dwutygodnik internetowy
21.10.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Warszawa w sosie własnym

Jeszcze zanim skończy się tegoroczna edycja festiwalu, warto więc postawić pytanie: czy organizatorzy festiwalu nie chcą, czy nie potrafią sprawić, by tworzona przez nie impreza z roku na rok stawała się coraz bardziej rozpoznawalna i rozszerzała swoje kręgi oddziaływania poza wąską elitę „miejskich środowisk”.

Mój stosunek do „Warszawy w budowie”, odbywającego się już od 5 lat „festiwalu projektowania miasta”, był zawsze ambiwalentny. Z jednej strony, Warszawa wydaje się miastem stworzonym do tego, by odbywała się tu impreza próbująca uchwycić dynamikę zmian i różnych współczesnych „kwestii miejskich”. Przecież to miasto jest wiecznie „niedokończone”, jest w ciągłym procesie zmian, a w jej chaotycznej i trudnej do ujarzmienia przestrzeni widać jak na dłoni różne warstwy dziejowych procesów i problemów. Trochę tak, jakby można było zobaczyć wszystkie słoje wewnątrz pnia drzewa, które cały czas rośnie.

 

Z drugiej strony, od samego początku festiwal przybrał hermetyczną, akademicką wręcz formułę – wydawało się, że priorytetem dla organizatorów jest, by raz do roku zintegrować ze sobą środowisko aktywistów miejskich, urbanistów, architektów i ludzi jako tako interesujących się miastem, a nie o to, by wciągać do toczącej się debaty coraz to szersze grono warszawiaków. Taki trochę zaoczny uniwersytet miejski ze zjazdami raz do roku, ale dość wysokim progiem wejścia.

 

Zawiedziona nadzieja

Dlatego z zadowoleniem i z ciekawością przyjąłem informację, że w tym roku festiwal przenosi się na Stare Miasto, na sam jego rynek, do siedziby zmieniającego się właśnie Muzeum Historycznego Miasta Warszawy, które w dodatku zostało współorganizatorem imprezy. Sądziłem, że może to sygnał, że ważny tylko dla niewielkiej, choć wpływowej części mieszkańców festiwal zmienia formułę i stanie się wydarzeniem bardziej ogólnomiejskim Że przestanie być tylko intelektualny, a stanie się także „inteligencki” – w najlepszym, a więc misyjnym znaczeniu tego słowa.

 

Niestety, już w dniu otwarcia tegorocznego festiwalu otrzymałem mocny sygnał, że może czekać mnie zawód. „Mocny sygnał” był bardzo dosłowny i osiągał głośność na granicy dopuszczalnej ilości decybeli. Inaugurujący festiwal występ DJ-a Tima Exile’a na Rynku Starego Miasta doprowadził zapewne do szału mieszkańców Starówki. Są oni, jak wiadomo, grupą trudną. Jednak terapia szokowa rodzaju tej, jaką zafundowali im organizatorzy, z pewnością nie jest drogą do nawiązania z nimi dialogu. Dodajmy, że koncert odbył się w niedzielny, a nie sobotni wieczór.

 

Tegoroczna edycja festiwalu, zatytułowana „Zawód: Architekt”, skupia się na roli architektów w tworzeniu miasta. Otwarta w dniu koncertu wystawa pod tym samym hasłem porusza wiele kluczowych dla zrozumienia problemów współczesnej Warszawy kwestii, jak systemowe słabości procesu planowania przestrzeni w Polsce czy zależność architektów od „żelaznej” logiki zysków i strat ich zleceniodawców. Chciałbym powiedzieć, że wystawę powinien zobaczyć każdy warszawiak – ale mam obawę, że forma, w jakiej te i inne skomplikowane kwestie zostały na niej przedstawione, może odstraszyć, a nie zachęcić do zainteresowania się regułami, które decydują o tym, jak wygląda przestrzeń wokół nas.

 

Formalnie organizatorzy zdecydowali się na ciekawy, ale ryzykowny zabieg – część historyczna ekspozycji utrzymana jest w minimalistycznej, czarno-białej formie. Za to część współczesna zaprojektowana jest w kampowym stylu, naśladującym miejski chaos przestrzenny. Mam jednak wątpliwości, czy komiksowe tapety na ścianach pełne emotikonów, podkreśleń i przekreśleń pomagają zrozumieć trudne kwestie, które porusza wystawa. Nie straciła by ona wiele w oczach przeciętnego widza, gdyby zamiast tych ściennych komiksów stworzyć kilka solidnych, dobrze zaprojektowanych infografik. Ważniejsze jednak okazało się zapewne to, by elitarną (i coraz bardziej znudzoną?) publiczność zaskoczyć formalnie.

 

Wyjść do ludzi

Spójrzmy zresztą, jak wygląda plakat promujący festiwal. Nie dowiemy się nawet, że to… festiwal. Ani słowa o tym, że jest wystawa czy debaty. Tak jakby samo hasło „Warszawa W Budowie” wystarczyło, by tłumy zjawiły się na Rynku Starego Miasta. Wystarczy, ale zapewne tylko tym, którzy z imprezą są już zaznajomieni.

 

Można mieć także zarzuty do wyboru tematów w części historycznej wystawy. Z jednej strony świetnie, że przypomniano tradycję przedwojennego społecznego budownictwa mieszkaniowego. Z drugiej, już w pierwszym pokoju wita nas kolekcja bardzo ciekawych zdjęć przedwojennej Warszawy, które nie są opatrzone jakimikolwiek szczegółowymi podpisami. Oglądający mogą więc zorganizować sobie prywatny quiz pt. „foto-Warszawa przedwojenna”, w którym szanse zgadnięcia czegokolwiek są niewielkie – współczesna pamięć o tym jak wyglądało miasto przed wojną ma się przecież słabo i dobrze byłoby, gdyby wystawa była choć trochę okazją do jej odbudowania. Dziwi też całkowite pominięcie tematu roli architektów w przekształcaniu Warszawy w czasach PRL.

 

Za mało konkretu

Oczywiście „Warszawa w Budowie” to nie tylko wystawa, ale także cały cykl wydarzeń – warsztatów, wykładów i rozmaitych wyjść w terenie, które dopiero się rozpoczynają. Niesprawiedliwe byłoby więc ocenianie całości przedsięwzięcia tylko przez pryzmat wystawy głównej, sposobu komunikacji czy charakteru imprezy otwierającej – choć to przecież dużo. Tytuły wielu warsztatów sformułowane są jednak w taki sposób, że nietrudno zgadnąć, jaką publikę mogą przyciągnąć – „miasto bezmiejskie i niebyłe”, „walka o idee a walka o ławkę w parku”, „anty-bezradnik, czyli zmiana bez zmiany”… A przecież w obrębie tych samych tematów można było zorganizować cykl warsztatów w dzielnicach (np. w lokalnych instytucjach kultury), gdzie na konkretnych, widocznych w przestrzeni przykładach można by omówić, jak działa ustawa o planowaniu przestrzennym – na moim rodzinnym Targówku takich miejsc nie brakuje, ale mało kto ma okazję się dowiedzieć, dlaczego tak a nie inaczej kształtuje się przestrzeń dzielnicy. Szkoda, bo to byłaby doskonała okazja, by przełamać zły zwyczaj, że po kulturę w Warszawie jeździ się do centrum.

 

Jeszcze zanim skończy się tegoroczna edycja festiwalu, warto więc postawić pytanie: czy organizatorzy „Warszawy w Budowie” – dwie poważne, publiczne instytucje – nie chcą, czy nie potrafią sprawić, by tworzona przez nie impreza z roku na rok stawała się coraz bardziej rozpoznawalna i rozszerzała swoje kręgi oddziaływania poza wąską elitę „miejskich środowisk”, które, nota bene, tematy poruszane na festiwalu mają już dawno obgadane? Niezależnie od odpowiedzi, być może czas powiedzieć sobie, że wyczerpała się już dotychczasowa formuła „miejskiego uniwersytetu” i – od przyszłego roku – pora zapewnić warszawiakom raz do roku solidną, ale za to powszechną i przystępną „miejską szkołę średnią”.

 

Warszawa w Budowie 5 – Zawód: Architekt, 13.10 – 08.12.2013

 

http://artmuseum.pl/pl/cykle/warszawa-w-budowie-5

 

Czytaj nas co tydzień! Nowy numer tygodnika “Kontakt” w każdy poniedziałek.