dwutygodnik internetowy
09.02.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Warszawska Opera Kameralna. Okiem sfrustrowanego widza.

Wydaje mi się niezwykle naiwnym przypuszczenie, że uwspółcześnione opery lepiej docierają do widzów. Jestem nawet skłonna stwierdzić, że ze względu na wspomniany dysonans w większość przypadków jest wręcz odwrotnie. Jeśli ktoś nie potrafi zrozumieć bohatera tylko dlatego, że „żył” on trzysta lat temu to niestety raczej nie pomogą mu w tym zrozumieniu laptopy i meble z Ikei na scenie.

źródło: warszawskaoperakameralna.pl

źródło: warszawskaoperakameralna.pl

Do Warszawskiej Opery Kameralnej chodzę odkąd pamiętam i darzę ją niezwykłym sentymentem. Nie jestem zresztą wyjątkiem – są osoby, które od kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat przychodzą na wszystkie wystawiane tam spektakle. Ze względu na małe rozmiary Opery panuje w niej silna integracja widzów. Już po kilku wizytach rozpoznaje się znajome twarze, przy kasie często zawiązują się dyskusje czy nowe znajomości, a wszystko to chyba za sprawą instynktownej sympatii, jaką od razu darzy się innych widzów tylko dlatego, że też przyszli do WOKu.

Niestety w każdej silnej relacji emocjonalnej zdarzają się problemy. Kilka lat temu Opera pogrążyła się w kryzysie finansowym, który doprowadził do ustąpienia ze stanowiska założyciela i pełniącego przez ponad pięćdziesiąt lat funkcję dyrektora Stefana Sutkowskiego. Wyłonionym w konkursie nowym dyrektorem został Jerzy Lach. Oczywiście objęcie tak odpowiedzialnego stanowiska w tak trudnych okolicznościach jest nie lada wyzwaniem, z którego nie łatwo się wywiązać. Niestety, jak dotychczas, efekty jego pracy są mizerne.

Nowy dyrektor postawił na zmiany. Od symbolicznych – nowego logo czy koloru biletów (sic!) aż po te dotyczące repertuaru czy ogólnej polityki działania. Twierdzi, że otwiera się na młodych, chce zmienić wizerunek WOKu i sprawić, by Opera odżyła. Brzmiałoby to naprawdę interesująco, gdyby nie wyglądało faktycznie tak, jak wygląda.

 

Żegnajcie wejściówki

To co dla mnie jako przeciętnego widza ma ogromne znaczenie, to z pewnością nowa organizacja widowni. Jeszcze dwa lata temu w WOKu można było swobodnie kupować wejściówki. Cieszyły się one bardzo dużym zainteresowaniem wśród młodych osób czy też stałych bywalców Opery ze względu na swoją stosunkowo niską cenę. Najdroższe bilety „chodzą” w WOKu po 130 złotych, te z brzegów sali (ale wciąż bardzo komfortowe, jeśli chodzi o odbiór) po 90, a balkonowe za 70 lub 40 (z tym że te ostatnie to miejsca za reflektorami, z bardzo słabą widocznością). Wejściówka kosztowała 20, jednocześnie dając gwarancję wejścia na salę – a czyż to nie jest najważniejsze? Jeśli miało się szczęście albo przedstawienie nie było szczególnie oblegane, z wejściówką dało się zająć najlepsze miejsca. Z kolei na hitach (takich jak Wesele Figara czy Don Giovanni) wejściówkowicze dostawali od Pani Hani poduszki – co by im za twardo nie było podczas kontemplacji – i oglądali przedstawienie przykucnięci na schodkach. Ten system miał w sobie naprawdę dużo uroku, a dodatkowo był przyjazny widzowi o niedużych zasobach finansowych.

Niestety z powodów mi nieznanych postanowiono wprowadzić w WOKu zmianę. Żeby nie wywołać zbytniego oburzenia nie zrezygnowano z wejściówek całkowicie, ale zastrzeżono, że sprzedaje się je tylko wtedy, gdy wykupione są wszystkie bilety. Pozornie to drobna zmiana, faktycznie jednak decyzja o niezwykłej wadze. Krok ten jest moim zdaniem zupełnie absurdalny, zważywszy na jego konsekwencje. Takie posunięcie sprawia , że de facto słuchacz musi zapłacić więcej za przedstawienie niszowe, bo nie ma wtedy szans na wejściówkę. Po drugie zauważalnie zmniejsza się liczba widzów, co jest przecież największą porażką, jaką może ponieść instytucja kulturalna. Służę dowodem: za czasów „wejściówkowych” przyprowadzałam do opery różne osoby, namawiałam, żeby wybrały się ze mną i nie bez dumy dodam, że moje starania odnosiły sukcesy. Odkąd taka impreza kosztuje 90 złotych chętnych na wspólne wyjścia brakuje czemu wcale się nie dziwię. Ja też nie jestem skora wydawać relatywnie dużych sum na rzeczy, do których nie mam przekonania. Szacuję, że od początku zeszłego roku opera mogłaby zyskać tylko za moją sprawą około 10 widzów. Rzecz jasna w budżecie WOKu nie byłaby to zmiana godna odnotowania, ale oczekiwałabym, że propagowanie muzyki poważnej będzie głównym celem Opery. Niestety „wejściówkową reformę” odczytuję dość wyraźnie jako deklarację dyrekcji, że nie życzy sobie, by ktoś płacił mniej za drogie miejsca.

Mozart z walizką na kółkach

Bojkot wejściówek nie jest wcale błahostką, ale to i tak nic w porównaniu ze zmianami na polu artystycznym. Za dyrektora Sutkowskiego WOK nie należał raczej do szczególnie postępowych instytucji. Premiery nie pojawiały się często, a wszystkie (poza dosłownie kilkoma wyjątkami) inscenizacje z Festiwalu Mozartowskiego nie zmieniły się od ponad dwudziestu lat, kiedy „hurtem” zrealizował je Ryszard Peryt (jako pierwszy człowiek na świecie, który wystawił wszystkie dzieła sceniczne Mozarta). Tylko że Peryt miał spójną koncepcję swojej reżyserii i pomysł na każdy spektakl. Tłumy na Festiwalu Mozartowskim mają ścisły związek z „tym czymś”, co czuć w kostiumach, reżyserii i wykonaniu.

Oczywiście nie uważam, że nie należy niczego zmieniać i grać w tych samych kostiumach jeszcze przez dwieście lat. Jestem skłonna przyznać że perytowe inscenizacje troszeczkę się zestarzały. Są, mówiąc poetycko, „przykurzone”. Dzisiaj robi się przedstawienia z większym rozmachem, w zupełnie innym duchu. Dlatego zgadzam się, że pewne odświeżenie byłoby pożądane. Ale jakim kosztem? Niestety, „otwierając się na młodych” i „zmieniając wizerunek opery” chyba łatwo zapomnieć, że przede wszystkim przedstawienia powinno być… dobre. Nie rewolucyjne, nie postępowe, nie kontrowersyjne, ale właśnie dobre – czyli spójne i takie, które chce się oglądać wiele razy.

Bo owszem można przenieść fabułę Uprowadzenia z Seraju w czasy współczesne i dać poszukującemu swojej porwanej przez baszę narzeczonej Belmonte walizeczkę na kółkach, pytanie tylko: po co? Podobno, żeby pokazać, że Mozart jest nadal aktualny. Tylko że najlepszym na to dowodem jest sam fakt, że ktoś chce go wystawiać i oglądać. Libretta wielkich oper nie starzeją się, bo nie starzeją się ludzkie problemy i emocje, i nie starzeje się piękna muzyka. Natomiast, owszem, starzeją się realia, w których osadzona jest fabuła. Nie jest to jednak według mnie wystarczający powód, by rezygnować ze zgodności inscenizacji z librettem. Przede wszystkim dlatego, że takie posunięcie powoduje dysonanse fabularne i sprawia, że widz może odnieść wrażenie, iż bohaterowie są niespełna rozumu (bo czemu ktoś miałby mówić o szpadzie, skoro trzyma w ręce pistolet?). Wydaje mi się niezwykle naiwnym przypuszczenie, że uwspółcześnione opery lepiej docierają do widzów. Jestem nawet skłonna stwierdzić, że ze względu na wspomniany dysonans w większość przypadków jest wręcz odwrotnie. Jeśli ktoś nie potrafi zrozumieć bohatera tylko dlatego, że „żył” on trzysta lat temu to niestety raczej nie pomogą mu w tym zrozumieniu laptopy i meble z Ikei na scenie.

Nie jestem przeciwna wszelkim zabawom z konwencją i nie uważam klasycznych inscenizacji za jedyne słuszne. Jestem tylko zdania, że powinien być w ich stosowaniu jakiś zamysł, pomysł, a przede wszystkim smak (czegokolwiek by to nie oznaczało). A tego obecnym reżyseriom bardzo często brakuje. I jestem rozczarowana tym, że WOK postanowił włączyć się w ten smutny nurt otwierając XXIV Festiwal Mozartowski Uprowadzeniem z Seraju w reżyserii Eweliny Pietrowiak.

 

Kto się wstawi za widzami?

Przykre było też dla wielu (bo nie byłam jedyną osobą, która wyszła w przerwie) zakończenie tegorocznego Festiwalu, czyli plenerowe widowisko pod tytułem Czarodziejski Flet. Jest to opera o tyle plastyczna, że jej akcja rozgrywa się w świecie bajkowym – dlatego pole do popisu dla reżysera, scenografa czy twórcy kostiumów jest naprawdę duże. O gustach się nie dyskutuje, więc postaram się jak mogę nie napisać, jak bardzo rozminęło się to widowisko z moim poczuciem estetyki. Ale wydaje mi się, że gargantuiczne gawrony wyświetlane z rzutnika na całej fasadzie Pałacu w Wilanowie i, co gorsza, nakładające się na siebie, są niedociągnięciem nie do wybaczenia. Tak samo jak duże problemy z synchronizacją orkiestry i śpiewaków.

Pomysł widowiska plenerowego jest o tyle trafiony, że rzeczywiście przyciąga tłumy widzów i przyczynia się do rozpowszechniania twórczości Mozarta i opery jako takiej. Zresztą Opera Kameralna realizuje obecnie kilka godnych pochwały projektów takich jak Poranki Rodzinne, Scena Młodych czy Scena Marionetkowa. Żałuję tylko, że jednocześnie niszczy spuściznę po Stefanie Sutkowskim i Ryszardzie Perycie, którą należałoby raczej pielęgnować, naprawiać i ulepszać.

Wciąż nie tracę nadziei, że w WOKu zostanie chociaż cząstka tej magii, którą zawsze można tam było znaleźć, ale z każdą wizytą coraz bardziej czuję, że teraz nie liczą się już widzowie i opera, a jedynie nowe przedsięwzięcia dyrektora.