dwutygodnik internetowy
20.05.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Oszajca: Stary Kościół ludzi starych

Chrześcijanie, a już na pewno katolicy, doskonale radzą sobie w sytuacjach kryzysowych. Kiedy jednak wreszcie ubłagają Pana Boga, by nastał pokój, to dopiero zaczyna się ambaras. Jako Kościół nie mamy żadnej pozytywnej propozycji dla człowieka, który żyje w bezpiecznym świecie – mówi ojciec Wacław Oszajca SJ.

Fot.: Tomek Kaczor

Chrześcijanie, a już na pewno katolicy, doskonale radzą sobie w sytuacjach kryzysowych. Kiedy jednak wreszcie ubłagają Pana Boga, by nastał pokój, to dopiero zaczyna się ambaras. Jako Kościół nie mamy żadnej pozytywnej propozycji dla człowieka, który żyje w bezpiecznym świecie – i to właśnie jest źródłem kolejnego kryzysu Kościoła.

Z ojcem Wacławem Oszajcą SJ rozmawiają Paweł Cywiński i Misza Tomaszewski.

 

„Zaczynam zauważać, że wiele rzeczy będzie się działo, kiedy ja już umrę. Cień drzewa zasadzonego w naszym ogrodzie już nie jest dla mnie”. To są ojca własne słowa. Młody człowiek nie mógłby chyba powiedzieć czegoś podobnego…

Nie byłbym tego taki pewien. Swoją młodość nadal pamiętam dobrze i wydaje mi się, że młodzi myślą o śmierci nawet więcej niż starzy. Wtedy człowiek się tak na ponuro zakochiwał i jak tylko pomyślał, że go może dziewczyna rzucić, to od razu szukał głębokiej wody albo wysokiego mostu. Zresztą dokładnie to samo widać na konkursach poetyckich: temat śmierci u ludzi młodych przewija się znacznie częściej niż u tych, którzy dobijają do trzydziestki.

 

A u tych zupełnie już starych?

A u tych zupełnie już starych bywa różnie. Wszystko zależy od tego, czy człowiek – nim całkiem skapcanieje – uwierzy, że śmierć ma sens i że jest po niej jakiś dalszy ciąg.

 

Nawet pomimo wiary w dalszy ciąg, wielu ludzi myśli o swojej starości ze smutkiem.

Smuci ich nie tyle to, że sami kiedyś umrą, ile to, że zaczną im umierać inni. Ten smutek bierze się ze zwykłego poczucia bezradności: my, ludzie, nie potrafimy kochać człowieka, którego nie widzimy, do którego nie mamy dostępu. Potrzebujemy ciała. I to boli chyba najbardziej. Zwłaszcza jeśli wierzymy w to, że ten człowiek po śmierci nadal żyje. Ale z drugiej strony, kiedy już sobie to uświadomimy, zaczyna się bardzo ciekawa rzecz. Zaczynamy przekraczać wszystkie ograniczenia stwarzane przez czasoprzestrzeń. Ośmieliłbym się nawet powiedzieć, że jeśli zmarli czegoś nas uczą, to kontaktu z Tym, który jest najbardziej niewidzialny i niemożliwy do uchwycenia.

 

A co to właściwie znaczy, że człowiek zaczyna czuć się staro?

Wyruszając po zawale serca w góry, zastanawiałem się, czy uda mi się dotrzeć od Kasprowego Wierchu na Przełęcz pod Kopą Kondracką. Gdy już szczęśliwie się na tej przełęczy znalazłem, zacząłem myśleć o wdrapaniu się na Kopę. Na Kopie przyszło mi do głowy, że może uda się dojść aż do Małołączniaka – i tym sposobem przewędrowałem w końcu całe Czerwone Wierchy. Mógłbym więc powiedzieć, że wszystko jest w porządku, że jest jak dawniej. Ale to nieprawda. Kiedyś szło się śpiewająco, teraz w każdy kolejny krok muszę wkładać coraz więcej wysiłku.

Ma to również i swoje dobre strony. Kiedy idzie się w góry za młodu, wokół widzi się tylko las. W miarę jak się człowiek starzeje, zaczyna dostrzegać drzewa, z czasem krzewy, wreszcie runo leśne. Zaczyna zwracać uwagę na detale. Jeśli przenieść ten obraz na całokształt naszego życia, to można powiedzieć, że na starość coraz lepiej problematyzuje się rzeczywistość. Nie upraszcza się jej, nie próbuje spłaszczać, lecz jest się nastawionym na jej bogactwo.

 

Człowiek młody tego bogactwa nie dostrzega?

Człowiek młody ma takie sieriozne podejście do rzeczywistości, zbyt często widzi wszystko czarno-białym. Dopiero wraz z upływem lat nabiera się dystansu do życia. A gdy zaczyna się opowiadać mniej lub bardziej udane dowcipy o sobie czy o Panu Bogu, to znaczy, że już jest dobrze. Że życie nauczyło nas, że wszystko jest takie, jakie powinno być, i zarazem zupełnie inne od tego, czego byliśmy pewni.

 

Biblia wielokrotnie opisuje starość jako czas w sposób szczególny nacechowany mądrością…

Pismo Święte przypomina nam, że miarą długości ludzkiego życia jest nie wiek, nie siwe włosy, lecz mądrość serca. Ważne jest aby nie idealizować starości – pamiętajmy wszak biblijne opowiadanie o cnotliwej Zuzannie i starcach. Nawet na starość może człowiek zgłupieć.

 

Swój tekst poświęcony młodości Leszek Kołakowski zakończył słowami: „Niemal wszyscy są ofiarami złudzenia, że »utracili młodość«, która przecież mogła być o tyle lepsza”. Czy rzeczywiście mogła?

Mistrz ma rację, gdy pisze o złudzeniu. Sam zawsze powtarzałem sobie, że nie będę w ten sposób wracał do dzieciństwa. Że nie będę podobny do tych, którzy opowiadają, że jak byli młodzi, to trawa była bardziej zielona, słońce mocniej grzało, wiatr był cieplejszy, a zimy znacznie krótsze. Figę prawda. Ani się spostrzegłem, jak sam zacząłem tworzyć mit mojej rodzinnej wsi, jej historii i mieszkańców. Utracony raj jest nam najwyraźniej do czegoś potrzebny. Ale biada temu, kto próbuje zatrzymać czas i żyć tylko wspomnieniami. Ani się obejrzy, jak straci kontakt z rzeczywistością – realnymi ludźmi i realnymi problemami.

 

***

Dlaczego na starość ludzie stają się bardziej religijni?

Jest kilka powodów. Pierwszym i najczęściej spotykanym jest traktowanie Boga jak Niebieskiego Zakładu Ubezpieczeń od ziemskich nieszczęśliwych wypadków, które łączą się ze starością: ubytku sił, choroby i tym podobnych. Drugim powodem, natury bardziej egzystencjalnej, jest nasz wewnętrzny niepokój: „A nuż coś tam jest po śmierci?”. I muszę powiedzieć, że jest to całkiem rozsądne podejście, niedalekie w sumie od zakładu Pascala. Jest wreszcie i trzeci powód – nurtujące nas pytanie o sens życia. Najbardziej uzasadnioną odpowiedzią na nie jest religia, znajdująca swój wyraz w przekonaniu, że moje dzieje i dzieje świata muszą mieć jakieś znaczenie. I w zależności od tego, gdzie się człowiek urodził, tak później swoją wiarę realizuje – w chrześcijaństwie, w islamie, w judaizmie czy w jakiejkolwiek innej religii.

 

Kościół, szczególnie polski, ma wszelkie dane do tego, żeby stać się miejscem, w którym ludzie starzy mogliby się odnaleźć. Czy nasza wspólnota dostrzega i wykorzystuje ten potencjał?

Mamy z tym problem. Nie spotkałem się nigdy z duszpasterstwem specjalistycznym dla osób starszych. Dużo się mówi o duszpasterstwie akademickim, dużo o katechezie, którą trudno przecież nazwać działaniem formacyjnym, dużo o przygotowaniu do ślubu. Kościół jest nastawiony na młodzież, a im człowiek starszy, tym gorzej.

 

To dziwne, że wspólnota zarządzana niemal wyłącznie przez ludzi wiekowych ma tak mało do powiedzenia na temat starości…

Cóż, starość nie jest w modzie…

 

Ale Kościół przecież nie podąża za modą!

Oczywiście, że podąża! Starość nie jest w modzie, przeciwnie, jest to swego rodzaju kalectwo. Gdzie się umiejscawia ludzi starych w hierarchii społecznej? Przecież to jest margines! Nie wiadomo, co z nimi zrobić. Same z nimi kłopoty, same wydatki, emerytury, szpitale…

 

I czy to nie Kościół powinien najgłośniej mówić w ich imieniu?

Oczywiście – w katechezie, w kazaniach. Myślę, że dostępne są też pewne możliwości polityczno-prawne. O ile posłowie przyznający się do katolicyzmu, nie powinni przepychać w Sejmie prawa nacechowanego wyznaniowo, o tyle w sposób szczególny powinni dbać o sprawy socjalne. W tym właśnie sprawdza się ich chrześcijaństwo. No, ale nie sądzę, żeby ta świadomość zbyt mocno w nich tkwiła…

 

A jakie mogłoby być miejsce starego człowieka w Kościele?

Nie brakuje ciekawych możliwości. Gdyby na przykład proboszcz znał emerytów należących do swojej parafii, to kursy przedmałżeńskie mogłyby wyglądać zupełnie inaczej. Starsi ludzie wykładaliby na takim kursie znacznie ciekawiej niż ksiądz, zakonnica czy stara panna, którzy akurat na życiu małżeńskim znają się najmniej. Człowiek, który odchował już wnuki, z własnego doświadczenia wie, jak związek rozwija się w sferze psychiczno-duchowej.

Zwróćmy też uwagę na szybki rozwój Uniwersytetów Trzeciego Wieku. Dlaczego nie można by zorganizować czegoś podobnego przy parafiach? Sam wykładam na takim uniwersytecie i wiem, że nie ma wdzięczniejszych tematów niż te, które zahaczają o zagadnienia egzystencjalne. Dzięki tego typu działalności parafie zaczęłyby stawać się wspólnotami, a nie agregatami, zbiorami przypadkowych przedmiotów.

Kolejną wielką szansę stanowi duszpasterstwo ludzi chorych. W tym roku po raz trzeci będę prowadził wakacyjne rekolekcje dla chorych na stwardnienie rozsiane. Organizując takie przedsięwzięcie, osiąga się podwójną korzyść. Po pierwsze, wyrywa się na pewien czas tych ludzi z ich środowiska, odciążając zarazem ich rodziny, które dzięki temu mogą odetchnąć. Po drugie, zyskują sami wolontariusze, którymi mogą być przecież ludzie młodzi. Na przykład Oazowicze. Godzinami proszą Boga, żeby Duch Święty wreszcie zstąpił, a On coś się leni i zstępować nie chce. A gdyby wstali i ruszyli się do chorych, to zobaczyliby, że On zstąpił już dawno temu. Takie spotkania ludzi starych i chorych z młodymi sprawiłyby, ze mógłby nam się objawić bardzo ciekawy fragmencik Bożego królestwa.

 

***

Polska powoli się bogaci, a jej społeczeństwo się starzeje. Nasz Kościół już niedługo stanie się Kościołem ludzi starych. Stanie się nim jednak jeszcze szybciej, jeśli nie uda mu się zatrzymać odchodzącej, rozczarowanej nim młodzieży…

Tak, to poważny problem. Wydaje mi się, że chrześcijanie, a już na pewno katolicy, doskonale radzą sobie w sytuacjach kryzysowych. Kiedy jednak wreszcie ubłagają Pana Boga, by nastał pokój, to dopiero zaczyna się ambaras. Jako Kościół nie mamy żadnej pozytywnej propozycji dla człowieka, który żyje w bezpiecznym świecie – który ma co jeść, który ma gdzie spać, który ma dostęp do minimum dóbr materialnych i kulturalnych. I to właśnie jest źródłem kolejnego kryzysu Kościoła.

 

Jak mamy sobie z nim radzić?

Nie martwię się spadkiem liczby powołań ani tym, że coraz częściej zamyka się kościoły, ponieważ nie wierzę, że jest to wyłącznie skutkiem naszych zaniedbań czy grzechów. Zaczynam podejrzewać, że ten kryzys jest w znacznej mierze dziełem Pana Jezusa.

W historii Kościoła Duch Święty interweniował wtedy, kiedy wyczerpywała się forma, nośność, czy komunikatywność doktryny. Zaczynały się wówczas różne rozruchy, z którymi w przeszłości nie umieliśmy sobie radzić. Stąd herezje, schizmy, reformacje… Być może właśnie coś takiego dzieje się teraz.

 

I jesteśmy w stanie przepowiedzieć, co nas czeka?

Możemy próbować. Godne odnotowania są intuicje Josepha Ratzingera, już jako papieża, kiedy mówi o Kościele mniejszościowym, nawet na skalę europejską. Jeśli dobrze go rozumem, to chodzi o to, żeby przynależność do Kościoła była w świadomy sposób wybierana. W tym kontekście powinniśmy zupełnie inaczej patrzeć na Francję!

 

Jako na wzorzec pozytywny, a nie negatywny?

Właśnie tak. Żyjemy w bardzo ciekawych czasach. Na naszych oczach kończy się feudalizm, a wraz z nim odchodzi w przeszłość Kościół, który był emanacją feudalnego świata. Wciąż jeszcze jest tak, że jeśli urodziłeś się w Polsce, to prawie na pewno jesteś katolikiem. W przyszłości dużo więcej będzie zależało od indywidualnego wyboru. Sadzę więc, że to, co się w tej chwili dzieje, jest raczej przełomem niż destrukcją. I na tym polegałaby pierwsza istotna zmiana.

 

Na co jeszcze powinniśmy się przygotować?

Kościół jutra będzie Kościołem bardzo zróżnicowanym. Być może trzeba będzie nawet odtworzyć regionalne patriarchaty, ale nie na wzór Kościołów wschodnich, w których są to patriarchaty narodowe, stanowiące łatwą pożywkę dla nacjonalizmów. Chodziłoby bardziej o patriarchaty religijno-kulturowe, jak patriarchat Afryki, patriarchat Chin czy patriarchat Azji południowo-wschodniej.

Wiara i religia nie mają innej możliwości wyrazu jak tylko w tym, czego dostarcza nam kultura. Nie wystarczy przetłumaczyć Mszał Rzymski na inny język i tak samo odmawiać „Bóg z Boga, Światłość ze Światłości” czy Prefację o Trójcy Świętej, że dwie natury, a jedna osoba. To jest nie do przebrnięcia dla ludzi innej kultury, bo oni w myśleniu posługują się zupełnie innymi kategoriami i mają do tego prawo.

 

Z Kościołem jest chyba trochę jak ze starym człowiekiem: ma swoje przyzwyczajenia i swoje bolączki, ale ma też swoją mądrość…

Mówiąc o „starym Kościele”, myślimy o Europie, ponieważ tu Kościół rzeczywiście się zestarzał, a gdzie indziej jeszcze nie zdążył. Patrząc jednak na doświadczenie Kościoła europejskiego, młode Kościoły powinny nabrać ducha i odwagi. Tym, co mu się udało – choć niemało po drodze zniszczył – jest stworzenie kultury, w której człowiekowi żyje się stosunkowo najprzyzwoiciej. Skoro udało się w Europie, to czemu ma nie udać się gdzieś indziej? Jak zwykle chodzi jednak o metody. Znając historię Kościoła w Europie, wiemy już, że żadnego światopoglądu nie opłaca się budować na sile i na przemocy.

 

Za stosowanie przemocy, dziś już tylko werbalnej, nasz Kościół wciąż bywa krytykowany. Jeśli jednak na taką krytykę pozwala sobie któryś spośród duchownych, to jakoś najczęściej jest to osoba starsza. W tym kontekście warto wspomnieć niedawne wystąpienie ojca Ludwika Wiśniewskiego.

Ależ Wiśniewski robił to przez całe swoje życie!

 

A jednak uznał za stosowne podkreślić, że jest już „starym zakonnikiem, który nie czeka ani na pochwały, ani na godności”.

To tylko kwestia ustawienia armatek i okopania się na wypadek, gdyby ktoś zechciał posądzić go o nieczyste intencje. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym trąci na starość. Jeśli chodzi o ojca Wiśniewskiego, to znam go parę dziesiątków lat. Jego list mnie nie zdziwił, co najwyżej ucieszył. Choć –nawiasem mówiąc – przydałby się drugi list, którego autor poszukałby przyczyn zdiagnozowanego przez ojca Ludwika stanu rzeczy.

 

Wywiad pochodzi z 16. numeru „Kontakt”, zatytułowanego „Starość”.

 

O. Wacław Oszajca SJ (1947) jest duszpasterzem, poetą i publicystą. Wykłada w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Były redaktor naczelny „Przeglądu Powszechnego”, publikuje między innymi w „Charakterach”, „Gazecie Wyborczej”, „Gościu Niedzielnym” i „Tygodniku Powszechnym”. Stale współpracuje z działem religijnym „Kontaktu”.