dwutygodnik internetowy
23.12.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wędołowski i Wolnik: Wszystko zaczyna się od przyjaźni

To, że jesteśmy wspólnotą, ma dla nas fundamentalne znaczenie. Gdybyśmy mieli to robić o własnych siłach, pewnie już dawno zwinęlibyśmy manatki. To wiara i wspólnota daje nam siłę.

fot.: Tomek Kaczor


To, że jesteśmy wspólnotą, ma dla nas fundamentalne znaczenie. Gdybyśmy mieli to robić o własnych siłach, pewnie już dawno zwinęlibyśmy manatki. To wiara i wspólnota daje nam siłę.
Z Karolem Wędołowskim i Magdaleną Wolnik ze wspólnoty Sant’Egidio rozmawia Mateusz Luft.
 
Ze wstydem przyznam, że gdy na ulicy spotykam bezdomnych, mijam ich szerokim łukiem. Istnieje między nami szklana ściana. Jak to możliwe, że na waszych spotkaniach bariery między członkami waszej wspólnoty a bezdomnymi znikają?
Magdalena Wolnik: Myślę, że wielu z nas ma takie poczucie, że chciałoby się zrobić coś dla bezdomnych, tylko wątpliwości i lęk nie pozwalają nam na co dzień zatrzymać się przy takiej osobie.
Gdy co czwartek spotykamy się z bezdomnymi w centrum miasta, jesteśmy we wspólnocie, przynosimy ze sobą kanapki i gorącą herbatę, dzięki czemu ten kontakt jest znacznie łatwiej nawiązać. Uczymy się od siebie nawzajem w jaki sposób otwierać się na drugiego człowieka.
 
Wigilia dla bezdomnych, którą organizujecie kilka dni przed świętami, jest ukoronowaniem roku waszej pracy.
MW: Każdemu z ubogich wręczamy imienne zaproszenie, ale zawsze pojawiają się także osoby, które usłyszały od kogoś o tym wydarzeniu i dla wszystkich staramy się znaleźć miejsce.
 
Pamiętam jak to było, gdy pierwszy raz organizowaliśmy wigilię pięć lat temu. W tym czasie to my krążyliśmy po dworcu w poszukiwaniu bezdomnych. Ochroniarze robili sobie z nas żarty: „Pani, tu ostatni bezdomny zmarł tydzień temu”. Ostatecznie udało się zaprosić dwadzieścia osób, z którymi zdążyliśmy się zaprzyjaźnić.
 
Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy czy przyjdą, czy może sami zjemy to, co przygotowaliśmy. Okazało się, że wszyscy przyszli, a każdy z gości przyprowadził kolegę. Było czterdzieści osób, dokładnie tyle, ile byliśmy w stanie posadzić przy stole i na ile mieliśmy przygotowane jedzenie. Z roku na rok rośnie między nami przyjaźń, a zarazem rośnie też sama wigilia. W tym roku sala pękała w szwach, było dwustu gości.
 
Karol Wędołowski: Z każdym rokiem wraz z liczbą gości rośnie też liczba osób, które chcą nam pomóc. Nie jesteśmy w stanie przygotować wszystkiego własnymi siłami. Koniec końców, do pomocy przy wigilii w tym roku zgłosiło się ponad dwieście osób, które usługiwały do stołu, przygotowywały prezenty i jedzenie, dekorowały salę czy śpiewały kolędy.
Jakie jest pierwsze odczucie osób, które przyłączają się do waszej działalności?
 

fot.: Marcin Kiedio


 
MW: Każdy z nas dołączył do wspólnoty z innych powodów. Niektórzy mówią, że poszukują swojej drogi. Chcą żyć Ewangelią, ale ubóstwo jest jednym z tych wyzwań, z którym większość z nas nie wie, jak się zmierzyć na co dzień. Byli tacy, którzy przyszli, ponieważ usłyszeli na wykładzie Bronisława Geremka, że wspólnota Sant’Egidio angażuje się w sprawy pokoju na świecie i pomogła doprowadzić do rozejmu w Mozambiku.
 
KW: Zanim znalazłem się we Wspólnocie często poruszał mnie widok osób bezdomnych spotykanych na ulicy. Czasem starałem się z nimi rozmawiać, ale czułem, że w pojedynkę nie potrafię udźwignąć ciężaru odpowiedzialności za drugiego człowieka znajdującego się w tak ciężkiej sytuacji. Obecność we Wspólnocie pozwoliła mi lepiej poznać osoby bezdomne i zrobić dla nich to co jest w zasięgu moich możliwości.
 
Jak to się stało, że „trafiliście na ulicę”?
MW: Wspólnotę Sant’Egidio lepiej poznaliśmy na spotkaniu młodych z Europy Środkowo-Wschodniej w Krakowie i zachwyciliśmy się tym co robi i jak. Usłyszeliśmy jak to wygląda nie tylko we Włoszech, ale też w Moskwie, na Ukrainie, na Węgrzech, na Słowacji, w Czechach…
 
Pomyśleliśmy, dlaczego by nie spróbować i u nas? Zaczęliśmy od zastanowienia się nad potrzebami, którym moglibyśmy sprostać. Nie byliśmy pewni czy przetrwamy nawet miesiąc, czy to nie będzie słomiany zapał.
 
„My” to znaczy kto?
MW: To było pięć osób. Z czasem bezdomni zaczęli nas prosić, abyśmy przychodzili częściej. Zobaczyliśmy, że to jest dla nich ważne nie tylko dlatego, że przynosimy jedzenie, ale również dlatego, że po prostu jesteśmy, rozmawiamy z nimi, traktujemy po ludzku.
 
Jak wyglądają spotkania czwartkowe?
KW: Każde spotkanie można podzielić na trzy etapy. Zaczynamy od przygotowania kanapek, następnie mamy wspólną modlitwę, w czasie której pamiętamy również o naszych bezdomnych przyjaciołach. Obie te części są równie ważne, choć odbywają się na dwóch różnych płaszczyznach. Dopiero potem wychodzimy na ulicę. Z bezdomnymi spotykamy się w okolicach dworca centralnego. Kanapki i herbata są dobrym pretekstem do wspólnej rozmowy.
 
MW: Prawie zawsze brakuje nam kanapek i to pomimo tego, że robimy ich coraz więcej. Co tydzień czeka na nas o umówionej godzinie około stu osób. Gdy okazuje się, że brakuje już jedzenia, niektórzy potrafią oddać innym swoją kanapkę. Troszczą się o siebie nawzajem. Zauważają, gdy druga osoba jest tego dnia słabsza i potrzebuje wsparcia.
 
KW: Nie myśl tylko, że ich idealizujmy. Nie wszyscy są dla siebie zawsze tacy mili. Są takimi samymi ludźmi jak my. Jedyna różnica polega na tym, że łączy ich jakaś tragedia, która spowodowała, że znaleźli się na ulicy. Czasem zachowują się egoistycznie, a czasem bardzo szlachetnie.
 
MW: Są tacy sami jak my. My również musimy się zmieniać, nawracać. Na naszych spotkaniach czytamy wspólnie Ewangelię, bo to dzięki niej wychodzimy na ulicę. Na modlitwie wszystko się zaczyna i kończy – ona nas popycha do wyjścia na zewnątrz i do niej wracamy. Problemy, z jakimi zmagają się bezdomni, są czasem tak skomplikowane, że czujemy się wobec nich bezsilni, ale zawsze możemy je powierzyć Panu Bogu.
 

fot.: Marcin Kiedio


Wasza praca nie zawsze prowadzi tych ludzi do wyjścia z bezdomności. Czy w takim razie ten wysiłek ma sens?
KW: Chyba każdy z nas w pierwszym zapale chciał tych ludzi wyciągnąć z ulicy, dać im pracę i przywrócić społeczeństwu. Jednak szybko okazuje się, że to nie takie proste. Wśród naszych przyjaciół są osoby, które po wyjściu z domu dziecka żyją na ulicy od dwudziestu lat. Trudno wtedy powiedzieć: „powinieneś wziąć się w garść, odnaleźć pracę i wynająć mieszkanie”.
 
To, że osoba według różnych kryteriów nie rokuje na poprawę swojego statusu społecznego, nie oznacza, że nie jest warta, aby jej towarzyszyć w tej drodze, którą przebywa.
 
Gdybyśmy sądzili inaczej, stawalibyśmy się urzędnikami, a oni petentami. Wtedy trudno o relację serdeczności. W takiej sytuacji można szybko się zniechęcić, nie widząc namacalnych owoców swoich wysiłków. Naszym głównym celem jest poznawanie tych osób. Odkrywanie drugiego człowieka jest pasjonującą przygodą, która przyciąga nas na te czwartkowe spotkania.
 
MW: Wszystko zaczyna się od przyjaźni. To wielkie słowo, ale używamy go zupełnie świadomie. Wielu naszych przyjaciół bezdomnych uważa, że nie mają dla kogo się zmieniać. Świadomość, że jest ktoś kto się tobą choć trochę interesuje, daje im nadzieję. Ta nadzieja może sprawić, że będą mieli siłę powalczyć o swoje życie.
 
Oprócz spotkań czwartkowych jesteście z nimi w kontakcie również w innych sytuacjach.
MW: Zapraszamy ich na modlitwę za wszystkich zmarłych na ulicy. Wtedy też modlimy się za Jarka, który był jednym z pierwszych naszych znajomym z ulicy i którego śmierć nas dotknęła. Po imieniu wymieniamy wszystkich bezdomnych, którzy odeszli. W ten sposób staramy się im towarzyszyć również po przekroczeniu granicy śmierci. Staramy się im w miarę możliwości towarzyszyć również w sytuacjach trudnych, w więzieniu czy w szpitalu.
 
Czy mogą liczyć na pomoc innych instytucji społecznych?
MW: Oczywiście i wielu z nich korzysta z tej pomocy – z ośrodków, noclegowni, jadłodajni, choć bezdomnych jest dużo więcej niż miejsc w ośrodkach. Wiele z tych osób ze względu na wiek, niepełnosprawność intelektualną lub chorobę psychiczną nie kwalifikuje się do programów wychodzenia z bezdomności.
 
Niektóre przypadki wydają się całkowicie beznadziejne. Na przykład Asia jest na ulicy od wczesnej młodości. Jest zarażona wirusem HIV, choruje na żółtaczkę typu C, gruźlicę, ma wadę serca, ma lekką niepełnosprawność intelektualną. Ona wie o tym, że żyje z wyrokiem śmierci. Czasem bywa agresywna, choć wobec nas zawsze łagodna jak baranek, trochę jak dziecko. Wiemy, że Asia raczej nie zacznie pracować, żyć na własną rękę. Trudno jest jej także zamieszkać w którymś ośrodku i dostosować się do panujących tam reguł.
 
Należy pamiętać, że wielu z bezdomnych cierpi na lęki związane z przebywaniem w dużej grupie ludzi. Inni, ze względu na tak rozumiane poczucie godności, nie będą spać w noclegowni dla kilkuset osób. Wolą spać gdzieś na klatce schodowej.
 
Co jeszcze można zrobić dla bezdomnych?
MW: Staramy się współpracować z innymi organizacjami uczestnicząc w pracach Rady Opiekuńczej do spraw Bezdomnych przy prezydencie Warszawy. Organizujemy spotkania na uniwersytetach. W ten sposób poszerza się krąg ludzi wrażliwych na ten problem.
 
Działania naszej wspólnoty nie ograniczają się zresztą do pomocy osobom bezdomnym. Odwiedzamy starsze, samotne osoby w jednym z warszawskich DPS-ów. Spędzamy z nimi czas, czytamy, śpiewamy np. kolędy. Staramy się też reagować na to, co się dzieje na świecie. Razem z całą Wspólnotą Sant’Egidio, gdziekolwiek jest, modlimy się o pokój w każdym z krajów, w którym toczą się wojny czy inne konflikty, od kwietnia modlimy się też o uwolnienie porwanych w Syrii biskupów prawosławnych. W ten sposób poszerzają się horyzonty naszego serca.
 
Wróćmy do stereotypów, którymi myślimy na temat bezdomności.
KW: Pierwsze skojarzenie z bezdomnymi to widok podróżującego, niezbyt pięknie pachnącego pana w tramwaju. Jednak często nie zauważamy, że w tym samym wagonie jedziemy jeszcze z kilkoma innymi bezdomnymi, którzy z wyglądu nie różnią się znacznie choćby od naszych dziadków. Mimo że mieszkają na ulicy, umieją o siebie zadbać.
 
Sama wigilia jest dla nas pewnym zaskoczeniem, ponieważ nasi goście specjalnie przygotowują się na tę okazję. Przychodzą odświętnie ubrani w garniturach. Oczywiście staramy się im pomóc przygotować się do tej wspólnej kolacji.
 
Czy czujecie czasem „sprawiedliwy” gniew na tych spośród nich, którzy są w lepszej sytuacji, a mimo to nie korzystają z szansy wyjścia z bezdomności?
KW: Nie spotkałem jeszcze osoby, która byłaby bezdomna z własnej woli. To wcale nie jest łatwe ani przyjemne. Zawsze wiąże się to z jakąś tragedią, która powoduje, że człowiek zostaje ze swoimi troskami sam. W efekcie nie widzi innej możliwości niż życie na ulicy.
 
MW: Często myślimy prostymi kalkami. Na przykład, że to alkoholizm jest zawsze przyczyną bezdomności. Ale tak naprawdę alkohol często pojawia się dopiero później. Jeden z bezdomnych kiedyś powiedział mi: „Spróbuj na trzeźwo zasnąć, gdy na zewnątrz jest dwadzieścia stopni poniżej zera, a ty jesteś co chwilę wyrzucany z klatki”.
 
Tak zginął 32-letni Adam, który kilka lat temu, niedługo po naszej wigilii, zamarzł po tym, jak ktoś po raz kolejny wyrzucił go z klatki schodowej. Niestety, wciąż wiele osób umiera na naszych ulicach.
 
Stereotyp mówiący, że bezdomni sami są winni swojej sytuacji, powoduje, że jeszcze bardziej utrudniamy tym ludziom zmianę swojego życia.
KW: Bardzo często słyszę od bezdomnych narzekania, że znajdowali zatrudnienie bez umowy o pracę, a następnie po jej wykonaniu byli odsyłani z dziesiątą częścią wynagrodzenia albo z butelką wódki. Stąd też trudno dziwić się osobom, które pracodawca oszukał trzy razy z rzędu, że tracą wiarę w znalezienie uczciwej pracy. Jak ja mam ich namawiać do tego, aby dalej poszukiwali zatrudnienia?!
 
Najgorsze jest to, że takie postępowanie uznawane jest za normalne. Zatrzymanie wypłaty robotnikom jest jednym z grzechów wołających o pomstę do nieba. I nie chodzi tu o pieniądze, ale o zawiedzione nadzieje. To tak, jakby ktoś im podawał rękę, a następnie wypuszczał. Przez takie traktowanie bezdomni jeszcze głębiej popadają w swoją tragiczną sytuację społeczną.
 

fot.: Marcin Kiedio


Czy to, co robicie, byłoby możliwe bez wspólnoty?
MW: To, że jesteśmy wspólnotą, ma dla nas fundamentalne znaczenie. Gdybyśmy mieli to robić o własnych siłach, pewnie już dawno zwinęlibyśmy manatki. To wiara i wspólnota daje nam siłę. To nie my ewangelizujemy bezdomnych, często jest wręcz odwrotnie – to spotkanie z nimi prowadzi nas do odkrycia Boga i odnalezienia swojego miejsca w Kościele. Do naszej wspólnoty przychodzą też tacy młodzi ludzie, którym z Kościołem nie jest po drodze, ale mają w sobie pragnienie robienia czegoś dla innych. To dobry początek.
 
Tak naprawdę dużo więcej dostajemy niż dajemy. Spotkania z bezdomnymi pozwalają mi spojrzeć z dystansu na własne problemy, które nieraz w moich oczach urastają do wielkich rozmiarów. Nasze zmartwienia okazują się błahe w porównaniu z tym z czym zmagają się na co dzień nasi przyjaciele z ulicy. Bycie we wspólnocie daje poza tym ogromnie dużo radości, poczucie zaangażowania w coś sensownego, otwiera na drugiego człowieka i na Boga.
 
Opisujecie ludzi, którzy dostawali bardzo wiele szans w życiu. Jesteście dla nich kolejną, „ostatnią” deską ratunku. Skąd czerpiecie nadzieją, że akurat tę deskę, którą wy im podajecie, tym razem złapią?
MW: Pozytywnym zaskoczeniem była historia Staszka, który przez wiele lat pracował na budowach w Belgii. W pewnym momencie Staszek znalazł się na ulicy. Zaczął pić do tego stopnia, że wylądował w szpitalu z delirium poalkoholowym. Lekarze nie dawali mu szans, że w ogóle z tego wyjdzie.
 
Jednak Staszek już wcześniej zetknął się z naszą wspólnotą w Antwerpii, gdzie spotkał Monikę, polską studentkę na Erasmusie. Po jakimś czasie Monice udało się namówić Staszka, żeby zaczął walczyć o swoje życie.
 
Wspólnota zorganizowała przyjazd Staszka do Polski. Został przyjęty do Monaru, w którym przeszedł detoks. I wtedy myśmy „przejęli” nad nim opiekę. Towarzyszyliśmy mu podczas ponad rocznej terapii. Ostatecznie Staszek, któremu jeszcze niedawno nikt nie dawał szans, podniósł się z tego. Skończył leczenie, znalazł pracę, mieszkanie i wrócił do normalnego życia.
 
On również przychodzi na wigilię. Jest dowodem na to, że gdy ktoś zaczyna w ciebie wierzyć, daje nadzieję, pomaga ci zrobić pierwszy krok, to możesz odmienić swoje życie. Ale nie można się zniechęcić przy pierwszym niepowodzeniu.
 
Karol Wędołowski jest doktorantem na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, od dwóch lat należy do Wspólnoty Sant’Egidio w Warszawie. Prywatnie, mąż Marty i tata Wojtka.
 
Magdalena Wolnik jest dziennikarką, autorką filmów dokumentalnych. Odpowiedzialna za Wspólnotę Sant’Egidio w Warszawie.