dwutygodnik internetowy
31.12.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Walki okrętów

Ewangelizacja? Nazywanie rzeczy po imieniu i stawanie w prawdzie? Ale czy rozumiesz moją sytuację? Wiesz, co naprawdę myślę, czuję, przeżywam? Nie? Więc skąd pewność, że nazywasz rzeczy po imieniu?

Ilustr.: Antek Sieczkowski

 

„Cholera, ale zimno. I jeszcze ten śnieg, jakby nie mogło tylko trochę przyprószyć… A tak w ogóle, to gdzie są ci drogowcy, ja się pytam? Jak zwykle, jak zwykle, no szlag mnie trafi zaraz…” – czasem wystarczy przekroczyć próg własnego domu, aby się zaczęło. Niekończąca się historia świata, który jest zły, szary i ma nas wszystkich gdzieś.

 

Do chóru malkontentów dołączę dzisiaj także swój własny głos. Ale nie będę tutaj mruczał o pogodzie. Od pewnego czasu bowiem leży mi na sercu problem, który w bezpośredni sposób dotyka mnie samego. Problem ten dotyczy relacji na poziomie „wierzący” a „poszukujący w wierze” i streszcza się w takim oto pytaniu: czy dla takich ludzi jak ja (czytaj: ludzi w wierze poszukujących, wątpiących – ktoś mógłby powiedzieć „letnich”, pomimo tego, że serducho mam pełne niepokoju z tym związanego i z pewnością temperatura duchowa nierzadko sięga u mnie stanu podgorączkowego), czy mianowicie dla mnie ze strony ludzi wierzących istnieją jakieś propozycje życia we wspólnocie Kościoła, które – szanując moje wątpliwości – nie streszczałyby się w cyklu prostych nakazów „nawróć się, uwierz i żyj po chrześcijańsku”? Idąc jeszcze dalej: czy uwijając sobie gniazdko pomiędzy alternatywą „wiara–niewiara”, nie narażam się na wykluczenie ze strony ortodoksów, trzymających stery toczących ze sobą bój okrętów o nazwie „Chrześcijanin” i „Ateusz”?

Stawiając jednak takie pytanie tylko pod adresem Kościoła, w gruncie rzeczy poruszam struny o nazwie „ewangelizacja”, a konkretnie pytam o jej sposób trafiania do ludzi spoza tej najbardziej ścisłej wspólnoty wierzących, a także o tych, którzy są od niej w jakiś sposób oddaleni, choćby na poziomie rozumienia i przeżywania wiary. Przy czym, poruszając to zagadnienie, nie chodzi o prowokację względem ludzi wierzących, ani tym bardziej o uzyskanie jakiejś prostej, jednoznacznej odpowiedzi, która mogłaby mnie uspokoić albo wprawić w stan osłupienia i zmusić do natychmiastowej rewizji życia. Zresztą, już samo użycie słowa „propozycje” w akapicie powyżej wcale nie miało na celu wykazania, że czuję się w swojej sytuacji tak niekomfortowo, iż tylko czekam, aż ktoś wyciągnie do mnie pomocną dłoń i schroni mnie pod banderą swojego okrętu. Nie. Mimo wszystko jednak kusi mnie perspektywa ponarzekania (a jednak!) na to, że od czasu do czasu spotyka mnie ze strony ludzi wierzących nagana za to, że swoim postępowaniem i myśleniem promuję coś tak nieokreślonego, że wychodzi na to, iż tylko kalam Kościół, chrześcijan i w dodatku jeszcze robię dobrą minę do złej gry. No i grzeszę, bom w gruncie rzeczy ateista i bezbożnik. W związku z czym potrzebuję rychłej ewangelizacji, tak jak i wielu ludzi myślących i czujących podobnie.

 

Cóż, a jednak nie chcę tutaj użalać się nad sobą, ronić łez i szykować worów pokutnych. Poza tym nie jestem przecież w takiej sytuacji jedyny. Wszak ludzi wątpiących, choć nieustannie spierających się z Bogiem, jest przecież bardzo wielu i z pewnością nie są oni jakąś anonimową mniejszością. Nie można zapominać także o tych wszystkich niewierzących, którzy – co najciekawsze! – bywają nierzadko tak zaabsorbowani duchowo, że czasem sam zastanawiam się, dlaczego nie kanonizowano wciąż jakiegoś „świętego ateisty”, który za życia spalał się w ogniu własnych, duchowych doświadczeń i przeżyć. Nie chciałbym jednak przemawiać tutaj w imieniu ich wszystkich – wszak każdy człowiek ma swoją własną historię. Nie neguję również tego, że są ludzie, którzy mają wielką ochotę pozamykać świątynie, kapłanów zatrudnić do sprzątania parków, a słowo „religia” usunąć ze słownika i umieścić na liście wyrażeń zakazanych, niby jakieś przekleństwo. W imieniu takich dogmatycznych ateistów tym bardziej nie mam zamiaru się tu wypowiadać.

Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż kusi mnie, aby wytknąć parę rzeczy, które z mojego punktu widzenia skazują na porażkę niektóre ewangelizacyjne metody dotarcia do ludzi, którzy, w świetle założeń stawianych przez autorów tych propozycji, mają być jej adresatami. Mówiąc aspektowo i zarazem w wielkim skrócie, na podstawie własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że rażą mnie niektóre próby budowania propozycji ewangelizacyjnych na założeniu, że niechrześcijanin (lub formalnie chrześcijanin, ale nieżyjący według ścisłych wskazań swojej religii) winien być w pierwszym względzie „obiektem” ewangelizacji. Zanika gdzieś świadomość, że „obiekt” ten jest po prostu człowiekiem, takim, jak każdy inny, a nie jakimś pionkiem, którym można obracać na modłę narzuconych odgórnie przekonań. Ponadto odnoszę wrażenie, że zanika gdzieś w tym wszystkim cenna intuicja, że w końcu nie każdy człowiek, który nie zgadza się z nauczaniem Kościoła, musi z założenia być też nieprzyjacielem Boga. Gdyby bowiem tak było, wówczas rację bytu straciłaby wszelka ewangelizacja, która może dlatego właśnie przynosi gdzieniegdzie owoce, gdyż opiera się na wierze w to, że każdy człowiek jest Bogu bliski i nosi w sobie „potencjał” uzdalniający go do odpowiedzi na zaproszenie ze strony Boga. Przyjmując zaś, że ktoś może być nieprzyjacielem Boga, stawia się taką osobę z góry na przegranej pozycji. Wówczas jakiekolwiek mówienie „hej człowieku, nawróć się!” trąci nie tylko banałem, ale wręcz hipokryzją. Może więc świadomość, że chrześcijaństwo proponuje przecież wizję Boga miłującego wszystkich ludzi, pozwoli dopiero na autentyczne dawanie świadectwa pośród wszystkich niewierzących, wątpiących, obojętnych?

 

Dawanie świadectwa. To chyba jeden z najpiękniejszych prezentów, jaki można ofiarować drugiemu człowiekowi w sferze tak delikatnej, jaką jest wiara. Świadectwo bowiem – mówiąc górnolotnie – odsłania człowieka. Nie ma tutaj skrywania się za maskami czy też uciekania się do pojęciowej plątaniny akademickiej teologii. Nie ma tu też trąbienia o prawdzie, ale jest coś na kształt postawy Chrystusa, który żył – według mnie – w taki sposób, że nie gwałcąc niczyjego sumienia, porywał tłumy. A kiedy te tłumy od Niego się odwróciły, wolał oddać za nie życie niż krzyczeć: „wrogowie, zdrajcy, nieprzyjaciele! Nawróćcie się!”.

Ewangelizacja? Nazywanie rzeczy po imieniu i stawanie w prawdzie – powie ktoś. Tak, tylko… Czy na pewno stoisz w prawdzie? Czy próbując narzucić mi rzeczy sprzeczne z moim poczuciem wolności, nie zmuszasz mnie do dokonania gwałtu na sumieniu? Czy rozumiesz moją sytuację? Wiesz, co naprawdę myślę, czuję, przeżywam? Nie? Więc skąd pewność, że nazywasz rzeczy po imieniu?

 

Krótko powiem o jeszcze jednej sprawie. Mianowicie o wierze w argumentację religijną, która miałaby cudownie sprawić, że niewierzącemu albo wątpiącemu otworzą się oczy i na podstawie „dowodu” przekona się, że przez całe dotychczasowe życie tkwił w błędzie. Abstrahując od jakichś wnikliwszych refleksji zapytam tylko: czy wiarę można odgórnie narzucić niczym aksjomat, czy do wiary można przekonać jakąś suchą argumentacją? Nie potrafię ugryźć się w język (a właściwie trudno mi nie stuknąć w klawiaturę), bo myśl, że w ogóle można z jakąś „metodą” podchodzić do ewangelizowanych ludzi, razi mnie niemiłosiernie. Tak, jakby człowiek był jakimś zamkniętym, hermetycznym systemem, który za sprawą metody można otworzyć i rozbić od środka za pomocą innego, dobrego, właściwego systemu zatwierdzonego kościelną aprobatą.

Na koniec mały eksperyment myślowy. Spróbujmy sobie wyobrazić sytuację, w której do osoby wierzącej podchodzi ateista, po czym próbuje takiej osobie wykazać absurdalność religii i życia, które toczy się w rytm słuchania głosu własnego sumienia i nauczania Kościoła – wszystko to oczywiście w celu nawrócenia ludzkości na ateizm, bo to wszak jedno i jedyne sensowne ocalenie dla świata. Nie byłoby to bezczelne? Tymczasem: czy odwrotna, choć analogiczna pod względem metody praktyka, nie kieruje czasem poczynaniami ewangelizatorów, posłanych do głoszenia prawdy?

 

Cóż, poczyniłem uwagi, skrytykowałem i ponarzekałem. Krótko, ogólnie i bardzo upraszczająco. Czego jestem świadomy i dlatego proszę o wybaczenie (jeśli kogoś uraziłem nadmierną płycizną).

A na zewnątrz znów spadnie śnieg, zaś drogowców jak nie było, tak nie ma…

 

Przeczytaj inne teksty Autora.

  • Malinka

    Moim zdaniem myślenie w kategoriach wierzący – niewierzący, dobry – zły, itd., to myślenie dychotomiczne. I owszem, wielu jest ludzi, którzy w ten spośób podchodzą do swojej wiary. Ale w Kościele są też ludzie, którym bardziej chodzi o życie w miłości Boga, niż o samo teoretyzowanie, spieranie się, kto ma rację, a kto nie, bo my jesteśmy tymi lepszymi, bo jesteśmy wierzący, a “tamci” to grzesznicy, bo nie wierzą, trzeba ich nawracać. Może po prostu chodzi o to, żeby słuchać drugiego człowieka, być otwartym na jego świat, i zwyczajnie kochać.

  • Wit-b2

    św Agustyn ;Idź przez człowieka a dojdziesz do Boga

  • ppp

    Czyli bilbordy, obozy racjonalistyczne, serie filmów na YouTubie, festiwale nie są “ewangelizowaniem” przez ateistów, tak? 

  • Neofita(!)

    “czy (…) istnieją jakieś propozycje życia we wspólnocie Kościoła, które (…) nie streszczałyby się w cyklu prostych nakazów „nawróć się, uwierz i żyj po chrześcijańsku”?”
    Jakiej natury miałyby to być propozycje, bo nie do końca rozumiem, czego tak naprawdę poszukujesz? Czy chodzi np. o specyficzne wspólne modlitwy?

    • Malinka

      Takie propozycje w Kościele są – trzeba szukać. : )

  • ddr

    W skrócie: spie******, św. Pawle.