dwutygodnik internetowy
23.07.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Warzywni Don Kichoci

Co dwa tygodnie wsiadają w samochód i jadą po zakupy na bazar do Otwocka albo do Bronisz. Auto musi być duże, nieraz wychodzi tego około dwustu kilo – ziemniaków, marchewek, bakłażanów, kalafiorów… W Otwocku zaprzyjaźniony rolnik, sam siebie nazywający Panem Ziółko, czeka z przygotowanymi już wcześniej skrzynkami pełnymi zamówionych u niego przez internet warzyw – ekologicznych i tanich.

fot.: Tomek Kaczor

 

Warszawski squat Syrena. Na nieotynkowanej ścianie zabytkowej kamienicy przy ul. Wilczej 30 wiszą rozpadające się balkony. Ciemniejąca czerwona cegła kontrastuje z jasnymi ścianami innych, niedawno odnowionych kamienic. Obdarta brama, spróchniałe drzwi. A za progiem inny świat. Klatka schodowa pomalowana w kolorowe wzory, na pierwszym planie wielka syrena. Na piętrach pracownie graficzna i rzeźby, szwalnia, sala gimnastyczna, sala do nauki języków i kuchnia. Na parterze pokoje, w których stoją kanapy i krzesła. Tu organizowane są spotkania. Przy jednym z pokojów jest mała komórka, w której postawiono regały, a na nich skrzynie. Tutaj swoją siedzibę ma Warszawska Kooperatywa Spożywcza – mała społeczność, której członkowie razem robiąc zakupy pokazują, że wspólne działanie procentuje.

 

Spod lady Pana Ziółko

Co dwa tygodnie wsiadają w samochód i jadą po zakupy na bazar do Otwocka albo do Bronisz. Auto musi być duże, nieraz wychodzi tego około dwustu kilo – ziemniaków, marchewek, bakłażanów, kalafiorów… W Otwocku zaprzyjaźniony rolnik, sam siebie nazywający Panem Ziółko, czeka z przygotowanymi już wcześniej skrzynkami pełnymi zamówionych u niego przez internet warzyw – ekologicznych i tanich. Niepsikane, rosną na nawozach z czosnku i grejpfruta. Panu Ziółko nieraz nie udaje się zgromadzić wszystkich zamówionych warzyw, ale dorzuca w zamian inne produkty gratis i obniża umówione wcześniej ceny. Ma gest.

Po powrocie z zakupów odbywa się ważenie. Mechaniczna waga ciągle się psuje i jest niedokładna – ciężko na przykład ważyć sałatę. Z wagą elektroniczną byłoby prościej, ale te zazwyczaj są sprowadzane z Chin i kupienie takiej byłoby wsparciem wyzysku, z którym kooperatywa stara się walczyć. Zważone produkty pakowane są do skrzynek. Wczesnym wieczorem schodzi się reszta tych, którzy zamawiali warzywa i odbywa się zebranie, na którym omawiane są wszystkie sprawy dotyczące kooperatywy.

Struktura jest płaska: nie ma szefa ani hierarchii. Panuje zasada konsensusu – wszyscy muszą się zgodzić, a po podjęciu decyzji każdy ma jeszcze dwa dni na odwołanie. Choć czasem to, co miało być zaletą, staje się problemem. – Widziałem kiedyś, jak przez dwie godziny debatowali nad tym, czy bakalie sprzedawać w foliówkach, czy w słoikach – mówi Kuba z kooperatywy w Łodzi, gdzie nad problemami głosuje się demokratycznie – i niczego nie ustalili.

 

Pomysł sprzed stu lat

Kooperatywa powstała w styczniu 2010 roku. Tomek, zanim ją założyłwraz ze znajomymi, długo działał w różnych organizacjach związanych z polityką i zmianą społeczną. Ale wszystko to wydawało mu się jałowe. Aż pewnego dnia poszedł na zebranie poświęcone książce z tekstami Edwarda Abramowskiego, ojca polskiej spółdzielczości, i pomyślał, że spółdzielnia spożywcza to jest to.

Na przełomie XIX i XX wieku spółdzielczość była bardzo nośną ideą na ziemiach polskich. – To było w tamtych warunkach po prostu racjonalne ekonomicznie – mówi doktor socjologii na Uniwersytecie Warszawskim Marek Rymsza – wspólne działanie dawało więcej niż suma działań indywidualnych. Później komunizm wypaczył ideę spółdzielczości i nagle wszystko było na odwrót. Zamiast racjonalności – nieracjonalność, zamiast równości – nomenklatura, całą logikę dokładnie odwrócono. Po roku ’89 odrzucono wszystkie wspólnotowe formy gospodarowania, uznając je za socjalistyczne. Teraz, powoli, ludzie zaczynają znów widzieć, że wspólne działania mogą przynosić korzyści. I pojawiają się pierwsze jaskółki.

Większość członków WKS stawia przed sobą szersze cele, niż same zakupy. Można z nich wyodrębnić trzy najważniejsze: społeczny – czyli budowa małej społeczności w oparciu o budowanie więzi, wzajemną pomoc i zaufanie, ekologiczny – polegający na jedzeniu zdrowej żywności i promowaniu rolników, którzy ją produkują i trzeci, gospodarczy, czyli promowanie spółdzielczego systemu, przez wspólne kupowanie prosto od producenta.

Wszystkim się to opłaca. Pani sprzedawała mleko do mleczarni po 60 groszy za litr. A my od niej kupowaliśmy za dwa złote. I wszyscy byli zadowoleni – mówi Wojtek z warszawskiej kooperatywy. – To jest podstawowa kwestia: co się je. Ludzie stracili nad tym kontrolę. A kooperatywa pomaga odzyskać wiarę, że da się to zmienić i zbudować od nowa. Działanie kooperatywy jest przy tym konstruktywne. I choć to kropla w morzu, stanowi odpowiedź na podstawowe problemy współczesnego swiata: głód, ubóstwo, różnice społeczne, uważa Wojtek.

 

fot.: Tomek Kaczor

Ubodzy i starsi poszukiwani

Działacze kooperatywy starają się na różne sposoby konsolidować swoją społeczność. Najważniejsze są zebrania. Jeśli ktoś angażuje się w dyskusje o problemach i wymyśla co zrobić, żeby było lepiej, to od razu czuje, że to jest jego. I o to chodzi. Oprócz zebrań, kooperatywa organizuje spotkania dyskusyjne i filmowe, wspólne wycieczki i pikniki.

Do każdych zakupów doliczane jest 10% ich ceny. Te pieniądze przeznaczane są na fundusz gromadzki, z którego opłaca się bieżące wydatki, ale zbierane są też po to, by wspomagać uboższych członków kooperatywy. Jeśli ktoś jest w potrzebie, może wziąć z funduszu gromadzkiego pieniądze na zakupy, albo na lekarza, czy na inne ważne wydatki. Pieniądze nie mogą dla nikogo być barierą. Niestety póki co nie bardzo jest komu pomagać. Kooperatywa nie potrafi przyciągnąć do siebie ludzi ubogich i rzeczywiście potrzebujących pomocy.

Bo chociaż do WKS należy wielu członków, prawie wszyscy są w pewnej mierze podobni do siebie. Dobrze to widać, gdy się przyjdzie na zebranie: „kolorowi” młodzi ludzie między 20 a 30 rokiem życia, z wykształceniem.

Dlaczego ciężko jest zaangażować starszych? Często nie wierzą, że to ma sens. Niektórym kojarzy się to z komunizmem. Boją się też wchodzić w nową społeczność i nie są przyzwyczajeni do publicznego zabierania głosu. A może po prostu tego nie potrzebują, nie czują, że warto? Zniechęcające może być też to, że często zamawia się dużo różnych warzyw i owoców, a dostaje się z tego połowę, albo jedną trzecią – bo czegoś akurat nie było, albo mała ilość zamówień nie wystarczyła na hurtowy zakup.

Chcemy zachęcać różnych ludzi do wstępowania do kooperatywy, bo wspólne działanie przynosi korzyści. Działając w kooperatywie jest się w grupie ludzi, którzy nie są obojętni, bo znają się i są sobie życzliwi. Można liczyć na ich pomoc, zarówno finansową – z funduszu gromadzkiego – jak i bezpośrednią, sąsiedzką, przy remoncie czy przenoszeniu szafy – mówi Tomek.

 

Współdziałanie pączkuje

Do warszawskiej kooperatywy należy około 70 osób, choć regularne zakupy robi tylko 20-30 osobowa grupa. Taka ilość członków to jednak za dużo. Ludzie w kooperatywie muszą się znać, żeby móc stworzyć zgraną społeczność. Muszą też znać zasady i angażować się w pracę, bo jak ktoś nic nie robi w kooperatywie to zazwyczaj przestaje czuć się częścią grupy. Na wiosnę 2011 roku zgłosiło się tylu chętnych, że trzeba było zamknąć listę (obecnie kooperatywa zaprasza wszystkich chętnych, którzy chcieliby dołączyć). Nie chodzi o to, żeby do kooperatywy należało mnóstwo ludzi. Lepiej, żeby zakładać nowe, w różnych dzielnicach, żeby tworzyć siatkę wpółdziałających kooperatyw w Warszawie i najlepiej – jak marzą członkowie WKS – w każdym polskim mieście. I powoli tak się zaczyna dziać.

W maju zeszłego roku Marcin, którego z powodu nadmiaru chętnych, nie przyjęto do WKS postanowił założyć Kooperatywę Mokotowską. – Spytałem ludzi z warszawskiej, co jest do tego potrzebne. Powiedzieli: waga, samochód, lokal. Żadnej z tych rzeczy nie miałem, ale postanowiłem spróbować. Nie miałem także ludzi. Byłem tylko ja i dwójka znajomych. Zadziałała magia facebooka. Teraz do Kooperatywy Mokotowskiej należy około 30 osób. Niedługo powstaną następne – na Pradze i Żoliborzu.

Kooperatywy powstały też w innych miastach: w Łodzi, Lublinie, Gdańsku. Były próby założenia w Poznaniu i we Wrocławiu, jednak – przynajmniej póki co – nie udało się tego rozkręcić.

W kwietniu odbył się I ogólnopolski zjazd kooperatyw spożywczych, w którym wzięli udział przedstawiciele kooperatyw z różnych miast w Polsce, ale też z Niemiec, Danii i Francji (w sumie ponad 130 osób).

Warszawscy spółdzielcy-konsumenci nawet jeśli znajdą naśladowców, świata oczywiście nie zmienią – mówi Marek Rymsza – ich idee brzmią teraz trochę jak mrzonki z księżyca. Jednak jeśli przetrwają i pokażą, że nie są efemerydą, że można na dłuższą metę racjonalnie ekonomicznie kooperować, to będzie ich sukces. I rzeczywiście pokażą światu, że wspólne działanie jest korzystne.

 

Zapraszamy do odwiedzenia strony Warszawskiej Koperatywy Spożywczej: kooperatywy.pl