obecnie). W tym przypadku to najczęściej dieta pod tytułem „jem to, co lubię”, zwykle związana z karnizmem. Coś jednak sprawia, że „linia najmniejszego oporu” to wyrażenie zabarwione pejoratywnie, w odróżnieniu od „myślenia”, „poszukiwania” czy „pytania”. Z tych ostatnich zrodził się weganizm.

Wynikiem myślenia, poszukiwania czy pytania jest (w założeniu) dochodzenie do jakichś wniosków czy podejmowanie decyzji. Weganizm absolutnie nie jest jedyną słuszną decyzją, gdyż pojęcie „słuszny” jest zawsze subiektywne. Problem polega na tym, że większość z nas nie ma świadomości podejmowania decyzji w ogóle: jem mięso, bo je się mięso, a nie dlatego, że uważam to za słuszne, dobre, zdrowe czy jakiekolwiek – to przerażająco częsta postawa. Z drugiej strony trudno się dziwić, że naszym życiem rządzą przyzwyczajenia. Niełatwo egzystować, bezustannie kwestionując. Dlatego dla spokoju ducha można by zamknąć temat w tym miejscu. Ale skoro się pomyślało a, to jak powstrzymać się przed powiedzeniem b?

Golonka w sosie serowo-miodowym

Spróbujmy więc zadać pytanie: czy człowiek ma prawo zabijać i zjadać zwierzęta? A cóż znaczy „ma prawo”? Jeśli lew ma prawo zjeść antylopę, człowiek ma zapewne prawo zjeść świnię. Nie ma jednak ponoć prawa zabić własnego dziecka, jeśli jest chore, a chomik dla przykładu – ma. Pojęcia „prawa” nie można więc zastosować, by rozwiązać dylemat jedzenia lub niejedzenia mięsa. Spróbujmy więc ze zdrowiem. Według Academy of Nutrition and Dietetics „odpowiednio zaplanowane diety wegetariańskie, w tym diety ściśle wegetariańskie, czyli wegańskie, są zdrowe, spełniają zapotrzebowanie żywieniowe i mogą zapewniać korzyści zdrowotne przy zapobieganiu i leczeniu niektórych chorób. Dobrze zaplanowane diety wegetariańskie są odpowiednie dla osób na wszystkich etapach życia, włącznie z okresem ciąży i laktacji, niemowlęctwa, dzieciństwa, dojrzewania, oraz dla sportowców”. Nie ma więc argumentów zdrowotnych przemawiających za jedzeniem mięsa czy produktów odzwierzęcych w ogóle. W rzeczywistości problem jedzenia produktów odzwierzęcych rozbija się o trzy kwestie: wielopokoleniowe przyzwyczajenie, wygodę i doznania smakowe. Mleko to ważny składnik dla kuchni wielu kultur; mięso jest łatwe w przygotowaniu i szeroko dostępne; jajka są składnikiem wyśmienitych potraw, z których ciężko zrezygnować. Prawda, prawda i jeszcze raz prawda. Pytanie, czy są to argumenty wystarczająco mocne, by porzucić temat?

Jak się pozbyć dysonansu?

Odpowiedź brzmi: nie. Nie, ponieważ istnieją równie mocne, a nawet mocniejsze argumenty za porzuceniem mięsa oraz produktów odzwierzęcych, z których największym jest niewyobrażalne okrucieństwo przemysłu hodowlanego. Mielone żywcem kurczęta, krowy utuczone do tego stopnia, że nie są w stanie ustać na własnych nogach, cielaki odebrane matkom od razu po porodzie. Czy konsumenci są za to odpowiedzialni? Czy przyczyniają się do cierpienia zwierząt? Czy można ich winić? Na te pytania nie istnieje odpowiedź, ale wypada chyba zastanowić się nad własnym spojrzeniem na te kwestie. Pewne jest, że eliminując produkty odzwierzęce z naszego życia, nie jesteśmy już w grupie konsumentów i nie musimy traktować takich pytań personalnie. A to wielka ulga.

W sensie etycznym ważniejsza jest więc chyba sama konfrontacja z problemem, a nie jej wynik. Jedząc produkty odzwierzęce, powinniśmy mieć świadomość okrucieństwa procesu, w którym są pozyskiwane. Jeśli jesteśmy na to okrucieństwo obojętni albo za ważniejszą uważamy własną przyjemność, można mieć wątpliwości co do naszej wrażliwości, ale nie można nazwać nas hipokrytami. Takiej postawy nie spotyka się jednak często. Najczęściej w temacie „zwierzęta a jedzenie mięsa” usłyszeć można wypowiedzi w rodzaju: „Kocham zwierzęta, ale bardzo lubię mięso”, „Nie mógłbym pracować w rzeźni, to straszne. Kiedy idziemy na steka?”, „Szkoda, że człowiek musi jeść zwierzęta, bo są takie miłe…”. Słysząc tego typu wypowiedzi, można odnieść wrażenie, że zachodzi w świadomości wrażliwych mięsożerców zgrzytliwy dysonans, który wegańskie środowiska opatrują sloganem: „Dlaczego jedne kochasz, a inne zjadasz?”.

Tymczasem wegańska dieta wiąże się z psychicznym komfortem. Z czystym sumieniem można powiedzieć: „Lubię zwierzęta, nie popieram zadawania im cierpienia, walczę z chowem przemysłowym”. Przejście na weganizm nie jest z pewnością aktywną i zapalczywą formą walki z okrucieństwem, ale jest niezaprzeczalnie JAKĄŚ formą przez samo nie bycie wspieraniem konsumpcji mięsa.

Kto powiedział, że będzie łatwo?

Weganizm jest więc psychicznie komfortowy, ale nie należy się łudzić, że wyeliminowanie z życia produktów odzwierzęcych to bezstresowy, łatwy i przyjemny proces, gdyż w rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. Czytanie składów produktów na tropie niechcianej serwatki, szperanie w Internecie w poszukiwaniu wegańskich sklepów i restauracji, nieustające bycie rarogiem w towarzystwie – weganizm to zupełnie inna bajka niż wegetarianizm, do którego istnienia wszyscy się już dawno przyzwyczaili. Do tego te odległe bezy, kremowe lody, ten zimny kefir, chrupiące kabanosy, poranna jajecznica i wielkanocny żurek z kiełbasą! Gdyby nie przekonanie o czynieniu dobra, a przynajmniej o częściowym eliminowaniu zła, na diecie wegańskiej nie dałoby się przetrwać.

Jednak nie tylko o przetrwanie tu chodzi, ale także o praktyczny wymiar życia. Weganizm to kompleksowa zmiana, sprawiająca, że rzeczy niegdyś łatwe stają się z dnia na dzień skomplikowane. Właściwie rzecz polega na tym, że by przyczynić się do pomocy zwierzętom, trzeba podporządkować tej idei całe swoje życie, bardzo trudno jest być weganinem przy okazji. W naszej cywilizacji wykorzystywanie zwierząt jest zakorzenione tak głęboko, że unikanie go to wcale nie codzienny wybór, a raczej – codzienne kombinowanie. Wyjście ze znajomymi, wyjazd na wakacje, wigilia z babcią – na diecie wegańskiej wszystko nagle generuje problemy.

Na morzu możliwości

Idea weganizmu jest bez wątpienia piękna i warto ją szerzyć. Przede wszystkim odpowiedzieć sobie na pytanie o obojętność: czy jest mi wszystko jedno, że krowa, której mleko właśnie piję, prawdopodobnie nigdy nie widziała łąki? Jeśli nie jest nam wszystko jedno, może czas podjąć jednak jakieś działania? Zastanowić się nad tym, czy rzeczywiście nie stać nas na to, by zaprotestować przeciwko nieludzkim praktykom przemysłu hodowlanego? Może jednak możemy wesprzeć jakąś fundację albo jeść więcej roślin? Może potrafilibyśmy uwierzyć, że świat nie musi być taki, jaki jest?

Starcie się z tematem okrucieństwa wobec zwierząt nie jest łatwe, jest jednak bardzo potrzebne, zwłaszcza jeśli chcemy wierzyć, że nasza cywilizacja dąży do wzmacniania wrażliwości i poczucia sprawiedliwości. Nie zmienimy niczego – ja, wy, on, ona, oni – dalej będą rzeźnie, fermy, tak samo jak trwa ludobójstwo, przemoc domowa czy pedofilia, a jednak nie uważamy, że w związku z nieuchronnym istnieniem zła sami mamy prawo w nim uczestniczyć. Jeśli już jesteśmy skazani na bycie kroplą w oceanie, to wybierzmy chociaż istnienie w czystej wodzie (według uznania), a nie w plamie ropy naftowej. W tym temacie mam zawsze ochotę zacytować Młynarskiego: „Róbmy swoje! Róbmy swoje! Może to coś da – kto wie?”